Szlaki inwalidzkie
Idę drogą w Rycerce Dolnej. Towarzyszą mi Eddie i Susannah [bohaterowie cyklu Mroczna Wieża S. Kinga]. Eddie pyta, czy dotrzemy na Rycerzową pchając wózek inwalidzki Susannah. Sprawdzam to na mapie i pokazuję mu, że na Rycerzową prowadzi szlak inwalidzki, którym dotrzemy tam bez problemu. Podążamy tym szlakiem, powoli robi się ciemno. Nad Rycerzową lśnią miliardy gwiazd. Rozbijamy obóz pomiędzy szczytami Rycerzowej Małej i Wielkiej. Rozpalamy ognisko i rozkoszujemy się ciszą.
wtorek, 29 września 2009
poniedziałek, 28 września 2009
28 IX 2009
Po powrocie z gór byłem bardzo zmęczony i niedospany, więc niestety nie pamiętam żadnych snów z dzisiejszej nocy - poza jednym. Zrobiłem sobie przerwę w wykonywaniu jakichkolwiek technik prowadzących do świadomości we śnie, co zaskutkowało w sposób podręcznikowy.
Wypisujący się długopis [LD]
Siedzę przy stole w kuchni. W ręku trzymam długopis, a przede mną leży kartka. Pierwsza myśl - to może być sen! Jeśli ten długopis się szybko wypisze, to znaczy, że tak jest. Zaczynam bazgrać bezładne szlaczki na papierze i po chwili ślad ciągnący się za końcówką długopisa niknie. Teraz będzie pisał znowu. Kreślę na kartce litery LD. Długopis pisze, jakby był nowiutki. Przeszywa mnie znajoma fala ciepłej energii przepływającej od pięt do czubka głowy, a ciałem wstrząsają wibracje. Bez wątpienia jest to sen! Niestety nie pomyślałem o tym, żeby momentalnie wyostrzyć i zakotwiczyć się w nim i kiedy wstałem od stołu - wywaliło mnie.
Wypisujący się długopis [LD]
Siedzę przy stole w kuchni. W ręku trzymam długopis, a przede mną leży kartka. Pierwsza myśl - to może być sen! Jeśli ten długopis się szybko wypisze, to znaczy, że tak jest. Zaczynam bazgrać bezładne szlaczki na papierze i po chwili ślad ciągnący się za końcówką długopisa niknie. Teraz będzie pisał znowu. Kreślę na kartce litery LD. Długopis pisze, jakby był nowiutki. Przeszywa mnie znajoma fala ciepłej energii przepływającej od pięt do czubka głowy, a ciałem wstrząsają wibracje. Bez wątpienia jest to sen! Niestety nie pomyślałem o tym, żeby momentalnie wyostrzyć i zakotwiczyć się w nim i kiedy wstałem od stołu - wywaliło mnie.
środa, 23 września 2009
22 IX 2009
I. Wodospad
Leśny parking. Nieopodal huczy bardzo wysoki wodospad. Mam tam rozbity namiot. Zbiera się na deszcz. Podjeżdża samochód. Wysiada z niego wujek z ciocią ubraną w suknię ślubną z czepkiem pokojówki oraz kuzyn. Zaczyna padać i bardzo szybko chmura pęka całkowicie. Leje jak z cebra. Biegnę w stronę namiotu. Jest to średnio duży namiot w czeskie moro z obszernym przedsionkiem, do którego wchodzimy z kuzynem. Na szczęście cała woda spływa po przeźroczytym plastikowym okienku i mój plecak nie zamoknie.
II. Uśpiony smok
Nasza dzielna załoga idzie przez las. Towarzyszy nam krępy krasnolud. Przechodzimy przez wymarłe elfie miasto. Czujemy jakieś ulotne zagrożenie. Krasnolud z Amą idą do mojego namiotu na parkingu po czerwoną herbatę o smaku zielonej herbaty (Wyprodukowano dla: Biedronka sp. z. o. o.). Idę wgłąb lasu i zauważam starą grubą księgę. Ma piękną drewnianą oprawę z wzorem tłoczonym w skórze oraz mnóstwo pożółkłych stronnic. Zauważamy jakiś kształt świecący się na zielono. Na podstawie księgi rozpoznaję, że są to ażurowe kontury zielonego gwiezdnego smoka, który aktualnie głęboko śpi. Postanowiliśmy z nim nie walczyć, bo był wielki jak miasto Lud [Stephen King: Ziemie Jałowe], które zresztą też było smokiem [no, prawie, ale porównanie trafne]. Wracają Ama i krasnolud. Ama niesie miskę z ciepłą wodą i kubkami, a krasnolud - czerwoną herbatę o smaku zielonej herbaty(TM) oraz czajnikz wrzątkiem. Parzę herbatę zalewając ją ciepłą wodą z miski z kubkami, ale niestety kiepsko się parzy - powstaje "dwufazowy płyn". Proszę krasnoluda o trochę wrzątku, ale daje mi go bardzo niechętnie. Reszta załogi nie chce herbaty, tylko Ama zalewa sobie zimną wodą, bo tak woli. Stwierdzamy z krasnoludem, że dopijemy herbatę i idziemy spać, a smoka olewamy.
III. Bluzgoprogram samochodowy z rozkładem jazdy PKS
Ognisko w "ogrodzie u Świdra". Świdru ma laptopa z napędem na winyle i mnóstwo najróżniejszych płyt. Na jednej z nich jest zabawny program obrzucający bluzgami każdą osobę zbliżającą się do kompa. Śmiejemy się, jest wesoło. Po chwili znajdujemy podobny program, który z kolei obraża samochody "zaintertesowanych". Wyższy poziom abstrakcji, bardzo śmieszny, już się zwijam ze śmiechu, ale niestety Świdrowi się to nie spodobało i zabrał laptopa w okolice ognia. Mojsa zmienił markerem napis na płycie, żeby nie było widać, że to ten "program samochodowy" i rzucił mi. Łapię winyla i odpalam program. Okazuje się, że ma on wbudowany rozkład PKSów z Wisły. Musimy to sprawdzić, lecz niestety po otwarciu menu okazuje się, że nie jest to przycisk otwierający rozkład, tylko opcja "z kwadracikiem do zaznaczenia" i nazywa się "Rozkład z banneru głównego dworca w Wiśle". Mojsa stwierdził, że jak wdrapie się na betonowy słup energetyczny, to powinno być lepiej. Wspiął się na szczyt i wziął od nas laptopa, ale niestety nie pomogło.
Następny wpis w sobotę.
Leśny parking. Nieopodal huczy bardzo wysoki wodospad. Mam tam rozbity namiot. Zbiera się na deszcz. Podjeżdża samochód. Wysiada z niego wujek z ciocią ubraną w suknię ślubną z czepkiem pokojówki oraz kuzyn. Zaczyna padać i bardzo szybko chmura pęka całkowicie. Leje jak z cebra. Biegnę w stronę namiotu. Jest to średnio duży namiot w czeskie moro z obszernym przedsionkiem, do którego wchodzimy z kuzynem. Na szczęście cała woda spływa po przeźroczytym plastikowym okienku i mój plecak nie zamoknie.
II. Uśpiony smok
Nasza dzielna załoga idzie przez las. Towarzyszy nam krępy krasnolud. Przechodzimy przez wymarłe elfie miasto. Czujemy jakieś ulotne zagrożenie. Krasnolud z Amą idą do mojego namiotu na parkingu po czerwoną herbatę o smaku zielonej herbaty (Wyprodukowano dla: Biedronka sp. z. o. o.). Idę wgłąb lasu i zauważam starą grubą księgę. Ma piękną drewnianą oprawę z wzorem tłoczonym w skórze oraz mnóstwo pożółkłych stronnic. Zauważamy jakiś kształt świecący się na zielono. Na podstawie księgi rozpoznaję, że są to ażurowe kontury zielonego gwiezdnego smoka, który aktualnie głęboko śpi. Postanowiliśmy z nim nie walczyć, bo był wielki jak miasto Lud [Stephen King: Ziemie Jałowe], które zresztą też było smokiem [no, prawie, ale porównanie trafne]. Wracają Ama i krasnolud. Ama niesie miskę z ciepłą wodą i kubkami, a krasnolud - czerwoną herbatę o smaku zielonej herbaty(TM) oraz czajnikz wrzątkiem. Parzę herbatę zalewając ją ciepłą wodą z miski z kubkami, ale niestety kiepsko się parzy - powstaje "dwufazowy płyn". Proszę krasnoluda o trochę wrzątku, ale daje mi go bardzo niechętnie. Reszta załogi nie chce herbaty, tylko Ama zalewa sobie zimną wodą, bo tak woli. Stwierdzamy z krasnoludem, że dopijemy herbatę i idziemy spać, a smoka olewamy.
III. Bluzgoprogram samochodowy z rozkładem jazdy PKS
Ognisko w "ogrodzie u Świdra". Świdru ma laptopa z napędem na winyle i mnóstwo najróżniejszych płyt. Na jednej z nich jest zabawny program obrzucający bluzgami każdą osobę zbliżającą się do kompa. Śmiejemy się, jest wesoło. Po chwili znajdujemy podobny program, który z kolei obraża samochody "zaintertesowanych". Wyższy poziom abstrakcji, bardzo śmieszny, już się zwijam ze śmiechu, ale niestety Świdrowi się to nie spodobało i zabrał laptopa w okolice ognia. Mojsa zmienił markerem napis na płycie, żeby nie było widać, że to ten "program samochodowy" i rzucił mi. Łapię winyla i odpalam program. Okazuje się, że ma on wbudowany rozkład PKSów z Wisły. Musimy to sprawdzić, lecz niestety po otwarciu menu okazuje się, że nie jest to przycisk otwierający rozkład, tylko opcja "z kwadracikiem do zaznaczenia" i nazywa się "Rozkład z banneru głównego dworca w Wiśle". Mojsa stwierdził, że jak wdrapie się na betonowy słup energetyczny, to powinno być lepiej. Wspiął się na szczyt i wziął od nas laptopa, ale niestety nie pomogło.
Następny wpis w sobotę.
wtorek, 22 września 2009
22 IX 2009
Kurs gwiezdnego języka
Siedzę w kuchni mojej babci ma mi ona załatwić przez ciotkę podręcznik do hiszpańskiego. Niestety ciotki jest teraz w Krakowie i jeszcze nie wróciła, więc babcia dzwoni do niej. Mówi, że aktualnie maluje zdobienia ze złota i będą one jeszcze długo schły. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Krakowa. Potrzebuję tego podręcznika "na wczoraj", więc jadę bardzo szybko. Wchodzimy do starej kamienicy, gdzie na klatce schodowej zastajemy ciotkę. Trzyma pędzel i puszkę z płynnym złotem i maluje zdobienia po bocznej stronie schodów. Najbardziej okazałe zdobienie widnieje na jej drzwiach - przypomina on jakiś maryjny emblemat [coś takiego, co się w oknie wywieszało, jak papież przyjechał]. Zarówno schody jak i drzwi wykonane są z ciemnego mahoniowego drewna. Ciotka mówi, że niedaleko jest biblioteka, w której powinni mieć podręcznik do hiszpańskiego. Idę we wskazanym kierunku i w końcu dochodzę do sporego budynku wybudowanego w nowoczesnym stylu, który musi być ową biblioteką. Wchodzę do środka i idę długim korytarzem do większego pomieszczenia. Siedzi tam Boratowska za komputerem. Pokazuje mi książkę pt. Język Gwiezdny, w której na końcu jest krótki kurs hiszpańskiego. Przeglądam spis treści i stwierdzam, że jest tego aż trzydzieści siedem cholernych stron.
Siedzę w kuchni mojej babci ma mi ona załatwić przez ciotkę podręcznik do hiszpańskiego. Niestety ciotki jest teraz w Krakowie i jeszcze nie wróciła, więc babcia dzwoni do niej. Mówi, że aktualnie maluje zdobienia ze złota i będą one jeszcze długo schły. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Krakowa. Potrzebuję tego podręcznika "na wczoraj", więc jadę bardzo szybko. Wchodzimy do starej kamienicy, gdzie na klatce schodowej zastajemy ciotkę. Trzyma pędzel i puszkę z płynnym złotem i maluje zdobienia po bocznej stronie schodów. Najbardziej okazałe zdobienie widnieje na jej drzwiach - przypomina on jakiś maryjny emblemat [coś takiego, co się w oknie wywieszało, jak papież przyjechał]. Zarówno schody jak i drzwi wykonane są z ciemnego mahoniowego drewna. Ciotka mówi, że niedaleko jest biblioteka, w której powinni mieć podręcznik do hiszpańskiego. Idę we wskazanym kierunku i w końcu dochodzę do sporego budynku wybudowanego w nowoczesnym stylu, który musi być ową biblioteką. Wchodzę do środka i idę długim korytarzem do większego pomieszczenia. Siedzi tam Boratowska za komputerem. Pokazuje mi książkę pt. Język Gwiezdny, w której na końcu jest krótki kurs hiszpańskiego. Przeglądam spis treści i stwierdzam, że jest tego aż trzydzieści siedem cholernych stron.
poniedziałek, 21 września 2009
19 IX 2009
Po paru dniach nudnych i poszatkowanych snów nadszedł czas ciekawszych wrażeń. Nie chciałem Was zanudzać opisami, więc nawet ich nie zamieszczałem. Mam nadzieję, że od dzisiaj nowe wpisy będą się pojawiać codziennie.
