czwartek, 7 października 2010

27 IX 2010

Impreza i ogród [MILD]

Jestem w swoim łóżku. Moja siostra właśnie ma imprezę urodzinową i razem z koleżankami wtaczają się do mojego pokoju. Gadają jakieś głupoty. Jakaś koleżanka siostry szczypie mnie w pośladek. Wychodzą. Kładę się z powrotem spać. Zaraz! To przecież sen. Tracę obraz. OSTROŚĆ x1000!!! Obraz wraca. Idę do kuchni. Spotykam tam ojca. Mówię mu, że to sen i lecę sobie gdzieś. Ojciec próbuje mnie przekonać, że to nie sen. Sprawdzam rzeczywistość. Wynik ujemny. Świetnie, to idę do ogrodu, polecę sobie gdzieś, może znajdę coś ciekawego. Rozpędzam się, skaczę i ... ląduję na glebie. Do tego stratowałem krzaczek. Ojciec wyrzuca mi, że połamałem krzak - weterana. Pytam, jakiego weterana. Odpowiada, że ten krzak przeżył nawałnicę i jest weteranem. Rezygnuję z latania. Idę pozwiedzać "kurnik" sąsiada. Na pewno będzie tam coś ciekawego. Na ganku siedzi sąsiad ze swoim kumplem. Piją wódkę i proszą o ognia. Daję im ognia i proszę o papierosa. Dostaję jakąś wymiętą tutkę, w której prawie nie ma tytoniu. Wpieniam się i...
...budzę się w swoim łóżku. RT(-). Ostrzę. Wychodzę do kuchni. Ojciec mówi mi, że to nie był sen i mam nie wychodzić na dwór, bo jacyś kolesie zdemolowali przystanek i złapała mnie kamera przemysłowa, więc lepiej, żebym się już nie pokazywał. W kuchni na ścianie wymalowane zostały dziwne "freski". To koleżanki Marty namalowały je z okazji urodzin. Podobne widnieją na tarasie. "Ja im dam pałacyk!" komentuje ojciec.

7 X 2010

I. Względność spania

Jestem w łóżku. Biała pościel, wielkie puchate poduchy. Poza mną jest jeszcze ktoś [nie pamiętam, kto to] i rozmawiamy na temat warunków snu. Z rozmowy wychodzi, że czas jest dla snu względny, siedzenie przeszkadza, a najważniejsza jest pozycja, bo w niestandardowej kiepsko się śpi.

II. Nocny wypad

Wrocław. Ciemna, bezksiężycowa noc. Miasto sprawia wrażenie wygasłego - nie palą się żadne neony. Szukam knajpy. Bez skutku. Wracam do swojej dzielnicy. Jest tu ciemno i obskurnie. Dookoła same zaniedbane kamienice. Jest chłodno. Wchodzę do knajpy. Jest jasno. Knajpa ma staroświecki wystrój. Obok mnie siedzi kilka osób na starych fotelach ustawionych w krąg. Jakiś facet, zapewne przywódca grupy, zamawia u mnie piwo. Dziwię się i pytam, czy ja wyglądam na kogoś z obsługi. Odpowiada, że tak, bo jestem w piżamie. Rzeczywiście, mam na sobie moją niebieską piżamę. Mój rozmówca z kolei ubrany jest w gruby granatowy szlafrok. Pojawia się mój "kumpel", który pracuje tu jako barman. Jest wysokim gościem z bujną czarną czupryną, nosi okulary i marynarkę w drobną biało-niebieską kratkę[skądś kojarzę kogoś takiego, ale nie moogę sobie przypomnieć, kto to taki]. Idę do niego i wołam go po imieniu (Bartek). Odpowiada inny koleś z obsługi, który myślał, że jego wołałem, ale po chwili zauważa pomyłkę. Bartek cieszy się, że przyszedłem w odwiedziny i prosi, żebym chwilę poczekał, bo musi kogoś obsłużyć. Klientem jest upierdliwy koleś w kapeluszu, który uważa się za najlepszego kumpla Bartka. Ten próbuje go jakoś spławić, ale tamten cały czas opowiada jakieś "śmieszne" anegdotki i nie może się odwalić. W końcu zamawia dość drogie piwo, na co Bartek proponuje mu nowość - dobre piwo za 2,50 - będziesz mógł wypić więcej za tą samą cenę, mówi. Dziwię się, że mają tu takie tanie piwo. Cholernie chce mi się palić.

wtorek, 24 sierpnia 2010

24 VIII 2010

I. Spotkanie na Wawelu

Jadę z rodzicami na spotkanie klasowe, które ma się odbyć na Wawelu. Wsiadamy z mamą na kolejkę linową, która obwozi turystów dookoła zamku. Mama opowiada mi, że kręcili tu niedawno film, ale musieli kadrować tak, żeby nie złapać wieży, w której mieści się firma mojego wujka, ponieważ nie wyraził na to zgody. Jedziemy dookoła wpomnianej wieży. Okazuje się, że wujek załatwił sobie, że poszczególne wejścia do firmy mają jego adres domowy z dodanymi literkami - Ładna 2A, 2B, 2C itd. [w rzeczywistości wujek nie mieszka na Ładnej]. Trasa kolejki kończy się i okazuje się, że nie ma żadnych schodów, tylko trzeba zejść po podnisczonych występach pięknej starej kolumny. Czuję, że mam pełno wody w butach. Trudno, zdejmę je w łazience i wysuszę na kaloryferze. Biegnę korytarzami i szukam korytarza kolumnowego, gdzie odbywa się impreza. Muszę być już blisko, bo słyszę w oddali dudnienie muzyki. Pytam się sprzątaczki o drogę, a ta pokazuje mi korytarz oddzielony od galeryjki, którą biegnę sporą przerwą. Żeby się tam dostać, musisz użyć stalowej drabinki, która wisi z drugiej strony przerwy - mówi sprzątaczka. Już chcę oprzeć wspomnianą drabinkę o drewnianą gałkę sterczącą z barierki galeryjki, gdy zjawia się dyrektor i mówi, że najpierw musi obliczyć trajektorie. Otwiera laptopa i liczy w excelu. Pokazuje mi wykres. Mówię, że mój wykres wyglądał zupełnie inaczej, na co on odpiera, że muszę mieć przestarzałą wersję office'a - on ma 2007. W końcu pokazuje się animacja, która ukazuje szkieletową wersję zaczepu drabinki bez nałożonej tekstury, która zatrzaskuje się na gałce. Rzeczywista drabinka również wykonuje taki sam ruch otwierając drogę do korytarza kolumnowego. Wchodzę do pomieszczenia, w którym odbywa się impreza. Są tam cztery osoby - Ania, Ala, Magda i facet Magdy. Piję drinki z soku pomarańczowego(takiego z miąższem) i wódki(1:1). Chcę się napić z facetem Magdy, a on sarka, że Magda kazała mu najpierw zjeść.

