poniedziałek, 31 sierpnia 2009
31 VIII 2009
Sklep i próby lotu [DEILD-VILD]
Jestem w jakimś sklepie ze wszystkim i mama rozmawia z sąsiadką o jakichś bzdurach. W pewnym momencie mówi, że wysłałaby mnie do sklepu po jakieś słodycze, ale nie ma przy sobie kasy. Wychodzę naschodki przed sklep. Trzymam w ręku jakieś saszetki z jakimiś próbkami z szamponów nawleczone na sznurek.
***Zaraz! Po co mi kasa, skoro to sen?!***
Chcę zrobić RT i podnoszę rękę do nosa, ale zdążyło mnie wywalić do czuwania i został mi tylko "powidok" snu - moje ręce trzymające sznurek z szamponami. Ani drgnę. Zaczynam uderzać rytmicznie saszetkami o kamienne schodki. Dochodzą odgłosy. Chwytam saszetki, ale dotyku jeszcze nie ma. Ponawiam stukanie. Dołącza słuch. Stukam dłużej, koncentruję się. Chwytam za saszetkę. Czuję zimną folię i gęstą treść w środku. To doznanie kotwiczy mnie we śnie ostatecznie - już w pełni czuję senne ciało.
Wchodzę z powrotem do sklepu i mówię do mamy, że miałem kupić słodycze.
-Ale przecież nie dałam ci pieniędzy.
-Nie musiałaś.
Podchodzę do jednego z regałów i partzę na miskę. Koncentruję się. Chcę, żeby była pełna cukierków. Nic. Jeszcze raz i znowu nic. Ściągam z półki mały platsikowy koszyk i zaczynam wytrząsać z niego jagody, których w nim nie ma do miski, która stoi na ladzie przed mamą. Przez dłuższą chwilę bez rezultatu, ale nie odejdę stąd, dopóki nie sypną się z niego owoce. W końcu leci z niego strumień jagód. Dobra, czas wyjść na zewnątrz. Jest ciemna noc. Chłodno, ale przyjemnie. Idę oświetloną latarniami ulicą. Rozbiegam się i wyskakuję, żeby sobie polatać. Niestety grawitacja działa. Słabo, ale działa. Ląduję na asfalcie. Idę dalej. Spotykam Agnieszkę stojącą na ulicy i Adama wychylającego się z okna "swojego domu". Kurde, to chyba przez ten plecak się nie mogę wzbić.
-Adam! Przechowasz mi plecak? Nawet nie będę go musiał odbierać, bo to tylko mój sen.
-Naprawdę? To co robimy - pyta zdziwiona Aga.
-Ja bym sobie polatał.
-Niedaleko jest ten nowy hotel. "Chippendales" czy jakoś tak. Może tam polecimy?
-Dobra, może być.
Aga zostawia rower pod ścianą, a Adam zeskakuje z okna. Idziemy w stronę dworca. Rozpędzamy się. Skaczę i płynę kraulem w powietrzu, ale niestety powoli opadam. Po chwili płynę kraulem po asfalcie. Trochę mnie to ociera, ale może w końcu się wybiję.
[Zuuuuuuuziuuuuu!!!!!! Wstaaaaawaaaaaaj!!!!!!!!]
niedziela, 30 sierpnia 2009
30 VIII 2009
I. Kapusta, wodny świat, kapusta i brawa
Jest ciemna noc. Chodzę przy świetle księżyca między domem a dziwnym "budynkiem" i noszę kapustę. "Budynek" ma kształt prostopadłościanuo pochylonych ścianach o wysokości ok. 2,5 m i długości krawędzi podstawy ok 1,5 m. Jest wyrzeźbiony z szarego kamienia. W jednej ze ścianek są czerwone metalowe drzwi. Idę najciszej jak potrafię i za każdym razem obieram inną drogę. Wchodzę...