I. Siano i góry
Jestem z ojcem na jakiejś fermie. Przerzucamy siano w dużej oborze. Po skończonej robocie wychodzimy na zewnątrz i ustawiamy bele siana w piramidę. Mieliśmy do tego celu użyć dwóch pożyczonych belek, ale nie były nam one porzebne. Trzeba je odnieść. Idziemy polną drogą niosąc belki na ramionach. Droga wznosi się i po przekroczeniu garbu opada w dół, prowadząc do chatki na Lasku. opieramy belki o ścianę. Wchodzę do środka. Drewniane schody biegną w dół po kwadracie. Na dole jest karczma - długi drewniany bar, stoliki, krzesła i trochę ludzi - głównie "stałych bywalców" Lasku. Gdy pojawiam się na schodach, witają mnie okrzykiem. Od jhednego ze stolików wstają Michasia i Baniol. Idą do mnie i w trójkę siadamy na progu chatki. Michasia pyta mnie, czy nie mam przypadkiem fajek. Odpowiadam, że nie. Baniol nie chce jej poczęstować, ponieważ ona ma jeszcze parę swoich. Rozmawiamy o autohipnozie. Michasia mówi, że chyba woli zwykłe podróże w przestrzeni, a autohipnoza to raczej wędrówka w głąb siebie.
II. Bitwa
Siedzę na końskim grzbiecie. Na sobie mam zbroję, w rękach trzymam włócznię oraz jakiś dziwny pazur - prostokątny uchwyt obejmujący dłoń, zakończony po bokach dwoma ostrzami. Stoję w szeregu przed jakimś wzgórzem. Atakujemy falami - formacja podzielona jest na oddziały ruszające po kolei z lewej strony. Na wzgórzu pojawia się oddział lekkiej jazdy litewskiej. Ruszamy na znak od Dowódczyni. Rozpędzam się i z całej siły rzucam włócznią w najbliższego Litwina. Niestety chybiam. Pazurami nie sięgam. W tym momencie orientuję się, że tak mocno skoncentrowałem się na rzucie, że puściłem wodze. Koń galopuje już bardzo szybko, a ja nie mogę w żaden sposób nad nim zapanować. Próbuję złapać smętnie zwisające wodze, ale w tym pędzie jest to niemożliwe. Spróbuję się chwycić łęku. Niestety jest zakopany gdzieś głęboko pod tabardem. Staram się zaprzeć w siodle, cokolwiek, ale oczywiście spadam. Psia krew! Stopa utknęła mi w strzemieniu. Koń wlecze mnie po ziemi w pełnym pędzie. Po lewej od mojego konia widzę Dowódczynię. Wrzeszczę do niej "Czy te konie mnie nie stratują?!". "Dopóki oddział idzie w równym szyku, to nie!" - odkrzykuje. Zatrzymuje oddział i pozwala mi się zebrać i wsiąść z powrotem na konia. Strzemię wygląda bardzo dziwnie - jakieś gięte pręty tworzące jakby podwójną podkowę. Nic dziwnego, że utknąłem. Teraz z kolei nie mogę włożyć dobrze stopy w strzemię. W końcu wskakuję na koński grzbiet. Siedzę...
...w mojej kuchni. Bitwa skończyła się już dawno. Wchodzi Dowódczyni i z dumą pokazuje mi granatowy tabard uszyty z tkaniny, która bardzo kojarzy mi się z moim kocem. Dostała go w nagrodę za wzorowe prowadzenie oddziału w bitwie.
I. Siano i góry
Jestem z ojcem na jakiejś fermie. Przerzucamy siano w dużej oborze. Po skończonej robocie wychodzimy na zewnątrz i ustawiamy bele siana w piramidę. Mieliśmy do tego celu użyć dwóch pożyczonych belek, ale nie były nam one porzebne. Trzeba je odnieść. Idziemy polną drogą niosąc belki na ramionach. Droga wznosi się i po przekroczeniu garbu opada w dół, prowadząc do chatki na Lasku. opieramy belki o ścianę. Wchodzę do środka. Drewniane schody biegną w dół po kwadracie. Na dole jest karczma - długi drewniany bar, stoliki, krzesła i trochę ludzi - głównie "stałych bywalców" Lasku. Gdy pojawiam się na schodach, witają mnie okrzykiem. Od jhednego ze stolików wstają Michasia i Baniol. Idą do mnie i w trójkę siadamy na progu chatki. Michasia pyta mnie, czy nie mam przypadkiem fajek. Odpowiadam, że nie. Baniol nie chce jej poczęstować, ponieważ ona ma jeszcze parę swoich. Rozmawiamy o autohipnozie. Michasia mówi, że chyba woli zwykłe podróże w przestrzeni, a autohipnoza to raczej wędrówka w głąb siebie.
II. Bitwa
Siedzę na końskim grzbiecie. Na sobie mam zbroję, w rękach trzymam włócznię oraz jakiś dziwny pazur - prostokątny uchwyt obejmujący dłoń, zakończony po bokach dwoma ostrzami. Stoję w szeregu przed jakimś wzgórzem. Atakujemy falami - formacja podzielona jest na oddziały ruszające po kolei z lewej strony. Na wzgórzu pojawia się oddział lekkiej jazdy litewskiej. Ruszamy na znak od Dowódczyni. Rozpędzam się i z całej siły rzucam włócznią w najbliższego Litwina. Niestety chybiam. Pazurami nie sięgam. W tym momencie orientuję się, że tak mocno skoncentrowałem się na rzucie, że puściłem wodze. Koń galopuje już bardzo szybko, a ja nie mogę w żaden sposób nad nim zapanować. Próbuję złapać smętnie zwisające wodze, ale w tym pędzie jest to niemożliwe. Spróbuję się chwycić łęku. Niestety jest zakopany gdzieś głęboko pod tabardem. Staram się zaprzeć w siodle, cokolwiek, ale oczywiście spadam. Psia krew! Stopa utknęła mi w strzemieniu. Koń wlecze mnie po ziemi w pełnym pędzie. Po lewej od mojego konia widzę Dowódczynię. Wrzeszczę do niej "Czy te konie mnie nie stratują?!". "Dopóki oddział idzie w równym szyku, to nie!" - odkrzykuje. Zatrzymuje oddział i pozwala mi się zebrać i wsiąść z powrotem na konia. Strzemię wygląda bardzo dziwnie - jakieś gięte pręty tworzące jakby podwójną podkowę. Nic dziwnego, że utknąłem. Teraz z kolei nie mogę włożyć dobrze stopy w strzemię. W końcu wskakuję na koński grzbiet. Siedzę...
...w mojej kuchni. Bitwa skończyła się już dawno. Wchodzi Dowódczyni i z dumą pokazuje mi granatowy tabard uszyty z tkaniny, która bardzo kojarzy mi się z moim kocem. Dostała go w nagrodę za wzorowe prowadzenie oddziału w bitwie.
piątek, 18 września 2009
18 IX 2009
Tej nocy kilkakrotnie łapałem świadomość i w momencie, gdy już wiedziałem, orientowałem się, że leżę już w łóżku z "powidokiem" snu przed oczami. Za każdym razem próbowałem wykonać DEILD, niestety bezskutecznie. Przy okazji nie miałem jak zapisać snów, więc dzisiaj dość skąpo będzie.
I. Prawo jazdy na szota foka
Siedzę w kuchni z dwoma kumpelami i rozmawiamy o kursie na prawko. Jedna z nich mówi, że miała zapłacić swojemu instruktorowi tylko dziesięć złotych za godzinę, bo on nie chciał czterdziestu. Zapłaciła mu siedemdziesiąt, a on po nocy zostawił jej dwadzieścia złotych reszty na stole. Druga mówi, że nie zapłaciła za szota foka, a ja na to przytaczam opis naszych szotów foka, które były splecione "na kanapkę".
II. Krowi katar
Jestem w jakimś gospodarstwie rolnym. Mam się tutaj zajmować bydłem. Gospodarz właśnie nalał jałówkom oleju. Właśnie mam wychodzić z obory, gdy zauważam, że mnóstwo bydła jest poza klatkami, a wrota nie chcą się zamknąć. Przymykam je i pytam ludzi wypompowujących gnój z obory obok, czy te drzwi tak zawsze się nie zamykają. W tym momencie pojawia się moja nauczycielka niemieckiego z liceum w białym fartuchu. Mówi, że właśnie wstawili "absolutnie nowe i lekkie" drzwi do obory i one się nie zamykają. Pyta się, gdzie to bydło. Pokazuje jej jałówki. Jedna z nich jest agresywna w stosunku do mnie. Germanistka podchodzi do niej i czochra ją po głowie, co bardzo się podoba zwierzęciu. Zauważa, że jałówka ma katar. Przykłada chusteczkę do jej nozdrzy i pokazują się przeźroczyste smarki. Mówię, że to może być mój katar i smarkam w chusteczkę na żółto. Germanistka mówi, że możliwe, ale przyniosłem ten katar do ślepego obiegu - bez leukemii i hydremii.
I. Prawo jazdy na szota foka
Siedzę w kuchni z dwoma kumpelami i rozmawiamy o kursie na prawko. Jedna z nich mówi, że miała zapłacić swojemu instruktorowi tylko dziesięć złotych za godzinę, bo on nie chciał czterdziestu. Zapłaciła mu siedemdziesiąt, a on po nocy zostawił jej dwadzieścia złotych reszty na stole. Druga mówi, że nie zapłaciła za szota foka, a ja na to przytaczam opis naszych szotów foka, które były splecione "na kanapkę".
II. Krowi katar
Jestem w jakimś gospodarstwie rolnym. Mam się tutaj zajmować bydłem. Gospodarz właśnie nalał jałówkom oleju. Właśnie mam wychodzić z obory, gdy zauważam, że mnóstwo bydła jest poza klatkami, a wrota nie chcą się zamknąć. Przymykam je i pytam ludzi wypompowujących gnój z obory obok, czy te drzwi tak zawsze się nie zamykają. W tym momencie pojawia się moja nauczycielka niemieckiego z liceum w białym fartuchu. Mówi, że właśnie wstawili "absolutnie nowe i lekkie" drzwi do obory i one się nie zamykają. Pyta się, gdzie to bydło. Pokazuje jej jałówki. Jedna z nich jest agresywna w stosunku do mnie. Germanistka podchodzi do niej i czochra ją po głowie, co bardzo się podoba zwierzęciu. Zauważa, że jałówka ma katar. Przykłada chusteczkę do jej nozdrzy i pokazują się przeźroczyste smarki. Mówię, że to może być mój katar i smarkam w chusteczkę na żółto. Germanistka mówi, że możliwe, ale przyniosłem ten katar do ślepego obiegu - bez leukemii i hydremii.
wtorek, 15 września 2009
15 IX 2009
Tej nocy jeszcze biednie, ale wracam do formy ;).
I. Hipnoza na kółkach
Jeździliśmy z Psajko po Żernikach jakimś jeepem. Było z nami dwóch kolesi, których Psajko miał hipnotyzować. Ja prowadziłem, Psajko siedział po stronie pasażera, a wspomniani kolesie - z tyłu. Pierwszy z nich jak się okazało był zupełnie oporny na sugestie i nie chciał współpracować, więc nic z tego nie wyszło. Z drugim było nieco lepiej - udała się błyskawiczna indukcja(bodźcem szokującym było tu złapanie za nos), ale zaraz po próbach pogłębienia transu, wychodził z niego. Ja oglądałem to wszystko w lusterku wstecznym. W końcu zaparkowaliśmy pod domem "dziewczyny Psajko" i wypuściliśmy kolesi. Wyciągnęliśmy z garażu bardzo ładny "go-cart na pedały" z ramą fantazyjnego kształtu pomalowaną w szaro-czerwone "techniczne" wzory z wielkim logo Lamborghini na "masce" i z tyłu. Jeździliśmy sobie dookoła parku, a każda napotkana osoba krzyczała do mnie, że mam zajebistą furę.
II. Dziesięć osób w łódce nie licząc kota
Płyniemy Dezetą. [załoga jest "rzeczywista" - są wszyscy, z którymi pływałem bez żadnej Dody] Poza nami na pokładzie jest moja kotka Silva. Szymon postanowił skompletować nową załogę i właśnie zadaje przeróżne kretyńskie pytania[niestety nie pamiętam ich treści], żeby zadecydować, kto z obecnej załogi zostaje. Pytania są "zerojedynkowe" i osoba odpowiadająca twierdząco podnosi rękę. Dziwne, że kot również podnosi przednią łapę przy niektórych pytaniach.
I. Hipnoza na kółkach
Jeździliśmy z Psajko po Żernikach jakimś jeepem. Było z nami dwóch kolesi, których Psajko miał hipnotyzować. Ja prowadziłem, Psajko siedział po stronie pasażera, a wspomniani kolesie - z tyłu. Pierwszy z nich jak się okazało był zupełnie oporny na sugestie i nie chciał współpracować, więc nic z tego nie wyszło. Z drugim było nieco lepiej - udała się błyskawiczna indukcja(bodźcem szokującym było tu złapanie za nos), ale zaraz po próbach pogłębienia transu, wychodził z niego. Ja oglądałem to wszystko w lusterku wstecznym. W końcu zaparkowaliśmy pod domem "dziewczyny Psajko" i wypuściliśmy kolesi. Wyciągnęliśmy z garażu bardzo ładny "go-cart na pedały" z ramą fantazyjnego kształtu pomalowaną w szaro-czerwone "techniczne" wzory z wielkim logo Lamborghini na "masce" i z tyłu. Jeździliśmy sobie dookoła parku, a każda napotkana osoba krzyczała do mnie, że mam zajebistą furę.
II. Dziesięć osób w łódce nie licząc kota
Płyniemy Dezetą. [załoga jest "rzeczywista" - są wszyscy, z którymi pływałem bez żadnej Dody] Poza nami na pokładzie jest moja kotka Silva. Szymon postanowił skompletować nową załogę i właśnie zadaje przeróżne kretyńskie pytania[niestety nie pamiętam ich treści], żeby zadecydować, kto z obecnej załogi zostaje. Pytania są "zerojedynkowe" i osoba odpowiadająca twierdząco podnosi rękę. Dziwne, że kot również podnosi przednią łapę przy niektórych pytaniach.
poniedziałek, 14 września 2009
Przerywnik powitalny
Jako, że po mazurskiej bibie dopiero zaczyna mi wracać pamięć snów, a tam nie miałem jak zapisywać snów, nawet jak cokolwiek pamiętałem, dzisiaj zamieszczę weselszy fragment z drugiego tygodnia praktyk.
Z dzisiejszej nocy pamiętam tyle, że wróciłem we śnie na Mazury, tyle, że naw Dezecie poza nasz ą dzielną załogą siedziała Doda i mieliśmy ją zabrać na jakiś jej koncert, a była straszna flauta i nie było opcji, żeby zdążyć.
24 VIII 2009
Herbaciarnia
Jestem w herbaciarni. Chcę kupić jakiś najnowszy etnobotaniczny cud, lecz niestety aktualnie nie ma go na składzie i mam się zgłosić wieczorem i odebrać. Wracam do domu. Przychodzi Marzena. Siedzimy i gadamy, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Przyszedł Mojżesz z Karpiem i Kurczakiem i chcą jechać do herbaciarni. Wsiadamy do samochodu. Prowadzi Mojsa. Dojeżdżamy do Parku Chopina i wysiadamy. Przechodzimy obok palmiarni idąc w stronę herbaciarni. Mniej więcej w połowie drogi Mojżesz mówi, że musi złapać zasięg. Wracamy do samochodu. Mojsa przykłada telefon do dachu auta i rozlega się dzwonek nowej wiadomości.
-No tak, pięć MMSów. Na komórce mam już ogólnie czterdzieści pięć MMSów, nikt tyle nie ma - mówi z dumą
-Zaraz, wzięliśmy Marzenę?!
-Jaką Marzenę?
-No tą z długimi brązowymi włosami.-
-A, tą! No chyba tak, już chyba jest w herbaciarni.
Idziemy. Mojsa mówi, że wejdziemy tymi drzwiami, co wychodzą prosto na tą część, co wygląda jak burżujska restauracja. Odpowiadam, że lepiej chyba, jakbyśmy weszli jednak głównymi drzwiami, bo Marzena nie zna terenu i pewnie tam będzie czekać. Po drodze podchodzi do mnie "mój wujek" wyglądający jak Piotr Kraśko z "ciocią" i pyta, czy wiem, że urodziła mi się najmłodsza kuzynka. Podchodzi "kuzynka" - córka "sennego wujostwa". Pytam, komu urodziła się ta najmłodsza kuzymnka. [Wymieniają imiona, których nie zapamiętałem]
-Ile oni mają lat?
-Pięć i osiem.
Wytrzeszczam oczy ze zdziwienia.
-Wiem, że to duża różnica, ale przecież i tak mnbiejsza niż między Cycem a Cycusiem - odpowiada "wujek".
Mam nadzieję, że już rano poczęstuję Was świeżym, aktualnym materiałem.
Z dzisiejszej nocy pamiętam tyle, że wróciłem we śnie na Mazury, tyle, że naw Dezecie poza nasz ą dzielną załogą siedziała Doda i mieliśmy ją zabrać na jakiś jej koncert, a była straszna flauta i nie było opcji, żeby zdążyć.