II. Weekend

Jest piątkowy późny wieczór. Jest jesień - mżawka daje się we znaki. Wchodzę do starego budynku i idę obskurną klatką schodową na najwyższe piętro, gdzie mieści się knajpa. Spotykam się z kumplami z SKNu. Proponuję, żebyśmy się przenieśli do knajpy, gdzie można zagrać w smutne planszówki o Halloween. Mówią, że już idą, ale w środku siedzi prezes z opiekunami. Wchodzę między stoły. Jest gwarno i wesoło. Podchodzę do stołu opiekunów. Oni również wychodzą, więc idę z nimi. Jedna osoba się zabłąkała się i wyszła innym wyjściem. Na dworze jest ciemno i dalej mży. Idę do domu.
Rano biegnę na tramwaj. Wiem, że dwa tramwaje teoretycznie odjechały przed chwilą, a następny jest dopiero za godzinę. Dobiegam do przystanku. Dobra, jest po czasie. Kieruję się w stronę Placu Grunwaldzkiego, gdzie na pewno złapię tramwaj. Na skrzyżowanie wjeżdża dwójka. Ku mojemu zdziwieniu ma włączony migacz w stronę, w którą zmierzam, a za szybą widnieje tabliczka "obowiązuje stary skręt". Wracam biegiem na przystanek. Tramwaj nie zatrzymałby się, ale w ostatniej chwili motorniczy zauważa mnie i hamuję. Wchodzę do starego tramwaju. Przy drziach od zewnątrz ma tabliczkę "Miej przy sobie tyle białka, ile wynosi równowartość zwierzęcia". Tramwaj ma mocny przechył w prawą stronę. Dziwię się, bo stoję przecież pośrodku. Okazuje się, że tylnymi drzwiczkami wysiadają żule i biegną do przedniego wagonu, żeby zapytać konduktorkę(?) o dział literatury [jakiejśtam]. Odpowiada, że na [X] przystanku. Mówię im, że mieści się on na Placu Zgody, czyli właśnie na [X] przystanku. Zaraz! Mam na sobie torbę Szymona. Wysiadam. Szymon jest parę metrów dalej. Pokazuje mi początki nowego kaptura z wiązaniami do hełmu. Mówi, że do tego będą rękawice typu Roit(?),

sobota, 14 sierpnia 2010

14 VIII 2010

I. Lot w klimacie post nuclear[DILD]

W otchłaniach mojego umysłu zaginęła poprzednia część snu, a pozostałe fragmenty pamiętam niestety dość niewyraźnie.

To jest sen! Jestem na jakiejś ścieżce pośród zielonej równiny. Okolica jest niepokojąco cicha i czuję jakąś dziwną pustkę. Obok mnie stoi Świder. Mówię mu, że właśnie odzyskałem świadomość we śnie, a on mi gratuluje. Nic tu po mnie. Startuję. Lecę nad jakąś kompletnie zniszczoną strefą dla VIPów z kanalizacją. Ląduję na jakimś betonowym bloku i krzyczę: "jestem świadomy, że śnię! śnię świadomie". Po kilku takich doładowaniach świadomości i umiejętności lecę dalej. Dolatuję na wzgórze, gdzie spotykam mgr Dagmarę. Z stojących niedaleko głośników zaczyna wydobywać się żółtawy gaz...

II. Autografy

Jestem na planie filmowym którejś z części Harry'ego Pottera.Jest tam również Alfred Hitchcock który drzemie sobie w wielkim skórzanym fotelu. Muszę wziąć od niego autograf. biegnę do domu i proszę tatę o coś dobrego na autograf. Podaje mi prześcieradło, które jest w koszu w garażu. Mogę wziąć tylko wystający kawałek. Ale zaraz, muszę też wziąć po autografie dla Boratowskiej i Żygała, więc oddzieram jeszcze dwa skrawki. Biegnę z powrotem, ale zamiast Hitchcocka na fotelu drzemie Syriusz Black.

12 VIII 2010

Samochód z dobrej stajni

Nasza nowa mazda ma zostać specjalnie umyta i sprzedana w komisie u Lutka, gdzie autom siano dają.

9 VIII 2010

Demotywujący prorok

Jestem na Bazyliadzie - imprezie poświęconej konikom polskim. Jest tam również prorok[który wygląda jak gość, którego widziałem na demotach: http://demotywatory.pl/1973652/Ograniczenia ]. Podchodzi do mnie Don Juan[znany oneironautom indiański szaman] i uczy mnie grać na didgeridoo. Pokazuje mi, jak grać stylem kangura, a jak stylem huari. Prorok staje okrakiem nad moim didgeridoo tyłem do mnie i mówi, że się kulturalnie odleje i postara się nie oblać didgeridoo.

środa, 4 sierpnia 2010

4 VIII 2010

Wózek z przeszłości

Wędruję sobie po górach. Jest lato. W oddali widzę chatkę. Gdy zbliżam się do niej, okazuje się, że na ganku siedzi mój kumpel. Rozmawiamy o bzdurach. W pewnym momencie mówi, że ma jeszcze w domu stary wózek, w którym woziła go matka. Wózek jest w rodzinie od pokoleń i najprawdopodobniej pamięta jeszcze czasy bitwy pod Grunwaldem. Proszę go, żeby mi go pokazał. Wchodzi więc do domu i po chwili wraca trzymając rozłożony na części drewniany wózek. Podziwiam go. Jest naprawdę bardzo stary. Kumpel pyta, jak udał się Grunwald w tym roku. Psioczę na organizatorów. Po chwili się żegnamy, a ja schodzę do żernickiego parku. Stoi tam duża grupa ludzi, którzy oburzają się, że zbeszczeszczony został znak krzyża. Rzeczywiście, jedna z zabawek pomimo metalowej konstrukcji posiada w szkielecie spory drewniany krzyż. Oddalam się, śmiejąc się pod nosem

3 VIII 2010

I. Wciągające tłumy [WILD]

Budzę się w paraliżu. Wznoszę oczy ku górze i koncentruję się. Tym razem hipnagogia przybierają kształt figurek dinozaurów z dymu. Wstaję sennym ciałem z mojego łóżka. W pokoju kłębi się mnóstwo osób. Gestem zapalam światło. Wytaczam się do kuchni. Tam jest jescze więcej osób. Wypuszczam z dłoni światło, jednak oświetlenie dalej jest słabe. Ludzie-nieludzie chwytają mnie dziesiątkami dłoni i ściągają na podłogę...
...budzę się w swoim łóżku. Paraliż wstępuje od nowa. Koncentracja, oczy w górę i znów lecę pośród zamglonych zielonych trójkątów. Wstaję z łóżka, ale coś mi nie pasuje. Czy to na pewno sen? Zatykam nos i próbuję wciągnąć powietrze. Nic z tego. Koncentruję się i próbuję zrobić to raz jeszcze. Nic nie wskazuje na to, że śnię. Patrzę za okno i widzę moją siostrę wracającą o świcie do domu[aktualnie jest we Włozech na obozie]. Rozdeptuję jakiś kartonik i idę spać dalej. Niestety paraliżu już nie doświadczam.

II. Polityczny bal

Jestem w Warszawie w pobliżu słynnego ostatnimi czasy krzyża. Właśnie jest on przenoszony za pomocą latającego namiotu PO. Na krzyżu wiesza się w pozycji chrystusowej jakiś idiota. Tłum wrzeszczy, a my przenosimy się na imprezę do rezydencji Kocięby. W sali balowej jest wielka impreza. Wszyscy piją szampana i wznoszą głośne toasty, oczywiście wszystkie równocześnie, więc nikt nie wie, za co pije. Wśród gości są również Kaczyński i Palikot. Witam się ze wszystkimi, ale Kaczor nie chce mi podać ręki, więc olewam go i piję z Palikotem. Idę na przechadzkę po domu. Piękne kamienne wnętrza, złote świeczniki i czerwone dywany robią wrażenie. Przechodzę mostem pomiędzy dwoma wieżami. Niebo ma wyjątkowo piękne kolory zachodu. Schodzę w dół. W jednej z sal jest basen. Wskakuję do niego. Jest tam już parę osób. Ktoś włącza podgrzewanie i jaccuzi. Są laski, są bąbelki - jest impreza. Na balkonik wchodzi gospodarz i wyraża swoje niezadowolenie z włączenia bąbelków. Nie dbamy o to. Świat wiruje.

