I. Spotkanie na Wawelu
Jadę z rodzicami na spotkanie klasowe, które ma się odbyć na Wawelu. Wsiadamy z mamą na kolejkę linową, która obwozi turystów dookoła zamku. Mama opowiada mi, że kręcili tu niedawno film, ale musieli kadrować tak, żeby nie złapać wieży, w której mieści się firma mojego wujka, ponieważ nie wyraził na to zgody. Jedziemy dookoła wpomnianej wieży. Okazuje się, że wujek załatwił sobie, że poszczególne wejścia do firmy mają jego adres domowy z dodanymi literkami - Ładna 2A, 2B, 2C itd. [w rzeczywistości wujek nie mieszka na Ładnej]. Trasa kolejki kończy się i okazuje się, że nie ma żadnych schodów, tylko trzeba zejść po podnisczonych występach pięknej starej kolumny. Czuję, że mam pełno wody w butach. Trudno, zdejmę je w łazience i wysuszę na kaloryferze. Biegnę korytarzami i szukam korytarza kolumnowego, gdzie odbywa się impreza. Muszę być już blisko, bo słyszę w oddali dudnienie muzyki. Pytam się sprzątaczki o drogę, a ta pokazuje mi korytarz oddzielony od galeryjki, którą biegnę sporą przerwą. Żeby się tam dostać, musisz użyć stalowej drabinki, która wisi z drugiej strony przerwy - mówi sprzątaczka. Już chcę oprzeć wspomnianą drabinkę o drewnianą gałkę sterczącą z barierki galeryjki, gdy zjawia się dyrektor i mówi, że najpierw musi obliczyć trajektorie. Otwiera laptopa i liczy w excelu. Pokazuje mi wykres. Mówię, że mój wykres wyglądał zupełnie inaczej, na co on odpiera, że muszę mieć przestarzałą wersję office'a - on ma 2007. W końcu pokazuje się animacja, która ukazuje szkieletową wersję zaczepu drabinki bez nałożonej tekstury, która zatrzaskuje się na gałce. Rzeczywista drabinka również wykonuje taki sam ruch otwierając drogę do korytarza kolumnowego. Wchodzę do pomieszczenia, w którym odbywa się impreza. Są tam cztery osoby - Ania, Ala, Magda i facet Magdy. Piję drinki z soku pomarańczowego(takiego z miąższem) i wódki(1:1). Chcę się napić z facetem Magdy, a on sarka, że Magda kazała mu najpierw zjeść.
II. Weekend
Jest piątkowy późny wieczór. Jest jesień - mżawka daje się we znaki. Wchodzę do starego budynku i idę obskurną klatką schodową na najwyższe piętro, gdzie mieści się knajpa. Spotykam się z kumplami z SKNu. Proponuję, żebyśmy się przenieśli do knajpy, gdzie można zagrać w smutne planszówki o Halloween. Mówią, że już idą, ale w środku siedzi prezes z opiekunami. Wchodzę między stoły. Jest gwarno i wesoło. Podchodzę do stołu opiekunów. Oni również wychodzą, więc idę z nimi. Jedna osoba się zabłąkała się i wyszła innym wyjściem. Na dworze jest ciemno i dalej mży. Idę do domu.
Rano biegnę na tramwaj. Wiem, że dwa tramwaje teoretycznie odjechały przed chwilą, a następny jest dopiero za godzinę. Dobiegam do przystanku. Dobra, jest po czasie. Kieruję się w stronę Placu Grunwaldzkiego, gdzie na pewno złapię tramwaj. Na skrzyżowanie wjeżdża dwójka. Ku mojemu zdziwieniu ma włączony migacz w stronę, w którą zmierzam, a za szybą widnieje tabliczka "obowiązuje stary skręt". Wracam biegiem na przystanek. Tramwaj nie zatrzymałby się, ale w ostatniej chwili motorniczy zauważa mnie i hamuję. Wchodzę do starego tramwaju. Przy drziach od zewnątrz ma tabliczkę "Miej przy sobie tyle białka, ile wynosi równowartość zwierzęcia". Tramwaj ma mocny przechył w prawą stronę. Dziwię się, bo stoję przecież pośrodku. Okazuje się, że tylnymi drzwiczkami wysiadają żule i biegną do przedniego wagonu, żeby zapytać konduktorkę(?) o dział literatury [jakiejśtam]. Odpowiada, że na [X] przystanku. Mówię im, że mieści się on na Placu Zgody, czyli właśnie na [X] przystanku. Zaraz! Mam na sobie torbę Szymona. Wysiadam. Szymon jest parę metrów dalej. Pokazuje mi początki nowego kaptura z wiązaniami do hełmu. Mówi, że do tego będą rękawice typu Roit(?),
wtorek, 24 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz