I. (...)
II. Stypendium
Siedzę na sali wykładowej. Zaraz mają ogłosić, kto dostanie stypendium. Kamila mówi, że nie widziała mnie na liście. Patrzę na tablicę i widzę powieszone listy. Na samej górze jednej z nich, spod czarnej taśmy izolacyjnej, którą lista została przyklejona, wyłania się ...rek Chad... Na dole jest moja polonistka z liceum. Patrzę na nią i pokazuję palcem kartkę. "Marek Chadalski? Chodź ze mną" - woła. Wychodzimy z sali i schodzimy schodami w dół. Jesteśmy na moim wydziale. Mijamy dziekanat. Polonistka mówi mi, że mam średnią 4+. Wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia, które również wygląda jak sala wykładowa - w dół zbiegają rzędy ławek, a na dole jest mównica i tablica. Z tyłu są szafki. Polonistka otwiera jedną z nich. Wyciąga jakąś plastikową koszulkę[taką do segregatora], w którym jest jakiś zabytkowy walkman z parą olbrzymich słuchawek. Poza tym, w koszulce są matury. Jedna z nich jest moja. Przeglądam. Całkiem nieźle napisałem. Podchodzą do mnie matematyk i historyk i gratulują mi wyników. Odkładam arkusz na miejsce, wkładam walkmana i słuchawki w celu zamaskowania zawartości koszulki i chowam ją na miejsce. Wychodzę z sali. Wchodzę do...
...dużego pokoju u mnie na stancji. Właśnie lecą wieczorne wiadomości na jedynce. Właśnie gada jakaś ruda prezenterka. Niezła jest. Za nią na półeczce stoi oprawione w ramkę jej zdjęcie. Zapowiada jakiś absurdalny program o jeszcze dziwniejszej nazwie[tego niestety nie pamiętam]. Zaraz po niej jakiś facet ogłasza koniec i wiadomości się kończą.
niedziela, 25 października 2009
sobota, 24 października 2009
24 X 2009
I. Pizza i babcia
Jestem w okolicach dworca w Gliwicach. Idziemy z Martą i Kamilą na pizzę. Widzimy pizzerię w małym budyneczku, jednak pizze tam są małe i drogie. Kawałek dalej jest niepozorna pizzeria, gdzie pizze były zdumiewająco tanie i z dużą ilością dodatków - głównie warzyw grillowanych w opiekaczu, jakiego używa się do podsmażania bułek na kebaba. Zjedliśmy. Idę do babci. Zaraz obok bloku babci wypada mi z kieszeni długopis i wpada do brudnej kałuży. Gdy dzwonię domofonem, proszą mnie o hasło.
II. Znowu hipnoza i trudne słowo
Wchodzę na schody wyglądające jak te w mojej klatce na Kozanowie. Idę na ćwiczenia z fizjologii.Po drodze na jedenaste piętro spotykam doktorkę, która mówi mi, że dzisiaj będzie parę minut wolnych na koniec zajęć, to nam opowie o hipnozie.
-Mogę poprowadzić zajęcia praktyczne o hipnozie - odpowiadam.
-Jakiej hipnozie?
-indukcje błyskawiczne zajmujące parę sekund.
-Reglamentacja twojego zapytania pozwala mi być skłonną do zgody.
III. Pizza i babcia II
Idę do babci w celu wręczenia kwiatów ciotce, która tam przyjechała. Idę schodami w górę. Mijam blachę z odkrojonymi brzegami pizzy. Wiem, że babcia jest u sąsiadki na pierwszym piętrze, więc udaję się tam. Babcia właśnie piecze pizzę dla siebie na obiad. Pokazuję jej kwiaty dla ciotki. Babcia mówi, żebym je ładnie zapakował. Zawijam je w ozdobny papier i odrywam jego nadmiar. Pytam, z jakiej okazji mam wręczać te kwiaty. Znacząco pukając się w głowę, babcia mówi mi, że ciotka wychodzi za mąż. Mówię, że mogę zanieść babci pizzę do domu. Biorę talerz i wychodzę z mieszkania...
...na ulicę Gdyńską. Jest noc. Podjadam pizzę po drodze, a wyżarte miejsca "maskuję" naciągając na nie gorący ser żółty. Szukam domu babci, ale nie mogę go znaleźć. Wiem, gdzie on jest, ale widzę tam tylko domy sąsiadów. Idę do domu. Przy otwartej bramie stoi mama. Mówię jej, że nie mogę znaleźć domu babci. W tym momencie zza rogu wychodzi Marzena. No tak! To dla niej babcia piekła tą pizzę. Marzena podchodzi do mamy i wita się z nią. Odwracam się w jej stronę i wyciągam rękę z blachą.