28 VII 2010

Starzy znajomi

Jest spokojny letni poranek, słońce świeci jasno, a po niebie leniwie płyną białe cirrusy, a ja chodzę po Żernikach w poszukiwaniu kumpla, który ma imbus, dzięki któremu będę mógł wreszcie ustawić antenę na satysfakcjonujący poziom sygnału. Idę do przedszkola, które znajduje się przy parku[oczywiście w rzeczywistości go tam nie ma], niestety nie zastaję tam posiadacza klucza. Zmierzam do szkoły, która znajduje się obok jego domu[również fałsz senny]. Przechodzę przez bramę i wchodzę na podwórze, gdzie pałęta się mnóstwo rozwrzeszczanych dzieciaków. Od razu wyskakuje na mnie moja znajoma, tyle, że starsza o jakieś dwadzieścia lat. Pyta się, kto upoważnił mnie do wtargnięcia na teren szkoły. Mówię jej, że szukam D. i słyszałem, że może się tu znajdować, a w razie czego, to przecież mogę pójść do domu obok, skoro go nie ma. W tym momencie wychodzi wspomniany kumpel, również starszy o dwadzieścia lat, z wielką łysiną na głowie i zaczyna coś majstrować przy śmietniku.

poniedziałek, 19 lipca 2010

19 VII 2010

Gniew i wstyd

Prowadzę warsztaty na temat hipnozy w jakiejś kaplicy na cmentarzu. Niestety słuchacze[moi znajomi z przerfóżnych kręgów, niestety nie pamiętam, kto dokładnie] nie zwracają na mnie w ogóle uwagi, co doprowadza mnie do szału.Obrażony wychodzę z kaplicy i spaceruję po cmentarzu. Wchodzę do jakiejś szkoły. Podchodzi do mnie jakiś chłopiec w wieku podstawówkowym. Mówi, że jest kumplem[nie pamiętam, kogo]. Czuję się strasznie obrażony. Uderzam go mocno. Dopiero po chwili dociera do mnie, co zrobiłem. To tylko mały chłopiec i na pewno nie chciał mnie urazić. Przepraszam go i przytulam. Prowadzę do sali obok, chyba informatycznej, gdzie na komputerach przedstawiam mu historię death metalu. Wychodzę ze szkoły i wsiadam do fabii. Jadę w stronę Billi. Na wysokości tunelu wiodącego na perony parkuję i wysiadam, by iść pieszo do Billi. Podchodzi do mnie dwóch drechów z filiżankami, na których widnieje Union Jack. Mówią, że mają w nich herbatę na wódkę i proszą, żebym spróbował. Mówi, że nie piję, bo prowadzę. Słyszę coś w stylu "pij albo wpierdol" i juz wiem, że mam wypić herbatę, żeby oni mogli tam wódy nalać. Jeden z nich dzierży absolwenta. Uskakuję w bramę i wyciągam z tamtąd moją dawno nie używaną beżową kurtkę zimową. Chowam się za nią i uciekam do fabii. Ku mojemu zdziwieniu, w samochodzie siedzi chłopiec, którego uderzyłem wcześniej. Zakładam panel radia i odjeżdżam.

14 VII 2010

Niestety na Polach Grunwaldu słoneczko budziło wcześnie, a uczty były suto zakrapiane, więc z sennych wojaży mam tylko jeden wpis.

Zwerbowany Zbawiciel [DILD]

Jestem bohaterem jakiejś gry cRPG. Jestem raz w grze, a raz poza nią. Drugą misją, jakiej się podejmuję jest zwerbowanie Jezusa. Schodził on zielonym zboczem, lecz cały czas jakaś tajemnicza siła ściągała mnie ze zbocza i uśmiercała. Za którymś podejściem odradzam się w korytarzyku przed sypialnią starych. Idę do niej na czworakach, ale znów jakaś siła nie pozwala mi wstać. W otwartych drzwiach trzepoce firanka. Powiewa w jakiś dziwny sposób.
Zaraz, to przecież jest sen!
Wykonuję kilkukrotnie test z nosem, ale nie chce mi wskazać stanu snu. Cóż, sprawdzę to w inny sposób. Przyglądam się uważnie firance, a ona na moich oczach rozdwaja się na dwie identyczne. Tak, to sen!
Wyskakuję przez okno i opadam stanowczo i delikatnie za razem na jakąś ulicę. Miasto wygląda na dziewiętnastowieczne. Zakurzone ulice, szare kamienice, gazowe latarnie wyglądają na długo nieużywane. W moją stronę zmierza Jezus. No, nareszcie! Na ulicy są zniszczone szyny tramwajowe. Podjeżdża pusty stary tramwaj. Wsiadamy do niego i długo dyskutujemy na temat przyszłości tramwajarstwa, która chyli się ku upadkowi. Przejeżdżamy koło zielonej łąki oraz opustoszałego placu budowy. W końcu docieram do mojego pokoju. Stoi w nim trumna zbudowana ze skrzynek po serze camembert. Mama pyta mnie, co to ma znaczyć. Odpowiadam, że to na znak, że M. umarł już dla świata.

piątek, 9 lipca 2010

Krótki przebłysk

Z dzisiejszych sennych nowości niestety nici, bo zostałem brutalnie obudzony, jednak umieszczę krótką notkę z wczoraj.

8 VII 2010

Lekomani

Cały świat jest uzależniony od leków. Ludzie biorą leki na wszystko co się da, łącznie z pływaniem pod wodą. Zorganizowano wielkie przyjęcie, na którym można zjeść kawałek olbrzymiego tortu, dzięki któremu uzależnienie znika.

niedziela, 4 lipca 2010

4 VII 2010

I. Znieczulenie

Jestem na sali szpitalnej. Stoję przy łóżku. Za chwilę mają operować moją nogę. Podchodzi do mnie zarośnięty anestezjolog ze strzykawką w ręce. Pytam, co jest w środku. Tiopental - odpowiada. Bez ostrzeżenia doskakuje do mnie i wbija mi igłę w ramię, po czym deponuje zawartość strzykawki w moim bicepsie. Po chwili czuję, że moje ciało przestaje mnie słuchać. Czuję się troszku jak po szałwii wieszczej - charakterystyczne pulsujące prądy przepływają przez moje ciało, ale cały czas mam świadomość. Kładą mnie na łóżku i już chcą wieźć na salę, ale zwracam im uwagę, że wciąż mam świadomość. Dostaję kolejną dawkę tiopentalu. Ciało jest gdzieś daleko, ale przez cały czas w czakrze trzeciego oka jest ten kwant świadomości. Słyszę wszystko, co się dzieje dookoła, ale moje ciało dla mnie nie istnieje.

II. Platforma

Moja mama zaprojektowała platformę oświetleniowo-wyborczą do kaplicy dla powodzian na osiedlu Obrońców Pokoju. Platforma jest już gotowa. Jest na niej miejsce dla kandydata oświetlone od dołu na czerwono, a od góry na zielono-niebiesko.

poniedziałek, 24 maja 2010

24 V 2010

Niestety takie czasy nastały, że mam naprawdę mało chwil dla siebie, więc niestety zapuściłem bloga. Dzisiejszej nocy dostałem jednak taką dawkę emocji, że muszę to opisać.