...do kajaka. Z przodu siedzi moja siostra. Jesteśmy w jakimś "kompleksie wodnym" - mnóstwo tu kanałów(takich jak "baseny" - wykafelkowane dno, czysta woda itp.). Jednym z nich płynie motorówką "mój ojciec". Wodujemy kajak i podpływamy do niego - ma nas pociągnąć. Patrze na moje wiosło i okazuje się,że ma tylko jedno pióro. Zamieniam się z siostrą, bo mam sterować, a do tego potrzebuję sprawnego wiosła. Płyniemy szybko, ale w kajaku są dziury i nabieramy szybko wody. Idziemy na dno. Udaje mi się wyłowić kajak. Na brzegu stoi jakiś koleś. To on wywiercił te dziury(nie wiem skąd, ale wiem to)! Wychodzę z wody i gonię go hotelowymi korytarzami. Niestety gdzieś zniknął. W pewny momencie czuję obecność jakiejś wyższej świadomości, dzięki której wiem dokładnie, co mam zrobić. Słyszę za sobą pościg. Wiem, że muszę schować się we wnękę. Ludzie przebiegają nawet mnie nie zauważając. Idę spokojnie korytarzem. Już nic mi nie grozi. Po prawej widzę drzwi zasłonięte jakimś gobelinem. To pokój Nocnych Dziewczyn. Wiem, że powinienem tam wejść. W środkujest cholernie ciemno - okna zasłonięte są zewnętrznymi roletami. Na dywanie siedzi Aga. Mówi, że w sumie powinna przespać się chwilę przed zajęciami, bo całą noc balowała, ale może zadzwonić po Justę i gdzieś pójdziemy balować. OK, Justa zaraz będzie. Stoimy...
...na trawie w jakimś odludnym miejscu. Jest noc. Nad nami świeci księzyc w pełni. Widzimy kamienny "budynek" w kształcie prostopadłościanu z pochylonymi ścianami. Justa mówi, że to piec. Zamierzają gotować w nim bigoś z suszonej kapusty składowanej gdzieś niedaleko. W każdej ze ścian są metalowe drzwi, pod którymi jest pozioma szczelina, przez którą widać spadający żar. Wiem, że w tym piecu niedawno spłonęli ludzie. Podchodzi prowadzący z żywienia, bierze trochę popiołu do ręki i mówi, że dookoła jest dużo popiołu surowego. Pytam się Justy, czyje popioły są tu najszlachetniejsze. Odpowiada, że moje. Mówię, że ja jeszcze nie spłonąłem, a to co moje nigdy nie będzie szlachetne. Rozglądam się i widzę...
...mały kwadratowy dziedziniec. Stoję na bruku. Nade mną na krużgankach stoi dużo różnych postaci. Wygłaszam jakąś przemowę. Ciągle przerywają mi brawami. Jednym z słuchaczy jest zielony teletubiś z wąsami i czapką kucharską. Wiem, że jest on włoskim kucharzem. Naśladuję prześmiewczo jego akcent i wszyscy wybuchają ze śmiechem, a on sam śmiejąc się pokazuje uniesiony kciuk na znak, że udał mi się dowcip.