Jestem w okolicach dworca w Gliwicach. Idziemy z Martą i Kamilą na pizzę. Widzimy pizzerię w małym budyneczku, jednak pizze tam są małe i drogie. Kawałek dalej jest niepozorna pizzeria, gdzie pizze były zdumiewająco tanie i z dużą ilością dodatków - głównie warzyw grillowanych w opiekaczu, jakiego używa się do podsmażania bułek na kebaba. Zjedliśmy. Idę do babci. Zaraz obok bloku babci wypada mi z kieszeni długopis i wpada do brudnej kałuży. Gdy dzwonię domofonem, proszą mnie o hasło.
II. Znowu hipnoza i trudne słowo
Wchodzę na schody wyglądające jak te w mojej klatce na Kozanowie. Idę na ćwiczenia z fizjologii.Po drodze na jedenaste piętro spotykam doktorkę, która mówi mi, że dzisiaj będzie parę minut wolnych na koniec zajęć, to nam opowie o hipnozie.
-Mogę poprowadzić zajęcia praktyczne o hipnozie - odpowiadam.
-Jakiej hipnozie?
-indukcje błyskawiczne zajmujące parę sekund.
-Reglamentacja twojego zapytania pozwala mi być skłonną do zgody.
III. Pizza i babcia II
Idę do babci w celu wręczenia kwiatów ciotce, która tam przyjechała. Idę schodami w górę. Mijam blachę z odkrojonymi brzegami pizzy. Wiem, że babcia jest u sąsiadki na pierwszym piętrze, więc udaję się tam. Babcia właśnie piecze pizzę dla siebie na obiad. Pokazuję jej kwiaty dla ciotki. Babcia mówi, żebym je ładnie zapakował. Zawijam je w ozdobny papier i odrywam jego nadmiar. Pytam, z jakiej okazji mam wręczać te kwiaty. Znacząco pukając się w głowę, babcia mówi mi, że ciotka wychodzi za mąż. Mówię, że mogę zanieść babci pizzę do domu. Biorę talerz i wychodzę z mieszkania...
...na ulicę Gdyńską. Jest noc. Podjadam pizzę po drodze, a wyżarte miejsca "maskuję" naciągając na nie gorący ser żółty. Szukam domu babci, ale nie mogę go znaleźć. Wiem, gdzie on jest, ale widzę tam tylko domy sąsiadów. Idę do domu. Przy otwartej bramie stoi mama. Mówię jej, że nie mogę znaleźć domu babci. W tym momencie zza rogu wychodzi Marzena. No tak! To dla niej babcia piekła tą pizzę. Marzena podchodzi do mamy i wita się z nią. Odwracam się w jej stronę i wyciągam rękę z blachą.
wtorek, 20 października 2009
I znowu parę urywków
Ciągle pracuję nad pamięcią snów i snami świadomymi, jednak w tym momencie mam małe załamanie w tej kwestii. Dzisiaj planuję małe WBTB, co powinno zaowocować świadomym snem, a póki co, opublikuję parę urywków z ostatniej serii. Daruję Wam raczej sny o hipnozie, którymi już zwracam, za to wrzucę dwie absurdalne opowiastki z innej półki.
18 X 2009
Spać jak baranek(na rożnie)
Siedzę na biochemii i mam mnóstwo roboty. Robi się powoli ciemno, aż w końcu zapada noc. Wreszcie udaje mi się skończyć robotę. Muszę złapać choć trochę snu, bo jutro czeka mnie bardzo ciężki dzień. Gaszę wszystkie światła i udaję się do socjalnego, gdzie znajduje się łóżko. Jest w nim zainstalowane jakieś dziwne urządzenie. Wygląda jak wielki stalowy wałek na powierzchni materaca z niknącą w skrzyni maszynerią. Kładę się, a walec zaczyna się obracać powodując, że obracam się wzdłuż długiej osi ciała w kierunku przeciwnym do ruchu walca. Czuję się, jakby obracali mną na rożnie.
20 X 2009
Antena i elektryczność w różnych postaciach
Miałem z ojcem wymienić antenę. Poszliśmy do sklepu i kupiliśmy najzwyklejszą siatkową. Wracaliśmy przez jakieś łąki. Słupy wysokiego napięcia wskazywały niebo, stojąc w równym rzędzie. W górze widniały burzowe chmury. Na horyzoncie widzieliśmy pioruny przecinające raz po raz ołowiane chmury. Widziałem idący od ziemi ładunek w postaci przeźroczystej smugi, a następnie błyskawicę powracającą tą drogą. Po powrocie do domu mierzyliśmy z Mojżesza ojcem piwnicę. M. in. na podstawie długości cienia[piwnica była pozbawiona okien] ustaliliśmy, że zmieściłyby się tam nawet słupy cynkowe[czymkolwiek by one nie były]. Ściągam izolację z kabla od anteny, kiedy wchodzi mój stary i mówi:
-Nie powiedziałem Frankowi, że bierzemy telewizor, ale nie zakładamy anteny.
18 X 2009
Spać jak baranek(na rożnie)
Siedzę na biochemii i mam mnóstwo roboty. Robi się powoli ciemno, aż w końcu zapada noc. Wreszcie udaje mi się skończyć robotę. Muszę złapać choć trochę snu, bo jutro czeka mnie bardzo ciężki dzień. Gaszę wszystkie światła i udaję się do socjalnego, gdzie znajduje się łóżko. Jest w nim zainstalowane jakieś dziwne urządzenie. Wygląda jak wielki stalowy wałek na powierzchni materaca z niknącą w skrzyni maszynerią. Kładę się, a walec zaczyna się obracać powodując, że obracam się wzdłuż długiej osi ciała w kierunku przeciwnym do ruchu walca. Czuję się, jakby obracali mną na rożnie.
20 X 2009
Antena i elektryczność w różnych postaciach
Miałem z ojcem wymienić antenę. Poszliśmy do sklepu i kupiliśmy najzwyklejszą siatkową. Wracaliśmy przez jakieś łąki. Słupy wysokiego napięcia wskazywały niebo, stojąc w równym rzędzie. W górze widniały burzowe chmury. Na horyzoncie widzieliśmy pioruny przecinające raz po raz ołowiane chmury. Widziałem idący od ziemi ładunek w postaci przeźroczystej smugi, a następnie błyskawicę powracającą tą drogą. Po powrocie do domu mierzyliśmy z Mojżesza ojcem piwnicę. M. in. na podstawie długości cienia[piwnica była pozbawiona okien] ustaliliśmy, że zmieściłyby się tam nawet słupy cynkowe[czymkolwiek by one nie były]. Ściągam izolację z kabla od anteny, kiedy wchodzi mój stary i mówi:
-Nie powiedziałem Frankowi, że bierzemy telewizor, ale nie zakładamy anteny.
niedziela, 11 października 2009
11 X 2009
Jest lepiej - miałem dzisiaj 3 pobudki, których nie wykorzystałem tylko przez lenistwo i zmęczenie snami o hipnozie :P. No i próby MILDa.
Wilkołak i Quake
Jestem na jakiejś wycieczce z Mojsą, Matim i Podziemem. Płyniemy rzeką w jakiejś łódce, która mimo, że wygląda, jak jacht żaglowy, nie ma żagli(ale ma "miejsce na maszt") i musimy pagajować. Dobijamy do brzegu, gdzie stoi nasza furgonetka, do której chowamy wszystkie ważne rzeczy. Mati idzie spać w furgonetce, a reszta rozbija namioty. W nocy budzi mnie jakiś szmer. To wygłodniały wilkołak przyszedł na żer i atakuje oczywiście mój namiot. Jakimś cudem udało mi się przegonić stwora, ale niestety poważnie rani mnie w ramię. Bandażuję rękę i idę spać dalej. Rano wszyscy radzimy, czy wiosłować znowu, czy może burłaczyć. Dochodzimy do wniosku, że lepsza jest jednak druga opcja. Pakujemy ostatnie rzeczy, kiedy Mojsa proponuje, żeby jeszcze na koniec zamłócić w "Kłeja". Siadamy przy laptopach i odpalamy Quake'a III Arena. Ja jeszcze ustawiam na kompie punkt docelowy pociągu - "Ustka Mała". Gdy już wchodzę do gry, krwawa jatka już trwa. Ląduję koło Podziema, który pokazuje mi, że jak tylko wyjdzie się na najbliższą półeczkę skalną, to od razu kamperzy walą z ukrycia. Wyskakuje, żeby się tylko pokazać i od razu po jego cofnięciu się, powietrze wypełnia deszcz ognia. Wali przed siebie z bazooki, kamperski atak powtarza się i zaraz za salwą Michał wychodzi na półkę i otwiera ogień. Ginie bardzo szybko rozerwany rakietą. Odwracam się i idę korytarzem, i na przywitanie dostaję rakietkę z bazooki i szynę z railguna. Respawnuje mnie w miejscu największego zamieszania, uzbrojony tylko w karabinek. Przeciwnicy przy pomocy plasmagunów i bazook rozwalają mnie w trymiga. Dobra, zmieniamy planszę. Leżę w jakimś kopalnianym chodniku na torach z karabinkiem w dłoniach. W pomieszczeniu obok są wszyscy przeciwnicy. Walę do nich z karabinku. Wybiega Mojsa. Pakuję mu serię w klatę, ale nie robi to na nim żadnego wrażenia, wręcz przeciwnie - śmieje się jak wariat. i wraca do pomieszczenia, z którego przyszedł. Wbiegam za nim i zauważam, że do gry dołączyła anglistka - stoi za szybą we wnęce. Strzelam do wszystkich, ale nic im się nie dzieje. Podziem wyciąga rakietnicę i zagania mnie do mojego korytarza, po czym wali w strop. Uskakuję przed spadającymi kawałkami sufitu. Reszcie skończyła się amunicja. Mati wybiega na mnie wymachując piłą i atakuje. Krzyczę, żeby dał mi jeszcze zmienić miejsce docelowe na "Pasieki Wielkie". Tarcza piły zagłębia się w moją klatkę piersiową.
Wilkołak i Quake
Jestem na jakiejś wycieczce z Mojsą, Matim i Podziemem. Płyniemy rzeką w jakiejś łódce, która mimo, że wygląda, jak jacht żaglowy, nie ma żagli(ale ma "miejsce na maszt") i musimy pagajować. Dobijamy do brzegu, gdzie stoi nasza furgonetka, do której chowamy wszystkie ważne rzeczy. Mati idzie spać w furgonetce, a reszta rozbija namioty. W nocy budzi mnie jakiś szmer. To wygłodniały wilkołak przyszedł na żer i atakuje oczywiście mój namiot. Jakimś cudem udało mi się przegonić stwora, ale niestety poważnie rani mnie w ramię. Bandażuję rękę i idę spać dalej. Rano wszyscy radzimy, czy wiosłować znowu, czy może burłaczyć. Dochodzimy do wniosku, że lepsza jest jednak druga opcja. Pakujemy ostatnie rzeczy, kiedy Mojsa proponuje, żeby jeszcze na koniec zamłócić w "Kłeja". Siadamy przy laptopach i odpalamy Quake'a III Arena. Ja jeszcze ustawiam na kompie punkt docelowy pociągu - "Ustka Mała". Gdy już wchodzę do gry, krwawa jatka już trwa. Ląduję koło Podziema, który pokazuje mi, że jak tylko wyjdzie się na najbliższą półeczkę skalną, to od razu kamperzy walą z ukrycia. Wyskakuje, żeby się tylko pokazać i od razu po jego cofnięciu się, powietrze wypełnia deszcz ognia. Wali przed siebie z bazooki, kamperski atak powtarza się i zaraz za salwą Michał wychodzi na półkę i otwiera ogień. Ginie bardzo szybko rozerwany rakietą. Odwracam się i idę korytarzem, i na przywitanie dostaję rakietkę z bazooki i szynę z railguna. Respawnuje mnie w miejscu największego zamieszania, uzbrojony tylko w karabinek. Przeciwnicy przy pomocy plasmagunów i bazook rozwalają mnie w trymiga. Dobra, zmieniamy planszę. Leżę w jakimś kopalnianym chodniku na torach z karabinkiem w dłoniach. W pomieszczeniu obok są wszyscy przeciwnicy. Walę do nich z karabinku. Wybiega Mojsa. Pakuję mu serię w klatę, ale nie robi to na nim żadnego wrażenia, wręcz przeciwnie - śmieje się jak wariat. i wraca do pomieszczenia, z którego przyszedł. Wbiegam za nim i zauważam, że do gry dołączyła anglistka - stoi za szybą we wnęce. Strzelam do wszystkich, ale nic im się nie dzieje. Podziem wyciąga rakietnicę i zagania mnie do mojego korytarza, po czym wali w strop. Uskakuję przed spadającymi kawałkami sufitu. Reszcie skończyła się amunicja. Mati wybiega na mnie wymachując piłą i atakuje. Krzyczę, żeby dał mi jeszcze zmienić miejsce docelowe na "Pasieki Wielkie". Tarcza piły zagłębia się w moją klatkę piersiową.
sobota, 10 października 2009
10 X 2009
Jakąś kiepską wydajność osiągam ostatnimi czasy... Pamiętam urywki, nawet całe sny, ale raczej nie ma czym się chwalić.
Hipnoza po raz n-ty
Siedzę przed kompem i czytam jakieś forum o hipnozie. Jeden z userów pisze, że jego kuzynka z Francji nie da się zahipnotyzować. Próbował już wiele razy i nie udało mu się to, co oznacza, że jest to niemożliwe - tego typu pierdoły zawierał jego post. Od razu pomyślałem, że to niemożliwe i jakbym kiedyś spotkał jego kuzynka, to zhipnotyzowałbym go bez problemów. Dzwonek do drzwi. To Świdru przyszedł po mnie. Wychodzimy na dwór.Idziemy między blokami. Na ścianach widnieją napisy typu "white power", celty i swastyki. Świdru pyta mnie, czy nie boję się, że dostanę w ryj od łysych. Odpowiadam, że nie. Idziemy, a ja myślę, że jakby się jakiś pojawił, to strzeliłbym mu w oko rogiem mojej chusty w czaszki. Idziemy przez plac zabaw. Na karuzeli bawi się dwóch chłopców. Wiem, że to wspomniany user i jego kuzynek z Francji. Nie da się go zahipnotyzować, tak? Zaraz zobaczymy. User gdzieś odbiegł, więc podchodzę do kuzynka, który został na obracającej się do tyłu karuzeli. Indukuję na szybko, ale w czasi pogłębiania koleś sam wychodzi. Sugeruję mu, że nadal jest w transie i w tym momencie podbiega Mojsa i woła "co ty robisz?!". Silnym pchnięciem przewraca mnie w cierniste krzaki. Nad jego ramieniem widzę perfidny uśmiech kuzynka i zły błysk w jego oczach. Wstaję obolały i wyciągam ciernie po jednym. "W takim razie sądzić się nie będziemy" - mówi chłopiec. Pod światło zauważam, że ciernie wyglądają jak zatopione w szkle włoski gruczołowe.
Hipnoza po raz n-ty
Siedzę przed kompem i czytam jakieś forum o hipnozie. Jeden z userów pisze, że jego kuzynka z Francji nie da się zahipnotyzować. Próbował już wiele razy i nie udało mu się to, co oznacza, że jest to niemożliwe - tego typu pierdoły zawierał jego post. Od razu pomyślałem, że to niemożliwe i jakbym kiedyś spotkał jego kuzynka, to zhipnotyzowałbym go bez problemów. Dzwonek do drzwi. To Świdru przyszedł po mnie. Wychodzimy na dwór.Idziemy między blokami. Na ścianach widnieją napisy typu "white power", celty i swastyki. Świdru pyta mnie, czy nie boję się, że dostanę w ryj od łysych. Odpowiadam, że nie. Idziemy, a ja myślę, że jakby się jakiś pojawił, to strzeliłbym mu w oko rogiem mojej chusty w czaszki. Idziemy przez plac zabaw. Na karuzeli bawi się dwóch chłopców. Wiem, że to wspomniany user i jego kuzynek z Francji. Nie da się go zahipnotyzować, tak? Zaraz zobaczymy. User gdzieś odbiegł, więc podchodzę do kuzynka, który został na obracającej się do tyłu karuzeli. Indukuję na szybko, ale w czasi pogłębiania koleś sam wychodzi. Sugeruję mu, że nadal jest w transie i w tym momencie podbiega Mojsa i woła "co ty robisz?!". Silnym pchnięciem przewraca mnie w cierniste krzaki. Nad jego ramieniem widzę perfidny uśmiech kuzynka i zły błysk w jego oczach. Wstaję obolały i wyciągam ciernie po jednym. "W takim razie sądzić się nie będziemy" - mówi chłopiec. Pod światło zauważam, że ciernie wyglądają jak zatopione w szkle włoski gruczołowe.
środa, 7 października 2009
Parę urywków
Tak jakoś smutno ostatnio w temacie pamięci snu, ale postanowiłem zamieścić dwa niezbyt długie. Niech to będzie zapowiedzią kilku lepszych i świadomych w najbliższych dniach.
Teleportacja
Mieszkam w jakimś dworku urządzonym na styl myśliwski. Z "mojego pokoju" wychodzi się do długiego korytarzyka u szczytu schodów. Podłogę zdobi czerwony dywan, ściany pomalowane są na brązowo i wiszą na nich różne poroża, strzelby i inne trofea i akcesoria myśliwskie. Na dół prowadzą marmurowe schody do wielkich drewnianych dwuskrzydłowych drzwi wejściowych. Wiem, że pilnują ich dwa dobermany, które karnie siedzą po obu stronach drzwi. Denerwuje mnie, że będąc we śnie, nawet świadomym, nie przenoszę się nigdzie naprawdę, tylko we własnym umyśle. Spróbuję teraz dokonać prawdziwej teleportacji. Kładę się na schodach i zamykam oczy. Całą siłę woli i wyobraźnie skupiam na Błażeju i ściągnięciu go tutaj. Czuję wibracje wstrząsające całym moim ciałem, przed oczami pojawiają się jakieś dziwne wzorki. Pojawia się Błażej. Momentalnie wprowadzam go w hipnozę i obracając jego bezwładną głową stabilizuję jego obecność tu i teraz.
Szlak
Wędrujemy w szóstkę po górach. Idziemy zdewastowanym szlakiem. W pewnym momencie mijamy przewróconą i pogruchotaną betonową latarnię, na której widnieje starte oznaczenie szlaku. Mijamy ją i idziemy dalej. W końcu trafiamy do schroniska. Śpimy tam i ruszamy dalej. Codziennie trafiamy z powrotem na szlak z latarnią, który z każdym dniem wygląda coraz lepiej i trafiamy do tego samego schroniska.