Requiem dla świata

Zbliża się koniec świata. Nadchodzi ostatnia bitwa. W ten niespokojny czas idę do domu sąsiadów. Dziwne niepełne drzwi[jakby za krótkie z góry i dołu] nie chcą zamknąć się na zamek. Za mną stoi Michasia. Mówi, że mogę je zamknąć tylko ja z pomocą Matki Natury. Idę po schodach do pokoju. Siedzi tam przy stole wujek Grzesiek i pije wodę ze szklanki. Woda jest w przeźroczystej szklanej butelce. Wujek mówi, że jestem wybrańcem i pyta, czy jestem na to gotowy. Nie jestem pewien. Schodzę na dół. Do środka wchodzą ostatnie osoby. Zamykam drzwi na zamek. Po chwili coś uderza w nie ze straszliwą siłą. Drzwi wyginają się. Nie wytrzymają następnego ciosu. Pod następnym uderzeniem po prostu wylatują z zawiasów. Do domu wchodzi dwóch martwiaków. Są straszni. Mają szaro-siną skórę, czarne, potargane włosy i przerażające, niewidzące oczy. Ciała ich okryte są podartymi czarnymi łachmanami. Nie wiem, co mam robić, nie mam broni. Wbijam im palce w oczy i próbuję sięgnąć mózgu. Udało się! Padają. Do środka wchodzi dwóch następnych. Chcę zrobić to samo, ale zachowują się zupełnie biernie. Jakby na kogoś czekali. Wchodzi straszliwy Martwy Król. Ma na sobie podartą brudną czerwoną szatę. Jego nagą czaszkę upstrzoną kilkoma kawałkami jeszcze przylegającej skóry barwy popiołu zdobi złota korona, jest poczerniała i pogięta. Jego oczy jarzą się zielonym światłem. W ręku trzyma złotą laskę zakończoną na kształt głowy węża. Wykonuje nią władczy gest. Zaczyna się. Nieumarli rzucają się do gardeł wszystkim żywym istotom. Kulturalny trup w garniturze atakując mnie pyta się, czy ma mi opowiedzieć, jak zginął. Odpowiadam przecząco i wycofuję się do pokoju. Trwa tu zajadła walka. Trup wchodzi za mną. Oparty o stół stoi tu rower. I tak się już nikomu nie przyda, przecież to Ostatnia Bitwa. Chwytam rower za koło i z całej siły uderzam nim zombiaka prosto w nieskazitelną fryzurę. Niestety nie robi to na nim większego wrażenia. Na stole stoi koszyczek ze sztućcami. Biorę spory ostro zakończony nóż z czarną rękojeścią. Chwytam go na płasko i uderzam między żebra mojego dobrze wychowanego wroga. Nie trafiam, ostrze ześlizguje się po żebrach. Wypadamy na korytarz. Udaje mi się go trafić. Walka trwa. Chóry śpiewają "Lacrimosa" z "Requiem" Mozarta. Wszyscy czują wzniosłość chwili. W końcu to Ostatnia Bitwa. Krzyczę do ludzi, że w pokoju jest mnóstwo broni. Przez dziurę po drzwiach frontowych wchodzi przedziwna delegacja. Stanowią ją osobnicy w dresach z kijami baseballowymi, nożami, siekierami i innymi zabójczymi sprzętami. Wchodzą do windy i patrzą na mnie. Mówię im, że jestem wybrańcem. Wiedzą. Mówią, żebym się trzymał i dowodził. Jadą w górę bronić wyższych kondygnacji. Chóry śpiewają. Walka trwa...

piątek, 19 marca 2010

Ostatnie zaległości

[brak daty]
Zakład
Mam wieszak do izolacji DNA. Jest to zwykły czarny plastikowy wieszak, ale wiem, że służy on do izolacji DNA. Zakładam się z ojcem, że wytrzymam bieganie z ramami na obrazy zawieszonymi na szyi. Jako wygraną dostać mam bilet na jakiś koncert[nie pamiętam jaki]. Dobiegam do szafy z ramami na szyi i siadam zamaszyście na poduchach w szafie. Wołam, że wygrałem zakład. Ojciec oburza się strasznie i nie chce uznać mojej wygranej. Pyta, czy rzuciłbym w niego kawałkiem salaterki w ramach zakładu. Odpowiadam, że tak. Jestem zły. Bardzo zły.

16 III 2010
Biegi narciarskie
Wszystko zaczyna się od tego, że Magika de Czar ląduje awaryjnie w warszawie swoim samolotem. Warszawa jest zalana. Widz zbliżającą się taflę wody, żeby chwilę później zorientować się, że...
...biegam na nartach z Magdą i Radkiem. Jest zimno jak cholera, ale bieg bardzo rozgrzewa. W pewnym momencie dojeżdżam do mojej klatki. Czeka tam na mnie Sploch. Mówi, że nie wiedział, że umiem biegać na nartach i nie spodziewał się tego po mnie. Odpieram, że to bardzo proste i jadę dalej. Muszę dogonić Magdę. Wyjeżdżamy poza Warszawę, na jakąś zaśnieżoną uliczkę. Wjeżdżamy na wzgórze, na którym jest jakiś budyneczek ogrodzony siatką. Jest tam parę dziwnych anten i mnóstwo przewodów – to na pewno jakaś stacja badawcza. Magda wyprzedziła mnie o dobre parę metrów. Próbuję ją dogonić. Zjeżdżając ze wzgórza przyspieszam się, ile się da, ale już straciłem ją z oczu. Jadę coraz szybciej, aż w końcu wywalam się do rowu. Wywaliłem się na Magdę. Ale wygląda ona, jak Magda aprzed paru lat. Okazuje się, że dziewczyna jest jej kuzynką. Rozmawiamy przez chwilę.

17 III 2010
Wojenne przekręty i prawo jazdy
Jest piękny letni dzień. Jestem w lesie z paroma umundurowanymi osobami. Trwa Druga Wojna Światowa. Właśnie przytargali jakiegoś faceta. Jest oskarżony o sprowadzanie złych dziewczyn do harcerstwa. Pada rozkaz: ukrócić. Wsadzają go do czerwonego kabrioletu, którym mam go wywieźć. Jedziemy ulicami miasta. Zatrzymuję się na stacji benzynowej i zadaję mu sześćdziesiąte czwarte pytanie z egzaminu na prawo jazdy. „Detergentem jest:
A: Tween
B: olej mineralny
C: woda.
Wskazał A i B. Źle.

18 III 2010
Lampa Alladyna
Jestem w jakimś dużym domu. Jest noc- wszystko jest oświetlone sztucznym światłem. Jestem z paroma osobami. Łączy nas wspólny cel – mamy odnaleźć lampę Alladyna. Kto pierwszy ją znajdzie, będzie mógł zabić całą resztę w ułamku sekundy. Biegamy po domu i przeszukujemy wszystkie imbryki – w jednym z nich znajduje się lampa – dziwny artefakt przypominający kształtem literę Y. Co jakiś czas tajemnicza osoba mówi mi, w którym imbryku znajdę Lampę, lecz za każdym razem gubię trop.

środa, 17 marca 2010

Kolejna dawka surrealizmu

Mam nadzieję, że nie przedawkujecie, bo parę akcji jest naprawdę pokręconych.

17 II 2010
Akademik
Mieszkam w akademiku, gdzie windy oraz schody określają przyszłość, przeszłość i teraźniejszość snu. Wchodzę do windy. Wchodzi również Władca Pierścieni. Odpala windę. Drażni mnie to, że nie wyregulowała jej przed włączeniem. Na poziomie bazowym były trzy windy, zaś na pierwszym piętrze - tylko jedna. Wchodzę do pokoju. W środku siedzi Rafał. Jestem pijany.
-Nie martw się - mówię do Rafała - to nie jest kapa Jaco-podobna.
-Jaca ma jutro matmę.

