wtorek, 24 sierpnia 2010

24 VIII 2010

I. Spotkanie na Wawelu

Jadę z rodzicami na spotkanie klasowe, które ma się odbyć na Wawelu. Wsiadamy z mamą na kolejkę linową, która obwozi turystów dookoła zamku. Mama opowiada mi, że kręcili tu niedawno film, ale musieli kadrować tak, żeby nie złapać wieży, w której mieści się firma mojego wujka, ponieważ nie wyraził na to zgody. Jedziemy dookoła wpomnianej wieży. Okazuje się, że wujek załatwił sobie, że poszczególne wejścia do firmy mają jego adres domowy z dodanymi literkami - Ładna 2A, 2B, 2C itd. [w rzeczywistości wujek nie mieszka na Ładnej]. Trasa kolejki kończy się i okazuje się, że nie ma żadnych schodów, tylko trzeba zejść po podnisczonych występach pięknej starej kolumny. Czuję, że mam pełno wody w butach. Trudno, zdejmę je w łazience i wysuszę na kaloryferze. Biegnę korytarzami i szukam korytarza kolumnowego, gdzie odbywa się impreza. Muszę być już blisko, bo słyszę w oddali dudnienie muzyki. Pytam się sprzątaczki o drogę, a ta pokazuje mi korytarz oddzielony od galeryjki, którą biegnę sporą przerwą. Żeby się tam dostać, musisz użyć stalowej drabinki, która wisi z drugiej strony przerwy - mówi sprzątaczka. Już chcę oprzeć wspomnianą drabinkę o drewnianą gałkę sterczącą z barierki galeryjki, gdy zjawia się dyrektor i mówi, że najpierw musi obliczyć trajektorie. Otwiera laptopa i liczy w excelu. Pokazuje mi wykres. Mówię, że mój wykres wyglądał zupełnie inaczej, na co on odpiera, że muszę mieć przestarzałą wersję office'a - on ma 2007. W końcu pokazuje się animacja, która ukazuje szkieletową wersję zaczepu drabinki bez nałożonej tekstury, która zatrzaskuje się na gałce. Rzeczywista drabinka również wykonuje taki sam ruch otwierając drogę do korytarza kolumnowego. Wchodzę do pomieszczenia, w którym odbywa się impreza. Są tam cztery osoby - Ania, Ala, Magda i facet Magdy. Piję drinki z soku pomarańczowego(takiego z miąższem) i wódki(1:1). Chcę się napić z facetem Magdy, a on sarka, że Magda kazała mu najpierw zjeść.

II. Weekend

Jest piątkowy późny wieczór. Jest jesień - mżawka daje się we znaki. Wchodzę do starego budynku i idę obskurną klatką schodową na najwyższe piętro, gdzie mieści się knajpa. Spotykam się z kumplami z SKNu. Proponuję, żebyśmy się przenieśli do knajpy, gdzie można zagrać w smutne planszówki o Halloween. Mówią, że już idą, ale w środku siedzi prezes z opiekunami. Wchodzę między stoły. Jest gwarno i wesoło. Podchodzę do stołu opiekunów. Oni również wychodzą, więc idę z nimi. Jedna osoba się zabłąkała się i wyszła innym wyjściem. Na dworze jest ciemno i dalej mży. Idę do domu.
Rano biegnę na tramwaj. Wiem, że dwa tramwaje teoretycznie odjechały przed chwilą, a następny jest dopiero za godzinę. Dobiegam do przystanku. Dobra, jest po czasie. Kieruję się w stronę Placu Grunwaldzkiego, gdzie na pewno złapię tramwaj. Na skrzyżowanie wjeżdża dwójka. Ku mojemu zdziwieniu ma włączony migacz w stronę, w którą zmierzam, a za szybą widnieje tabliczka "obowiązuje stary skręt". Wracam biegiem na przystanek. Tramwaj nie zatrzymałby się, ale w ostatniej chwili motorniczy zauważa mnie i hamuję. Wchodzę do starego tramwaju. Przy drziach od zewnątrz ma tabliczkę "Miej przy sobie tyle białka, ile wynosi równowartość zwierzęcia". Tramwaj ma mocny przechył w prawą stronę. Dziwię się, bo stoję przecież pośrodku. Okazuje się, że tylnymi drzwiczkami wysiadają żule i biegną do przedniego wagonu, żeby zapytać konduktorkę(?) o dział literatury [jakiejśtam]. Odpowiada, że na [X] przystanku. Mówię im, że mieści się on na Placu Zgody, czyli właśnie na [X] przystanku. Zaraz! Mam na sobie torbę Szymona. Wysiadam. Szymon jest parę metrów dalej. Pokazuje mi początki nowego kaptura z wiązaniami do hełmu. Mówi, że do tego będą rękawice typu Roit(?),