Teleportacja
Mieszkam w jakimś dworku urządzonym na styl myśliwski. Z "mojego pokoju" wychodzi się do długiego korytarzyka u szczytu schodów. Podłogę zdobi czerwony dywan, ściany pomalowane są na brązowo i wiszą na nich różne poroża, strzelby i inne trofea i akcesoria myśliwskie. Na dół prowadzą marmurowe schody do wielkich drewnianych dwuskrzydłowych drzwi wejściowych. Wiem, że pilnują ich dwa dobermany, które karnie siedzą po obu stronach drzwi. Denerwuje mnie, że będąc we śnie, nawet świadomym, nie przenoszę się nigdzie naprawdę, tylko we własnym umyśle. Spróbuję teraz dokonać prawdziwej teleportacji. Kładę się na schodach i zamykam oczy. Całą siłę woli i wyobraźnie skupiam na Błażeju i ściągnięciu go tutaj. Czuję wibracje wstrząsające całym moim ciałem, przed oczami pojawiają się jakieś dziwne wzorki. Pojawia się Błażej. Momentalnie wprowadzam go w hipnozę i obracając jego bezwładną głową stabilizuję jego obecność tu i teraz.
Szlak
Wędrujemy w szóstkę po górach. Idziemy zdewastowanym szlakiem. W pewnym momencie mijamy przewróconą i pogruchotaną betonową latarnię, na której widnieje starte oznaczenie szlaku. Mijamy ją i idziemy dalej. W końcu trafiamy do schroniska. Śpimy tam i ruszamy dalej. Codziennie trafiamy z powrotem na szlak z latarnią, który z każdym dniem wygląda coraz lepiej i trafiamy do tego samego schroniska.
niedziela, 4 października 2009
4 X 2009
Don Pedricho - straszny muchacho
Budzę się w swoim łóżku(w Żernikach). Za oknem piękna złota polska jesień. Dobiegają stamtąd głosy mamy, babci i siostry, które grabią liście na dworze. Wołają mnie, bo przecież musi pojawić się Don Pedricho - straszny muchacho. Strasznie nie chce mi się podnosić z łóżka ale w końcu wstaję. Ubieram się i podnoszę z podłogi podartą czerwoną skórzaną kurtkę - atrybut Don Pedricha. Ubierając ją idę w stronę kuchni, bo babcia mnie strasznie pogania. Wciągając kurtkę do końca wskakuję do kuchni śpiewając "Don Pedrichooooooooooooo - Straszny muchachooooooooo!!!!!!!!!!!"[patrz - link]. Babcia odpowiada na inną melodię "Pedricho - straszny muchacho". Stary chodzi wkurzony po kuchni, bo to on wcześniej był Pedrichem i zazdrości mi tego. Babcia mówi, że grabią liście, bo zaraz przyjeżdżają wujek i ciocia. Stary próbuje zagonić mnie do roboty. Wykręcam się od tego, bo przecież jestem Don Pedricho i muszę przynajmniej zjeść śniadanie. Sciągam z półki chleb tostowy i włączam toster. Słyszę warkot silnika. Wielką czarną limuzyną, która ledwo mieści się na podjeździe przed garażem, przyjechali "wujek" i "ciocia". Wchodzą do domu i mówią, że jest zjazd rodzinny w Sufczynie na skarpie i musimy jakoś dojechać tam autobusem, bo nie mamy samochodu.
Don Pedricho - straszny muchacho
Budzę się w swoim łóżku(w Żernikach). Za oknem piękna złota polska jesień. Dobiegają stamtąd głosy mamy, babci i siostry, które grabią liście na dworze. Wołają mnie, bo przecież musi pojawić się Don Pedricho - straszny muchacho. Strasznie nie chce mi się podnosić z łóżka ale w końcu wstaję. Ubieram się i podnoszę z podłogi podartą czerwoną skórzaną kurtkę - atrybut Don Pedricha. Ubierając ją idę w stronę kuchni, bo babcia mnie strasznie pogania. Wciągając kurtkę do końca wskakuję do kuchni śpiewając "Don Pedrichooooooooooooo - Straszny muchachooooooooo!!!!!!!!!!!"[patrz - link]. Babcia odpowiada na inną melodię "Pedricho - straszny muchacho". Stary chodzi wkurzony po kuchni, bo to on wcześniej był Pedrichem i zazdrości mi tego. Babcia mówi, że grabią liście, bo zaraz przyjeżdżają wujek i ciocia. Stary próbuje zagonić mnie do roboty. Wykręcam się od tego, bo przecież jestem Don Pedricho i muszę przynajmniej zjeść śniadanie. Sciągam z półki chleb tostowy i włączam toster. Słyszę warkot silnika. Wielką czarną limuzyną, która ledwo mieści się na podjeździe przed garażem, przyjechali "wujek" i "ciocia". Wchodzą do domu i mówią, że jest zjazd rodzinny w Sufczynie na skarpie i musimy jakoś dojechać tam autobusem, bo nie mamy samochodu.