24 VIII 2009
Herbaciarnia
Jestem w herbaciarni. Chcę kupić jakiś najnowszy etnobotaniczny cud, lecz niestety aktualnie nie ma go na składzie i mam się zgłosić wieczorem i odebrać. Wracam do domu. Przychodzi Marzena. Siedzimy i gadamy, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Przyszedł Mojżesz z Karpiem i Kurczakiem i chcą jechać do herbaciarni. Wsiadamy do samochodu. Prowadzi Mojsa. Dojeżdżamy do Parku Chopina i wysiadamy. Przechodzimy obok palmiarni idąc w stronę herbaciarni. Mniej więcej w połowie drogi Mojżesz mówi, że musi złapać zasięg. Wracamy do samochodu. Mojsa przykłada telefon do dachu auta i rozlega się dzwonek nowej wiadomości.
-No tak, pięć MMSów. Na komórce mam już ogólnie czterdzieści pięć MMSów, nikt tyle nie ma - mówi z dumą
-Zaraz, wzięliśmy Marzenę?!
-Jaką Marzenę?
-No tą z długimi brązowymi włosami.-
-A, tą! No chyba tak, już chyba jest w herbaciarni.
Idziemy. Mojsa mówi, że wejdziemy tymi drzwiami, co wychodzą prosto na tą część, co wygląda jak burżujska restauracja. Odpowiadam, że lepiej chyba, jakbyśmy weszli jednak głównymi drzwiami, bo Marzena nie zna terenu i pewnie tam będzie czekać. Po drodze podchodzi do mnie "mój wujek" wyglądający jak Piotr Kraśko z "ciocią" i pyta, czy wiem, że urodziła mi się najmłodsza kuzynka. Podchodzi "kuzynka" - córka "sennego wujostwa". Pytam, komu urodziła się ta najmłodsza kuzymnka. [Wymieniają imiona, których nie zapamiętałem]
-Ile oni mają lat?
-Pięć i osiem.
Wytrzeszczam oczy ze zdziwienia.
-Wiem, że to duża różnica, ale przecież i tak mnbiejsza niż między Cycem a Cycusiem - odpowiada "wujek".
Mam nadzieję, że już rano poczęstuję Was świeżym, aktualnym materiałem.
piątek, 4 września 2009
4 IX 2009
Mój mózg zaczyna chyba wracać do normy po ryciu na poprawkę i piciu po niej. Dzisiaj tylko jeden, następne wpisy za tydzień.
Pole róż i upadek wieży
Idę Piwną z Martą. Po prawej widzę blaszane ogrodzenie zasłaniające budowę Focus Parku. W pewnym momencie widzę większą wyrwę. Między blachami widzę zachęcającą czerwień. Nie mogę nie podejść i niw przyjrzeć się temu bliżej. Bez problemu przechodzę przez dziurę w ogrodzeniu. Po chwili dołącza do mnie też Marta. Stoimy na bezkresnym polu róż. Czerwień jest bardzo jaskrawa i żywa. Po kwiatach przemykają pioruny, głuchymi grzmotami zwracając uwagę na drzemiącą w nich moc. Pośrodku pola róż stoi wieża z kamienia. Jest dość szeroka i niezbyt wysoka i właśnie upada. Kamienne bloki kruszą się i spadają na róże, tratując je. Stoimy i patrzymy na upadek wieży.
Po pobudce inkubowałem sobie powrót na pole róż i poza kwiatami widziałem również szarą głowę wynurzającą się z chmur, która mówiła coś do mnie, niestety nie pamiętam, co mówiła.
Pole róż i upadek wieży
Idę Piwną z Martą. Po prawej widzę blaszane ogrodzenie zasłaniające budowę Focus Parku. W pewnym momencie widzę większą wyrwę. Między blachami widzę zachęcającą czerwień. Nie mogę nie podejść i niw przyjrzeć się temu bliżej. Bez problemu przechodzę przez dziurę w ogrodzeniu. Po chwili dołącza do mnie też Marta. Stoimy na bezkresnym polu róż. Czerwień jest bardzo jaskrawa i żywa. Po kwiatach przemykają pioruny, głuchymi grzmotami zwracając uwagę na drzemiącą w nich moc. Pośrodku pola róż stoi wieża z kamienia. Jest dość szeroka i niezbyt wysoka i właśnie upada. Kamienne bloki kruszą się i spadają na róże, tratując je. Stoimy i patrzymy na upadek wieży.
Po pobudce inkubowałem sobie powrót na pole róż i poza kwiatami widziałem również szarą głowę wynurzającą się z chmur, która mówiła coś do mnie, niestety nie pamiętam, co mówiła.
Subskrybuj:
Posty (Atom)