sobota, 14 sierpnia 2010

14 VIII 2010

I. Lot w klimacie post nuclear[DILD]

W otchłaniach mojego umysłu zaginęła poprzednia część snu, a pozostałe fragmenty pamiętam niestety dość niewyraźnie.

To jest sen! Jestem na jakiejś ścieżce pośród zielonej równiny. Okolica jest niepokojąco cicha i czuję jakąś dziwną pustkę. Obok mnie stoi Świder. Mówię mu, że właśnie odzyskałem świadomość we śnie, a on mi gratuluje. Nic tu po mnie. Startuję. Lecę nad jakąś kompletnie zniszczoną strefą dla VIPów z kanalizacją. Ląduję na jakimś betonowym bloku i krzyczę: "jestem świadomy, że śnię! śnię świadomie". Po kilku takich doładowaniach świadomości i umiejętności lecę dalej. Dolatuję na wzgórze, gdzie spotykam mgr Dagmarę. Z stojących niedaleko głośników zaczyna wydobywać się żółtawy gaz...

II. Autografy

Jestem na planie filmowym którejś z części Harry'ego Pottera.Jest tam również Alfred Hitchcock który drzemie sobie w wielkim skórzanym fotelu. Muszę wziąć od niego autograf. biegnę do domu i proszę tatę o coś dobrego na autograf. Podaje mi prześcieradło, które jest w koszu w garażu. Mogę wziąć tylko wystający kawałek. Ale zaraz, muszę też wziąć po autografie dla Boratowskiej i Żygała, więc oddzieram jeszcze dwa skrawki. Biegnę z powrotem, ale zamiast Hitchcocka na fotelu drzemie Syriusz Black.

12 VIII 2010

Samochód z dobrej stajni

Nasza nowa mazda ma zostać specjalnie umyta i sprzedana w komisie u Lutka, gdzie autom siano dają.

9 VIII 2010

Demotywujący prorok

Jestem na Bazyliadzie - imprezie poświęconej konikom polskim. Jest tam również prorok[który wygląda jak gość, którego widziałem na demotach: http://demotywatory.pl/1973652/Ograniczenia ]. Podchodzi do mnie Don Juan[znany oneironautom indiański szaman] i uczy mnie grać na didgeridoo. Pokazuje mi, jak grać stylem kangura, a jak stylem huari. Prorok staje okrakiem nad moim didgeridoo tyłem do mnie i mówi, że się kulturalnie odleje i postara się nie oblać didgeridoo.

środa, 4 sierpnia 2010

4 VIII 2010

Wózek z przeszłości

Wędruję sobie po górach. Jest lato. W oddali widzę chatkę. Gdy zbliżam się do niej, okazuje się, że na ganku siedzi mój kumpel. Rozmawiamy o bzdurach. W pewnym momencie mówi, że ma jeszcze w domu stary wózek, w którym woziła go matka. Wózek jest w rodzinie od pokoleń i najprawdopodobniej pamięta jeszcze czasy bitwy pod Grunwaldem. Proszę go, żeby mi go pokazał. Wchodzi więc do domu i po chwili wraca trzymając rozłożony na części drewniany wózek. Podziwiam go. Jest naprawdę bardzo stary. Kumpel pyta, jak udał się Grunwald w tym roku. Psioczę na organizatorów. Po chwili się żegnamy, a ja schodzę do żernickiego parku. Stoi tam duża grupa ludzi, którzy oburzają się, że zbeszczeszczony został znak krzyża. Rzeczywiście, jedna z zabawek pomimo metalowej konstrukcji posiada w szkielecie spory drewniany krzyż. Oddalam się, śmiejąc się pod nosem

3 VIII 2010

I. Wciągające tłumy [WILD]

Budzę się w paraliżu. Wznoszę oczy ku górze i koncentruję się. Tym razem hipnagogia przybierają kształt figurek dinozaurów z dymu. Wstaję sennym ciałem z mojego łóżka. W pokoju kłębi się mnóstwo osób. Gestem zapalam światło. Wytaczam się do kuchni. Tam jest jescze więcej osób. Wypuszczam z dłoni światło, jednak oświetlenie dalej jest słabe. Ludzie-nieludzie chwytają mnie dziesiątkami dłoni i ściągają na podłogę...
...budzę się w swoim łóżku. Paraliż wstępuje od nowa. Koncentracja, oczy w górę i znów lecę pośród zamglonych zielonych trójkątów. Wstaję z łóżka, ale coś mi nie pasuje. Czy to na pewno sen? Zatykam nos i próbuję wciągnąć powietrze. Nic z tego. Koncentruję się i próbuję zrobić to raz jeszcze. Nic nie wskazuje na to, że śnię. Patrzę za okno i widzę moją siostrę wracającą o świcie do domu[aktualnie jest we Włozech na obozie]. Rozdeptuję jakiś kartonik i idę spać dalej. Niestety paraliżu już nie doświadczam.

II. Polityczny bal

Jestem w Warszawie w pobliżu słynnego ostatnimi czasy krzyża. Właśnie jest on przenoszony za pomocą latającego namiotu PO. Na krzyżu wiesza się w pozycji chrystusowej jakiś idiota. Tłum wrzeszczy, a my przenosimy się na imprezę do rezydencji Kocięby. W sali balowej jest wielka impreza. Wszyscy piją szampana i wznoszą głośne toasty, oczywiście wszystkie równocześnie, więc nikt nie wie, za co pije. Wśród gości są również Kaczyński i Palikot. Witam się ze wszystkimi, ale Kaczor nie chce mi podać ręki, więc olewam go i piję z Palikotem. Idę na przechadzkę po domu. Piękne kamienne wnętrza, złote świeczniki i czerwone dywany robią wrażenie. Przechodzę mostem pomiędzy dwoma wieżami. Niebo ma wyjątkowo piękne kolory zachodu. Schodzę w dół. W jednej z sal jest basen. Wskakuję do niego. Jest tam już parę osób. Ktoś włącza podgrzewanie i jaccuzi. Są laski, są bąbelki - jest impreza. Na balkonik wchodzi gospodarz i wyraża swoje niezadowolenie z włączenia bąbelków. Nie dbamy o to. Świat wiruje.

28 VII 2010

Starzy znajomi

Jest spokojny letni poranek, słońce świeci jasno, a po niebie leniwie płyną białe cirrusy, a ja chodzę po Żernikach w poszukiwaniu kumpla, który ma imbus, dzięki któremu będę mógł wreszcie ustawić antenę na satysfakcjonujący poziom sygnału. Idę do przedszkola, które znajduje się przy parku[oczywiście w rzeczywistości go tam nie ma], niestety nie zastaję tam posiadacza klucza. Zmierzam do szkoły, która znajduje się obok jego domu[również fałsz senny]. Przechodzę przez bramę i wchodzę na podwórze, gdzie pałęta się mnóstwo rozwrzeszczanych dzieciaków. Od razu wyskakuje na mnie moja znajoma, tyle, że starsza o jakieś dwadzieścia lat. Pyta się, kto upoważnił mnie do wtargnięcia na teren szkoły. Mówię jej, że szukam D. i słyszałem, że może się tu znajdować, a w razie czego, to przecież mogę pójść do domu obok, skoro go nie ma. W tym momencie wychodzi wspomniany kumpel, również starszy o dwadzieścia lat, z wielką łysiną na głowie i zaczyna coś majstrować przy śmietniku.
 
monitoring pozycji