czwartek, 7 października 2010

27 IX 2010

Impreza i ogród [MILD]

Jestem w swoim łóżku. Moja siostra właśnie ma imprezę urodzinową i razem z koleżankami wtaczają się do mojego pokoju. Gadają jakieś głupoty. Jakaś koleżanka siostry szczypie mnie w pośladek. Wychodzą. Kładę się z powrotem spać. Zaraz! To przecież sen. Tracę obraz. OSTROŚĆ x1000!!! Obraz wraca. Idę do kuchni. Spotykam tam ojca. Mówię mu, że to sen i lecę sobie gdzieś. Ojciec próbuje mnie przekonać, że to nie sen. Sprawdzam rzeczywistość. Wynik ujemny. Świetnie, to idę do ogrodu, polecę sobie gdzieś, może znajdę coś ciekawego. Rozpędzam się, skaczę i ... ląduję na glebie. Do tego stratowałem krzaczek. Ojciec wyrzuca mi, że połamałem krzak - weterana. Pytam, jakiego weterana. Odpowiada, że ten krzak przeżył nawałnicę i jest weteranem. Rezygnuję z latania. Idę pozwiedzać "kurnik" sąsiada. Na pewno będzie tam coś ciekawego. Na ganku siedzi sąsiad ze swoim kumplem. Piją wódkę i proszą o ognia. Daję im ognia i proszę o papierosa. Dostaję jakąś wymiętą tutkę, w której prawie nie ma tytoniu. Wpieniam się i...
...budzę się w swoim łóżku. RT(-). Ostrzę. Wychodzę do kuchni. Ojciec mówi mi, że to nie był sen i mam nie wychodzić na dwór, bo jacyś kolesie zdemolowali przystanek i złapała mnie kamera przemysłowa, więc lepiej, żebym się już nie pokazywał. W kuchni na ścianie wymalowane zostały dziwne "freski". To koleżanki Marty namalowały je z okazji urodzin. Podobne widnieją na tarasie. "Ja im dam pałacyk!" komentuje ojciec.

7 X 2010

I. Względność spania

Jestem w łóżku. Biała pościel, wielkie puchate poduchy. Poza mną jest jeszcze ktoś [nie pamiętam, kto to] i rozmawiamy na temat warunków snu. Z rozmowy wychodzi, że czas jest dla snu względny, siedzenie przeszkadza, a najważniejsza jest pozycja, bo w niestandardowej kiepsko się śpi.

II. Nocny wypad

Wrocław. Ciemna, bezksiężycowa noc. Miasto sprawia wrażenie wygasłego - nie palą się żadne neony. Szukam knajpy. Bez skutku. Wracam do swojej dzielnicy. Jest tu ciemno i obskurnie. Dookoła same zaniedbane kamienice. Jest chłodno. Wchodzę do knajpy. Jest jasno. Knajpa ma staroświecki wystrój. Obok mnie siedzi kilka osób na starych fotelach ustawionych w krąg. Jakiś facet, zapewne przywódca grupy, zamawia u mnie piwo. Dziwię się i pytam, czy ja wyglądam na kogoś z obsługi. Odpowiada, że tak, bo jestem w piżamie. Rzeczywiście, mam na sobie moją niebieską piżamę. Mój rozmówca z kolei ubrany jest w gruby granatowy szlafrok. Pojawia się mój "kumpel", który pracuje tu jako barman. Jest wysokim gościem z bujną czarną czupryną, nosi okulary i marynarkę w drobną biało-niebieską kratkę[skądś kojarzę kogoś takiego, ale nie moogę sobie przypomnieć, kto to taki]. Idę do niego i wołam go po imieniu (Bartek). Odpowiada inny koleś z obsługi, który myślał, że jego wołałem, ale po chwili zauważa pomyłkę. Bartek cieszy się, że przyszedłem w odwiedziny i prosi, żebym chwilę poczekał, bo musi kogoś obsłużyć. Klientem jest upierdliwy koleś w kapeluszu, który uważa się za najlepszego kumpla Bartka. Ten próbuje go jakoś spławić, ale tamten cały czas opowiada jakieś "śmieszne" anegdotki i nie może się odwalić. W końcu zamawia dość drogie piwo, na co Bartek proponuje mu nowość - dobre piwo za 2,50 - będziesz mógł wypić więcej za tą samą cenę, mówi. Dziwię się, że mają tu takie tanie piwo. Cholernie chce mi się palić.
 
monitoring pozycji