[brak daty]
Allostaza. Widzę tysiące twarzy w przestrzeni kosmicznej.Razem układają się one w twarz kobiety. Mimo, że twarze ciągle się zmieniają, twarz, którą tworzą jest niezmienna.

[brak daty]
Oblężenie
Siedzę z Yakuzą w akademiku. Gra on na kompie w grę "Dragon Enslave IV". Mówi, że w dzisiejszych czasach nie robi się już takich gier. Polega ona na odpieraniu oblężenia zamku atakowanego przez potwory. Coraz bardziej wkręcamy się w grę. Nagl ktoś krzyczy, że mamy nieproszonych gości. Okazuje się, że akademik jest oblegany przez trolle, smoki i orki. Rozpoczyna się krwawa walka.

[brak daty]
Jedziemy z Mojsą po płyty syrenką jego wujka. Mam się wyrobić z tym i załatwić kosz na wpisy. Endrju daje nam kluczyki. Jest mokro jak cholera. Pada deszcz. Mamy jechać za Mojsy sąsiadem z piekarni i najlepiej, jakbyśmy zdążyli wrócić za nim.

[brak daty, ale niedawno]
W poszukiwaniu Chymotrypsymaty [DILD]
Siedzę sobie w kuchni, a tu nagle atakuje mnie znienacka myśl "to jest sen". Zatykam nos. Biorę wdech. Rzeczywiście. Mama oczywiście mi nie wierzy, ale co z tego. Wychodzę na dwór. Tym razem znajdę Chymotrypsymatę i poproszę go o częste wizyty i uświadamianie. Wołam go po imieniu. Wypatruję. Nigdzie go nie ma. Zaczynam latać żabką nad domami. Musi tu gdzieś być. Nawołuję, szukam po tarasach, niestety ani widu ani słychu mędrca. Ląduję na Gdyńskiej. Idę w stronę pętli. Po drodze podchodzi do mnie ojciec. Mówi, że przyszła do mnie paczka z czekiem od H. i ciasto. Ignoruję go i idę szukać dalej Chymotrypsymaty. Tracę świadomość, gdy odzyskuję ją ponownie, widzę już tylko powidok pod powiekami i czuję łóżko.

[brak daty]
Przewrót Juszczenki i fałszywe przebudzenie
Właśnie skończył się pokaz w szkole. Za niedługo mają się zacząć pierwsze ćwiczenia z higieny. Marta, Kamila i Wika mówią, żeby olać, więc się tam nie wybieram. Zamiast tego, siedzimy w jakiejś budce z gastronomią. Po chwili wychodzę. Koło jakiegoś drzewa jakiś Cygan kradnie rowery. Zasłaniam się płytą z pleksiglasu i szukam gazu w kieszeni. Jacyś ludzie osłaniają mnie. Nagle wybuchają petardy i słychać jakiś wzniosły hymn. To zaczął się przewrót Juszczenki. Wyciągam paczkę fajek i odpalam przez nią papierosa. Odpaliły się dwa. Widzę spore zgromadzenie odtwórców historii - głównie wczesnych. Szukam swoich. Siedzą na zboczu, przez co mają doskonały widok na petardy wybuchające przy głównej alei. Pytam Jasia, czy nie chce jednego papierosa, bo odpaliły mi się dwa, jednak odmawia. Sławek chce. Daję mu go. Budzę się. Dowiaduję się, że Tesla wymyślił rurę w łodzi podwodnej, którą doprowadza się węglan wapnia.

Dwa enigmatyczne wpisy

Nie pamiętam snów, z których pochodzą, ale chciałem się tym podzielić.

12 II 2010
Duże ryby i małe ryby. Duże wrzuciłem do sałatki, a małe zjadł kot.

13 II 2010
KENIA = K + ENIA (Józef i Maria)

niedziela, 14 marca 2010

14 III 2010

I. Keep on rockin' in the pipette world

Siedzę w jakimś pokoju. Włączam telewizor. Właśnie leci filmik nagrany w podstawówce, gdzie wykonywałem z koleżanką A. "Rockin' in a free world" Neila Younga theu mnie w domu w dużym pokoju. Najpierw przyjmuję postawę jak do robienia pompek i przypinam sobie do kieszeni na piersi krzyż harcerski, potem włączam muzę. Leci jakaś solóweczka na gitarze oraz jakieś przeraźliwie sztuczne klawisze. Raczej takie pitu-pitu, ale w tonacji kawałka. Siadam na łóżku[którego zresztą nie było tam jeszcze za czasów mojej podstawówki] i zaczynam grać na gitarze. A siada naprzeciwko i zaczynamy śpiewać. Scena zanika w patetycznym nastroju, gdzie ludzie, którzy pojawili się znikąd, biją nam brawo na stojąco i popierają idee wyzwolenia. Wyłączam telewizor. Teraz muszę nakręcić maszynę do pipetowania dla prowadzącego. Jest to dziwna maszyneria pełna kół zębatych, które muszę nakręcać specjalnym kluczykiem, niektóre w przeciwnym kierunku, niż się kręcą, co sprawia spory problem, bo stawiają spory opór. Zębatki są różnokolorowe, jedno ze spiralnym czerwono-białym wzorem
stawia się szczególnie zawzięcie.

II. Spam

Otwieram skrzynkę mailową. Dostałem wiadomość, że jest konkurs polegający na walce na widelce z paczką Marlboro. Wygrany papieros jest prawdziwy, a gra przenosi się do rzeczywistości. Został już tylko jeden, więc namawiam mamę, żeby powalczyła.

sobota, 13 marca 2010

Archiwalia vol. 3

Wiem, strasznie zapuściłem bloga. Mógłbym kolejny raz napisać, że od dzisiaj będę już regularnie umieszczał tu moje sny, lecz nie zrobię tego. Primo: mam cholernie mało czasu w tym semestrze. Secundo: mój umysł nie pozbierał się jeszcze po sesji do stadium zrozumienia, że warto by wrócić do zapamiętywania snów i odzyskiwania świadomości w snach. Najszybciej, jak to jest możliwe zamierzam sprostować to przy użyciu hipnozy, lecz póki co, nie udaje nam się zgadać na sesyjkę. Dobra, koniec pieprzenia bzdur, czas opisać sny.

7 II 2010
Kontrola

Idziemy pieszo na Grunwald. Jest piękny letni dzień. Jestem z Jasiem, Ziotrem i Misią. Prowadzimy jakiegoś czarnego psa. Jak zwykle, musimy przejść przez długi futurystyczny budynek, w którym zahaczamy o bufet, gdzie jem trójkątną kanapkę. Tam jakaś kobieta mówi nam, jak możemy przemycić różne rzeczy na Grunwald. Idziemy dalej pylistą drogą. Mijamy skałę z pięknym wodospadem, obok niej stoi katedra. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, że mieliśmy wziąć z katedry smycz i kaganiec dla psa. Trudno, będzie trza się obejść bez. Na granicy jest długa kolejka do budynku kontroli celnej. W końcu wpuszczają naszą grupę. Wchodzimy do środka i rozchodzimy się po całym budynku. Pytam parę osób, którędy na Grunwald. Każdy odpowiada inaczej i wskazuje inne schody. Po jakimś czasie udaje mi się znaleźć właściwe, kręte schody na Grunwald. Niestety dolne stopnie są sterowane przez jakiegoś faceta, który upiera się, że ich nie wysunie, dopóki wszyscy nie zostaną przeszukani. Wracam do Jasia. Pies nie przejdzie, bo nie ma smyczy i kagańca. Najprawdopodobniej tu zdechnie. Ma miseczkę z kranikiem.

