Po dłuuuuuugiej przerwie wracam do pisania. Dzisiaj - na noc egzaminem mój umysł osiągnął taki poziom surrealizmu, że po prostu nie mogę tego nie opisać.
Turniej
Jestem na jakimś zamku. Właśnie odbywa się turniej rycerski. Przez środek sali przechodzi alejka, po obu stronach której stoją ludzie. Jest też podium, na której wśród świty siedzi królowa. Wchodzą pierwsi rycerze, herold ogłasza ich imiona. Idę do przedsionka. Właśnie wprowadzają konie. Jednym z nich jest Apacz. Nagle pod wpływem dziwnego przeczucia oglądam się za siebie. Przed moją twarzą jest wyszczerzona końska paszcza - jakiś ogier, nie pilnowany przez nikogo i wyraźnie wściekły próbuje mnie ugryźć w kark. Wygląda strasznie - rozdęte chrapy, położone uszy i obnażone zęby. Napiera na mnie. Nie zastanawiając się, wskakuję na oklep na Apacza. Nie ma ogłowia. Trudno, muszę uciekać. W końcu agresor znika mi z oczu. Przed sobą widzę kolesia, który naubliżał mi i poniżył mnie[fikcyjny, nie kojarzę ani twarzy, ani incydentu]. Ucieka przede mną do centrum handlowego. Gonię go na Apaczu. Ogarnia mnie zimna furia. Jedyne o czym marzę, to trzepnąć go porządnie w potylicę. Wbiega na "schody" składające się z trzech półmetrowych podestów. Popędzam Apacza i skaczemy. Niestety Apcio nie doskakuje do trzeciego podestu. Potyka się i spada na drugi. Zeskakuję z konia i biegnę. Koleś siedzi na ławce. Wygląda, jakby się poddał. Robi mi się go żal. Idę po konia i wracam do zamku. Królowa, wyraźnie podenerwowana czeka na mnie osobiście na środku alejki w sali turniejowej.
-Który walczysz, rycerzu?
Klękam przed nią i pochylam głowę. Moja sytuacja jest opłakana.
-Nie walczę jeszcze, Wasza Miłość, muszę najpierw przywieźć z domu zbroję, a niestety nie mogę tam jeszcze jechać.
Królowa odchodzi, a ja uciekam do korytarza. Idą tamtędy ludzie niosący martwe owce, które wyglądają jak preparaty anatomiczne. Czuję lęk przed gniewem królowej, więc chcę się przecisnąć. W korytarzu unosi się potworny odór. Drogę zastawia mi Marzena. Mówi, że te owce też mają prawo przejść i mam czekać na swoją kolejkę. Próbuję się przecisnąć między ludźmi niosącymi truchła. Wśród nich jest kilka olbrzymich martwych owiec chodzących na tylnych nogach. Zamiast przednich racic mają dłonie. Wybiegam na zewnątrz na schody wychodzące z klatki schodowej sali IW na moim wydziale. Upadam.
"Płynie, płynie fala smrodu,
Palec wsadzę se do żwacza,
Smród zaleje cię ciepłą falą"-
-śpiewają monstrualne owce rozrywając sobie żwacze i wylewając treść żwacza na mnie.
piątek, 11 lutego 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)