Don Pedricho - straszny muchacho
sobota, 3 października 2009
Koniec lenistwa
Czas uzupełnić luki i wziąć się porządnie za dziennik. Zaczął się już rok akademicki, czyli wreszcie nie mam czasu na chlanie i imprezowanie, co pozwala mi rozwinąć pamięć snów przynajmniej do wartości sprzed wakacji i wreszcie będę mógł się poważniej zająć sferą oniryczną.
30 IX 2009
Impreza jubileuszowa
Jestem na dużej imprezie. Odbywa się ona w jakimś bogatym, bardzo drogo wyposażonym domu. Balujemy w dużym pokoju. Gdzieś z boku parę stołów z żarciem, dookoła leżą materace, na których będziemy spać. Sala jest profesjonalnie oświetlona i reflektory błyskają w nas różnokolorowymi flashami. W końcu zmęczeni idziemy spać na materacach...
Paręnaście lat później w tym samym domu odbyć się ma iluśtamlecie matury. Idę korytarzem i czuję się jak Ecik, który wybrał się z Masztalskim na wytworne przyjęcie. Coś tu się zmieniło. Wchodzę do sali, w której odbywała się wtedy impreza i okazuje się, że zrobili z niej magazyn na materace. Wchodzę do dalszego pomieszczenia. To już imprezownia, ale jest tu jakoś łyso - otaczają mnie gołe ściany, nie ma żadnych mebli i odczuwam ogólne uczucie pustki. Podjeżdża do mnie coś przypominającego odkurzacz. Drzwi na przeciwko otwierają się i wychodzi z nich jakaś dziewczyna. Mówi, że będzie dobra impreza, skoro będziemy mieć audiobota(wskazuje na "odkurzacz").
2 X 2009
I. Paraliż
Wędruję z jakimś gościem po Sudetach. Mówi mi, że możemy wspólnie wędrować we śnie. W tym momencie budzę się na boku, jakby schodząc bocznym szlakiem[??? nie wiem, o co chodzi, ale tak napisałem w dzienniku]. Czuję, jakbym leżał na dwóch krawędziach otwartej skrzyni, które wbijają się w moje ciało. Czuję ciężar kołdry, jestem cały spocony. Umawiam się na kolejną wędrówkę. Zaraz wejdę w WILD... Paraliż ustępuje. nie mogę zasnąć przez najbliższe dwie godziny. Jest po prostu za gorąco.
II. Kurs
Jesteśmy w moim mieszkaniu na Sępolnie. Siedzę z moim kumplem z podstawówki, jakimś żulowato wyglądającym osobnikiem oraz prowadzącą z anatomii, która prowadzi nam kurs o narządach zmysłów. Ostatni tramwaj do ronda Reagana w historii Wrocławia już odjechał i teraz jeżdżą tam autobusy zastępcze, co nie zmienia faktu, że rondo dalej jest ośrodkiem sportu[?]. Doktorka tłumaczy coś, a żul patrzy na nas z pogardą. pytam go, o co mu chodzi. Odpowiada, że my nic nie umiemy. Wkurzony zadaję kumplowi trzy szybkie pytania dotyczące narządów zmysłów, nie odpowiada on na żadne z nich, co eliminuje zarówno jego jak i żula z kursu.
3 X 2009
Śnieżki i ziemia w Kosowie
Jest zima. Biegamy z siostrą po śniegu i rzucamy się śnieżkami. Biegniemy przez las, jakieś urwisko, bagna. W końcu trafiamy do domu. Znajomy starych mówi, że my, Polacy mamy jakiś kompleks i ciągle mieszamy się w nieswoje konflikty zbrojne. Zaczynamy jakąś operację, ale jeszcze nigdy żadnej wojny nie wygraliśmy. Patrzymy ze starym na siebie i mówimy, że stwarza, że była jedna taka, która zakończyła się sukcesem, tylko żaden z nas nie pamięta, gdzie to było. Znajomy mówi, że działo się to w Kosowie. Pyta, czy nie mamy przypadkiem faktury, bo jest ona dowodem posiadania kosowskiej ziemi. Mój stary mówi, że gdzieś tą fakturę mamy. Nie mielibyśmy, gdyby nie fakt, że jakiś facet wcisnął mu ją na siłę. Znajomy mówi, że mamy ją koniecznie dobrze zabezpieczyć, bo stanowi ona akt własności ziemi. Mama mówi, że zaraz jadą do kościoła. Prosi, żebym pojechał z nimi i wyzbierał wszystkie śnieżki. Przypominam sobie miejsca, w których się rzucaliśmy i mówię, że jest to niemożliwe. Otwieram program, któy wyświetla mapę okolicy. Zaznaczam las, bagno, urwisko i inne miejsca, w których były śnieżki i usuwam je. wyświetla się napis "Farma oczyszczona".