8 II 2010
Impreza u Czadża

Jestem w jakimś pokoju w domu Czadża. Jest tu mnóstwo sprzętu muzycznego. Przyniosłem mały dziesięciowatowy piecyk i pogrywam sobie. Wszyscy zgodnie wyśmiali "piecyczek". Wkurzony podłączyłem się do studwudziestowatowego potwora, którego rozkręciłem na pełną moc. Doszło jeszcze parę osób, pograliśmy chwilkę, po czym poszliśmy chlać do "pokoju Czadża". Był tam jeden koleś, który niezbyt przypadł mi do gustu. Zasugerowałem "małą pogawędkę w pokoju ze sprzętem" i wyszliśmy. Uderzył mnie w ucho i powiedział, że nie odważę się uderzyć go w twarz. Zacząłem widzieć na czerwono. Powaliłem gościa na ziemię i zacząłem okładać po głupiej gębie. Jak mi już ulżyło, to wstałem i wróciłem do chlania. Później w pokoju ze sprzętem wspomniany koleś próbował zagrać na garach "Breed" Nirvany przy użyciu czterech pałek. Wyśmialiśmy go. Jeden koleś poinformował naszego wspaniałego kolegę, że "Breed" gra się dwoma pałeczkami trzymanymi prawie pionowo, co umożliwia śpiewanie do nich. Siadł za garami i zademonstrował.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

17 I 2010

Obudziłem się o w pół do jedenastej. Chyba jeszcze trochę pośpię. Wziąłem antybiotyk i położyłem się z powrotem. Kotka strasznie się darła, że chce wyjść, więc musiałem wstać i jej otworzyć. Lekko wkurzony położyłem się znowu. Nie minęła chwila, kiedy złapał mnie paraliż. Pisk w uszach, wibracje i hipnagogia wzrokowe. Pulsujące czarno-białe geometryczne wzory pochłaniają mnie. Koncentruję się i już po chwili...

Czas Apokalipsy [WILD]

... siedzę w moim ogrodzie. Na niebie widzę dwie czarne, bardzo gęste chmury, które powoli zbliżają się do siebie. Ktoś mówi, że to dwie głowice termojądrowe, które za niedługo się zderzą. Muszę temu zapobiec, lub chociaż być na miejscu, gdy to się stanie. Rozbiegam się i startuję. Ląduję parę domów dalej i stwierdzam, że lepiej mienić kierunek. Krzyczę "KONTROLA!" i lecę dalej. Mijam domy i ląduję na jakimś błotnistym skrawku ziemi na polach. Startuję znowu i lecę nad polami. Czy jest cudowniejsze uczucie niż lot nad polami? Kwintesencja wolności. Spróbuję polecieć "na indiańca". Przykładam ręce do boków ciała. Wrażenie niesamowite. Lecę nad polami, aż w końcu ląduję na dróżce do lasu. Dobra, w lesie będzie odpowiedź. Lecę do lasu. Spotykam tam Psajko i Marka. Męczą się z jakimiś gałęziami, które przeszkadzają w przejściu przez [stojące] drzewo. Włażę na pień i przyginam gałąź. Sproszkowaną korą rysuję towarzyszom na policzkach barwy wojenne. Budzę się.

niedziela, 10 stycznia 2010

Archiwalia vol. 2

14 XII 2009
Podczas weekendu w Warszawie, przy okazji spotkania z Warszawskimi HipnoJunkies, postanowiłem powalczyć z moją "senną niepełnosprawnością", mianowicie brakiem umiejętności latania. Poprosiłem Psajko, żeby hipnozą "wyłączył" mi ten problem. Jedna sesja i już dwa dni później...

Strzelanina i lot[DILD]

Lata trzydzieste. Jestem w ogrodzie jakiejś wielkiej rezydencji[wiecie, drewno i kamień, wielki ogród z poprzycinanymi krzaczkami itd.] i właśnie trwa strzelanina. W pewnej odległości w mroku są "trybuny", na których siedzą jacyś ludzie i obserwują wydarzenia. Skończyły mi się naboje. Podbiegam do jakiegoś mafiosa i wyrywam mu z ręki snajperę. W tym momencie czuję dłoń na ramieniu. Jakaś kobieta ciągnie mnie w mrok. Mówi mi, że dostanę tą snajperę, jeśli tylko zdejmę dwie osoby. Pokazuje mi je przez lunetę. W lunecie jest noktowizor. Dziwne. Skąd noktowizor w latach trzydziestych? Patrzę na wskazane osoby. Na ich widok serce mi normalnie pęka. Jedną z nich jest Marta. Przecież nie mogę zabić Marty w latach trzydziestych, bo nie spotkam jej w "latach dwutysięcznych". Z drugiej strony, jak choćby nie wystrzelę w tamtą stronę, to i tak tu zginę. No tak, ale żyć ze świadomością, że zabiłem Martę, to byłaby największa męka na świecie. Nie mogę zebrać w sobie siły, żeby strzelić albo do niej, albo do siebie. Dobra, i tak wszyscy tu zginiemy. Podnoszę karabin. Niewygodny. Przykładam kolbę do dołka strzeleckiego. Tajemnicza niznajoma mówi, że też kiedyś tak strzelała, ale teraz woli brać kolbę pod pachę. Mierzę w stronę dziewczyn, ale zamykam oczy i strzelam, jedynie "w tym kierunku". Zaczyna się panika na trybunach. Wszyscy zaczynają uciekać. Ja w tym czasie zdejmuję gangstera za gangsterem. Wbiegam po schodach do rezydencji. Drogę zastępuje mi Profesor. I znowu wyrzuty sumienia, ale dylemat mniejszy, bo mierzy mi z pistoletu w pierś. Z ciężkim sercem zabijam go. Wbiegam do budynku. Dziwne, zamiast drewnianych schodów, czerwonych dywanów i trofeów myśliwskich widzę wnętrze nowoczesnego wieżowca - stal, marmur i szkło. Strzelanina trwa nadal, tylko już nie jest tak mafijnie, tylko raczej "matriksowo". Biegnę po schodach zabijając wszystkich, którzy stają mi na drodze. Wbiegam na najwyższe piętro. Spotykam tam Opiekunów. Nie, tego już za wiele. Noktowizor w latach trzydziestych, ludzie z przyszłości w przeszłości, przeskok o osiemdziesiąt lat w ciągu przechodzenia przez jedne drzwi, karabin snajperski w moich rękach...
To jest sen!
Patrzę na dłonie. Mimo, że wyglądają normalnie, ich widok i fakt spojrzenia na nie tylko utwierdza mnie w stwierdzeniu, że to jest sen. Chwytam snajperę za lufę i kolbą wybijam szybę. Gosia pyta mnie, co zamierzam zrobić. Mówię, że zamierzam wyskoczyć przez okno i polatać sobie. Odpowiada, że przecież się zabiję. Mówię, że to jest mój sen i nic mi się nie stanie. Oczywiście nie wierzy mi. Przyciskam prawy palec wskazujący do wnętrza lewej dłoni. Przeciskam go na wylot i pokazuję jej. Bardzo dziwne uczucie. Trochę boli. Po wyjęciu palca zostaje mi dziura na wylot. No to co? Zasklepiam ją siłą woli. Wychodzę do korytarza, żeby wziąć rozbieg. Jest tam trzech mafiosów. Strzelają do mnie. Jedna z kul przeszywa moje udo. Uzdrawiam je i rozbiegam się w stronę okna. Wyskakuję. Lecę w dół. Nie spadam szybko, tylko łagodnie opadam. Ląduję w jakiejś piaskownicy. Zaraz, przecież ja mogę latać. Odbijam się od ziemi i płynę kraulem w powietrzu. Niesamowite uczucie. Po chwili ściąga mnie ku ziemi. Ląduję. Jestem na jakimś osiedlu wieżowców. Jest zielono. Nie ma tu żadnych ulic, tylko żwirowe alejki. Wszędzie rosną drzewa i krzerwy. Odbijam się ponownie. Nogi do kraula i ręce do żabki. Po chwili już lecę "czystą" żabką. No tak, ulice nie są tu potrzebne, bo ludzie przemieszczają się latając. Po chwili latania ląduję. Widzę spadającą z nieba dziewczynę i czuję, że tradycyjnie, jak w prawie każdym świadomym śnie, czuję uderzenie testosteronu. Myślę "czemu nie?". Chwytam ją za rękę i prowadzę w stronę garażu przy jednym z wieżowców. Patrząc na drzwi koncentruję się. Za nimi ma być wielka sypialnia z olbrzymim łożem z baldachimem. Otwieram, a tam zwykła piwnica. Zamykam drzwi. Koncentruję się jeszcze raz i dokładnie wizualizuję sobie sypialnię. Otwieram drzwi, a tam - piwnica. Może za rogiem jest sypialnia? Nic z tego - piwnica. W tym momencie podchodzi do nas jakiś pan w średnim wieku z panią w średnim wieku i grupką młodzieży. Mówią, że dziewczyna ma teraz zajęcia i nigdzie jej nie puszczą. Trudno. Idę w stronę jakiegoś wielkiego gmachu, a pan w średnim wieku podąża za mną i kłócimy się w stylu "Dnia śrira". Wchodzę do budynku. Wnętrze kojarzy mi się z jakimś akademikiem Oksfordu - kamienne ściany, kolumny, schody z czerwonym dywanem itd. Idę schodami w górę. Testosteron buzuje. Wiem, że zaraz pojawi się następna dziewczyna. Istotnie. Schodzi właśnie z naprzeciwka. Na mój widok gestem pokazuje mi, że mam iść za nią. Biegnę za nią do góry... Budzę się.