30 IX 2009
Impreza jubileuszowa
Jestem na dużej imprezie. Odbywa się ona w jakimś bogatym, bardzo drogo wyposażonym domu. Balujemy w dużym pokoju. Gdzieś z boku parę stołów z żarciem, dookoła leżą materace, na których będziemy spać. Sala jest profesjonalnie oświetlona i reflektory błyskają w nas różnokolorowymi flashami. W końcu zmęczeni idziemy spać na materacach...
Paręnaście lat później w tym samym domu odbyć się ma iluśtamlecie matury. Idę korytarzem i czuję się jak Ecik, który wybrał się z Masztalskim na wytworne przyjęcie. Coś tu się zmieniło. Wchodzę do sali, w której odbywała się wtedy impreza i okazuje się, że zrobili z niej magazyn na materace. Wchodzę do dalszego pomieszczenia. To już imprezownia, ale jest tu jakoś łyso - otaczają mnie gołe ściany, nie ma żadnych mebli i odczuwam ogólne uczucie pustki. Podjeżdża do mnie coś przypominającego odkurzacz. Drzwi na przeciwko otwierają się i wychodzi z nich jakaś dziewczyna. Mówi, że będzie dobra impreza, skoro będziemy mieć audiobota(wskazuje na "odkurzacz").
2 X 2009
I. Paraliż
Wędruję z jakimś gościem po Sudetach. Mówi mi, że możemy wspólnie wędrować we śnie. W tym momencie budzę się na boku, jakby schodząc bocznym szlakiem[??? nie wiem, o co chodzi, ale tak napisałem w dzienniku]. Czuję, jakbym leżał na dwóch krawędziach otwartej skrzyni, które wbijają się w moje ciało. Czuję ciężar kołdry, jestem cały spocony. Umawiam się na kolejną wędrówkę. Zaraz wejdę w WILD... Paraliż ustępuje. nie mogę zasnąć przez najbliższe dwie godziny. Jest po prostu za gorąco.
II. Kurs
Jesteśmy w moim mieszkaniu na Sępolnie. Siedzę z moim kumplem z podstawówki, jakimś żulowato wyglądającym osobnikiem oraz prowadzącą z anatomii, która prowadzi nam kurs o narządach zmysłów. Ostatni tramwaj do ronda Reagana w historii Wrocławia już odjechał i teraz jeżdżą tam autobusy zastępcze, co nie zmienia faktu, że rondo dalej jest ośrodkiem sportu[?]. Doktorka tłumaczy coś, a żul patrzy na nas z pogardą. pytam go, o co mu chodzi. Odpowiada, że my nic nie umiemy. Wkurzony zadaję kumplowi trzy szybkie pytania dotyczące narządów zmysłów, nie odpowiada on na żadne z nich, co eliminuje zarówno jego jak i żula z kursu.
3 X 2009
Śnieżki i ziemia w Kosowie
Jest zima. Biegamy z siostrą po śniegu i rzucamy się śnieżkami. Biegniemy przez las, jakieś urwisko, bagna. W końcu trafiamy do domu. Znajomy starych mówi, że my, Polacy mamy jakiś kompleks i ciągle mieszamy się w nieswoje konflikty zbrojne. Zaczynamy jakąś operację, ale jeszcze nigdy żadnej wojny nie wygraliśmy. Patrzymy ze starym na siebie i mówimy, że stwarza, że była jedna taka, która zakończyła się sukcesem, tylko żaden z nas nie pamięta, gdzie to było. Znajomy mówi, że działo się to w Kosowie. Pyta, czy nie mamy przypadkiem faktury, bo jest ona dowodem posiadania kosowskiej ziemi. Mój stary mówi, że gdzieś tą fakturę mamy. Nie mielibyśmy, gdyby nie fakt, że jakiś facet wcisnął mu ją na siłę. Znajomy mówi, że mamy ją koniecznie dobrze zabezpieczyć, bo stanowi ona akt własności ziemi. Mama mówi, że zaraz jadą do kościoła. Prosi, żebym pojechał z nimi i wyzbierał wszystkie śnieżki. Przypominam sobie miejsca, w których się rzucaliśmy i mówię, że jest to niemożliwe. Otwieram program, któy wyświetla mapę okolicy. Zaznaczam las, bagno, urwisko i inne miejsca, w których były śnieżki i usuwam je. wyświetla się napis "Farma oczyszczona".
Subskrybuj:
Posty (Atom)