17 XII 2009

Senny plecak [DILD]

Stoję w jakimś pomieszczeniu, gdzie na podeście u szczytu schodów stoją Marta, Kamila i Wika. Pierwsza myśl: "To jest sen!". Zatykam nos. Mogę swobodnie oddychać! Podchodzę do Marty i pytam, czy mogę teraz wejść do jej snu. Kamila coś tam sceptycznie komentuje, że to nie może być sen. Zatykam nos i oddychając przez niego udowadniam jej, że to jednak sen. Chwytam prawą ręką za lewe kolano[Psajko założył mi taką kotwicę na ny plecak]. Spoglądam na swoje plecy i widzę dość spory szary sportowy plecak. Otwieram go i szukam klucza teleportacji, który powinien się tam znajdować. Niestety w środku są same szpargały - stare gazety, jakieś żelaztwo, ogólnie - śmieci. Za mną stoi drabinka do pawlacza. Wchodzę na nią i otwieram drzwiczki. W środku znajduję spory staroświecki klucz. Chwytam go i szukam drzwi. W końcu udaje mi się je znaleźć. Niestety klucz nie pasuje do zamka. Szukam takich, jakie będę mógł otworzyć przy pomocy tego klucza. Niestety nie znajduję takowych. Wychodzę na ulicę. (...)

sobota, 9 stycznia 2010

Archiwalia vol.1

Czas się wziąć za odświeżenie bloga. W natępnych postach zamieszczę najbardziej soczyste kawałki ze swojego dziennika snów od czasu, kiedy przestałem je publikować. Niestety byłem wtedy w dość kiepskiej formie i niektóre sny będą bez dat, a część może być dziurawa lub urwana.

[brak daty]
Orszak powitalny

Jestem ze znajomymi na dworcu w Olsztynie. Zaraz mają nadejść ludzie zmierzający na Grunwald.Dochodzimy na peron i rzeczywiście, słyszę nadchodzącą kolumnę. Zaczynam wołać, a raczej drzeć mordę w powitalnych okrzykach. Idą w najpiękniejszych zbrojach i strojach. Przed kolumną idą "krzykacze", którzy mają za zadanie odpowiadać na powitalne okrzyki. Kolumna idzie trójkami. Źle, ale da się to naprawić. Jak są już blisko, mówię, że potrzebuję podwójnej kolumny. Przegrupowują się, a ja w tym czasie idę przywitać się z dowództwem. Zauważam coś dziwnego na niebie. Jest to napis 0-000-000 wyglądający, jakby był "wyświetlony" na niebiesko na niebie. Porusza się. Okazuje się, że oznacza on mknącą na niebie strzałę. Spoglądam w lewo. Na olśniewającym koniu zmierza w naszą stronę Olśniewająca Pani. TO pani na zamku w Olsztynie. "Zdejmie z nas obowiązki turniejowe podczas uczty" - mówi ktoś z towarzyszy. Przez moją głowę przebiega myśl: nie zdążę na konie!

1 XII 2009
Wzgórze Jericho

Idę przez miasto z Chaosem i "znajomą". Zmierzamy w stronę jakiejś knajpy. Na zewnątrz czeka na mnie kilku drechów. Zaczynają mnie gonić. Długo uciekam przed nimi, aż w końcu w pościgu został już tylko dwóch, z czego jeden to chłystek. Męczę się z zapięciem od gazu. Klamra w końcu ustępuje, więc zawracam i nacieram na prześladowców. Strzelam gazem. Większy dostał w oko. Wracam biegiem do baru, bo Chaos i "kumpela" czekają na mnie. Na jednym z przejść dla pieszych spotykam Chaosa. Wracamy do knajpy. W knajpie jest Marzena. Mówi, że biegiem pokonłem odległość, jaką przebywa się marszem w dziewięć godzin. Okazuje się, że chłystek poszedł po starych. Zaraz zacznie się strzelanina. Spokojnie, Batman jest z nami.
[Batman]
Widzę mnóstwo ludzi atakujących kogoś w jakimś barze. Strzelam hakiem. Jedno huśtnięcie i już jestem w środku. Wystrzeliwuję agresorów jak kaczki.
[Roland]
Widzę dwóch szpakowatych mężczyzn. Jeden z nich podaje drugiemu pudełeczko z czterema szklanymi nabojami. Stoję na ulicy i widzę, jak jeden z nich wyciąga broń i zaczyna strzelać. Stoi tyłem do mnie. Wyciągam rewolwer i strzelam. Pada. Idę pod górę asfaltem. Widzę, że ktoś do mnie strzela. Widzę lecące kule. Unikam ich. Wyciągam rękę i strzelam. Celnie. Nadal lecą we mnie kule. Sukcesywnie zabijam tych, którzy posłali je w moją stronę. W pewnym momencie zza słupa wychyla się mały chłopiec i strzela do mnie. Wysyłam w jego stronę dwie kulę. Kiedy wychyla się kolejny raz, jest już martwy. Cały czas idę pod górę. Asfaltową drogą poprzez zielone łąki Wzgórza Jericho. Czuję bardzo silne wzruszenie. Nastrój jest bardzo wzniosły. Kule dale lecą we mnie, ale są już bardzo powolne. Gdy droga kończy się ślepo, idę przez łąkę. Kule zatrzymują się nad trawą i zamieniają w łzy. Gdy dotykam jednej z nich, łza zamienia się w kryształ. Nigdy w życiu nie czułem jeszcze tak silnego wzruszenia, jak tutaj, na łące szczytu Wzgórza Jericho.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

4 I 2010

Tak, wiem, opuściłem się... Mam sporo do napisania, ale nie mam kiedy to zrobić. Dzisiejsze wrażenia jednak są na tyle mocne, że nie mogę się powstrzymać.

Po powrocie z hipnotycznej sesji mającej na celu pomóc mi z bezsennością pouczyłem się jeszcze godzinkę i położyłem spać.
Stwierdziłem, że nie włączam dzisiaj alfa-budzika. Otworzyłem drzwi do wspólnego świadomego śnienia. Naładowałem się energią LD. Dość długo zasypiałem, ale w końcu udało mi się stracić świadomość i wkroczyć w krainę Morfeusza. Później jednak zaczęły się dziać dziwne rzeczy...

Into the WILD

Odzyskałem świadomość, kiedy zaczął wkraczać paraliż. Pisk urósł do dość nieznośnego natężenia, poczułem wibracje całego ciała i wtedy zaczęło się. Złapał mnie potworny szczękościsk. Myślałem, że zaraz sobie zęby połamię. Kończyny zrobiły się ciężkie i bezwładne.
Postanowiłem zaatakować brutalnie i po prostu zerwać się sennym ciałem do pozycji siedzącej. Usiadłem, lecz niestety zrobiło to ciało fizyczne. Cóż, wracam do snu.
Pisk, wibracje, szczękościsk, paraliż. Poczułem, że opadam - przez łóżko, jakby w ogóle go nie było.
Postanawiam skoncentrować się maksymalnie, mobilizuję całą swoją siłę woli...
Otwieram oczy. Jestem we własnym łóżku. Przestałem opadać. Wstaję. Zaciskam nos. Mogę oddychać! Próbuję zapalić światło pstryknięciem(chcę wyostrzyć wzrokowo, ale mało widać w ciemności, a włącznik światła jest od zewnętrznej strony pokoju). Nie udaje się. Upewniam się parę razy poprzez "nosowe RT", że to na pewno sen. Głupio byłoby obudzić pół domu. Bez wątpienia - to jest sen! No to mogę wrzasnąć. KONTROLA!!! KONTROLA!!! KONTROLA!!! Tracę równowagę. Upadam. Znów próbuję zapalić światło. Porażka. Dobra, to lecimy na dotyk. Kładę dłoń na dywanie i gładzę go. Czuję jego fakturę...
...widzę "łóżkowe otoczenie". RT pozytywny. Wywaliło mnie...
Zamykam oczy. Pisk, wibracje, szczękościsk, paraliż, opadanie, koncentracja. Wstaję. RT negatywny. Robię dwa kroki i pstryknięciem zapalam lampę. Pali się bardzo przyćmionym światłem. Upadam. Lampa gaśnie. Pocieram dłonie, koncentruję się, widzę...
...półkę nad łóżkiem. @^%$^$#, znowu!
Zamykam oczy. Pisk, wibracje szczękościsk. Zaczynam się zastanawiać, co zrobić, żeby nie uszkodzić sobie zębów, zmieniam lekko położenie żuchwy w celu zmiany miejsca obciążenia. Paraliż, opadanie.
Wstaję. RT(-). Zaczynam wirować koncentrując się na obrazie plaży. Upadam na podłogę...
...otwieram oczy w łóżku. %$^@$%%$&@&!!!
Zamykam oczy. Pisk, wibracje szczękościsk. Przypomina mi się scena z "Dnia świra", gdzie dentysta mówi Adasiowi, że powinien nosić ochronną szynę na zęby na noc. Chyba też muszę sobie taką sprawić... Paraliż, opadanie. A może tym razem zrobię "OBE"? Wizualizuję sobie "wyjście poza ciało". Rzeczywiście, jestem czymś bezcielesnym. Niestety widoczność jak w ciemnych okularach w nocy. Udało mi się "przelecieć" może ze dwa metry...
...po to tylko, żeby obudzić się w łóżku. Zaczyna mnie to męczyć. Co mi zależy, takie warunki nie zdarzają się na co dzień! Zamykam oczy.
Pisk, wibracje, szczękościsk, opadanie. Wstaję. RT(-). Przypominam sobie, jakie techniki ostrzenia były opisane na Lucidipedii. Dobra, próbujemy.

Od tego momentu znowu parę razy wywaliło mnie do chwili na sekundy przed paraliżem. Próbowałem ostrzyć i utrzymać się na wszelkie możliwe sposoby. Raz udało mi się aż do kuchni.
Łączna liczba WILDów licząc od pierwszego opisanego powyżej wyniosła dwanaście.
Po ostatnim straciłem świadomość do momentu, kiedy zorientowałem się, że...

Into the MLD [DILD]

...idę schodami na jakiejś obskurnej klatce schodowej. To jest sen! Zatykam nos. Mogę oddychać! Dobra, to teraz wbijam się do Psajko. Wchodzę do pierwszego lepszego mieszkania. Jest to jakaś obskurna speluna. W środku jest jakiś zarośnięty koleś. Coś tam gada, ale olewam go - teraz czas na ważniejsze rzeczy niż sprzeczanie się(pewnie jak zwykle o to, czy to jest sen, czy nie). Biorę pierwszy lepszy klucz z komody, która stoi obok i wydrapuję na drzwiach o strony mieszkania symbol Wspólnego Świadomego Śnienia. Myślę "Psajko" i otwieram drzwi. Znowu ta sam klatka. Tylko troszkę inna. Jest jakaś subtelna różnica. Klatka wygląda, jakby była taka... niestabilna. Wychodzę na zewnątrz...

[Ta część snu ze względu na eksperyment nie zostanie udostępniona, dopóki Psajko nie sięgnie pamięcią do swojego snu w tym czasie]

Budzę się we własnym łóżku w domu w Gliwicach. Wstaję i idę do dużego pokoju. Zaraz! Nie dość, że coś mi tu nie pasi, to przecież już wróciłem do Wrocławia po Nowym Roku! To jest sen! Dobra, to wbijam się z powrotem do Psajko po tym, jak mnie wywaliło. Biorę jakiś długopis. Drzwi do dużego pokoju są pobazgrane oczojebnymi markerami - różowym i niebieskim. Próbuję nakreślić symbol WŚŚ, ale nie widać go za cholerę. Wracam do kuchni. Stary coś ode mnie chce. Mówi, że coś muszę. Odpieram, że nic nie muszę, bo to mój sen. No i standardowo - "jasne, jasne, już ci się w głowie miesza itp. itd.". Nie chce mi się tracić czasu na tradycyjną donikąd prowadzącą sprzeczkę, więc olewam go. Biorę z koszyczka na stole dziwnego trójkolorowego markera. To nim prawdopodobnie zostały pobazgrane drzwi, prawdopodobnie przez moją siostrę, więc powinno go być widać. Wracam do pokoju i otwieram markera. Otworzył się żółty. Kreślę, znak, ale w ogóle go nie widać. Otwieram niebieski, ale w tym natłoku niebieskiego też go nie widać. Dobra, zmazuję ręką bohomazy i otwieram różowy. No! Teraz widać pięknie. Budzę się.
 
monitoring pozycji