II. [niestety nie mogę rozczytać mojego "planu dekompozycyjnego"]
III. (...)
IV. Koncerty i wielka tajemnica
Idę do Madnessu na koncert Lipali. Jestem już mocno spóźniony, bardzo się spieszę. Niestety zdążyłem tylko na ostatni kawałek - jest to "Bloo". Lipaki schodzą ze sceny. Witam się z nimi. Zamiast Luka na bębnach grał Jerry z Illusion. Jeden z techników przeprasza bardzo za "problemy komputerowe". Lipa jest strasznie zabiegany, przebiega koło mnie co chwilę i wita się ze mną trzykrotnie, za każdym razem, jakby widział mnie dzisiaj po raz pierwszy. Podbija do mnie "znajomy z Vendetty". Wychodzimy z Madnessu tunelem metra. W drodze pytam się go, czy idzie na Toola zaraz. Odpowiada, że raczej nie, bo tutaj będzie jakiś fajny koncert(wiem o tym, ale i tak wolę Toola). "Madness zaraz sam się mnie pozbędzie" - mówi. Pytam go, co to za "problemy komputerowe" nastąpiły. "Żaden technik nie zobaczył olbrzymiej srebrnej śruby w ścianie - takiej jak ta, a stwarzała takie zakłócenia, że nie można było grać" - mówi, pokazując mi klapę w ścianie tunelu zaraz przy ziemi. Odchylam klapę i rzeczywiście w ścianie widzę srebrną śrubę, a głębiej za nią żarówkę. Jest to niby zwykła żarówka mająca oświetlać tunel, ale wiem, że to tylko maskowanie wejścia do podziemnego miasta, którego szukałem od lat...
niedziela, 23 sierpnia 2009
23 VIII 2009
Bielsko-Biała
Jadę PKSem w Bielsku. Jest późne lato, dość ładna pogoda cieszy oko za oknem. Patrzę w lewo i widzę znajomą twarz. To chyba Ras Psajko[w rzeczywistości, to na flmiku ze swojej strony wyglądał zupełnie inaczej]. Idealnie, jak będzie miał chwilkę, to pogadam z nim o HipnoĆpunach i nie będę musiał się w tym celu targać do Warszawy. W tym momencie podchodzi do mnie "kumpela", której nie pamiętałem, dopóki podczas rozmowy się nie przedstawiłem, a ona nie powiedziała, że przecież się dobrze znamy. Wysiadamy na jakimś przystanku w lesie. Psajko też wysiadł i gada z jakimiś dwoma kolesiami na temat hipnozy. Wołam go i pytam, czy znajdzie dla mnie chwilkę czasu, jak już jest na południu przypadkiem w tym samym mieście, co ja. Odpowiada, że musi najpierw zająć się tymi kolesiami i w ogóle, to mamy we trójkę stworzyć południowy oddział hipnoćpunów. Jak zostanie mu jakiś czas, to się mną zajmie. Świetnie. Idę dalej tą drogą i gadam z "kumpelą", aż trafiam do jakiegoś budynku na przedmieściach. Wiem, że jest to szkoła. Przebieram buty i idę na parking podziemny. Spotykam tam Siebra, który pokazuje mi swoje nowe BMW. Śmieję się z niego, a on błyskawicznie obraża się na mnie. Mówię mu, że tylko sobie jaja robięi pytam, czy nie podwiózłby mnie do centrum Bielska swoim nowym BMW. Od razu się rozchmurza i mówi, że nie ma sprawy, może mnie podwieźć na dworzec główny. Już mam wsiadać, kiedy zauważam, że na stopach mam jedego sandała i jednego adidasa. Fuck! drugiego zostawiłem w szatni. Muszę wrócić i przebrać. W szatni orientuję się, że nie umawiałem się z Psajko, gdzie mamy się ewentualnie spotkać, a nie mam numeru do niego. Zaraz, przecież go podawał na stronce. Wchodzę na kompa w szkolnym bufecie, ale nie mogę wejść na forum psajko. Kurde, będę musiał sobie poradzić. Wychodzę i idę na parking, ale Siebra nie ma w miejscu, gdzie miał czekać. Rozglądam się i widzę, ze jest po drugiej stronie parkingu i daje po garach. Rusza z piskiem opon i mija mnie. A to kutas! Narobił mi nadziei, a teraz spieprza. Nie, na szczęście zatrzymał się dalej i śmieje się ze mnie. Wsiadam i jedziemy na dworzec. Sieber puszcza z płyty jakiś "kozacki hip-hop". Dojeżdżamy na dworzec, gdzie już czeka na mnie mój ojciec w swoim starym uno. Wsiadam do niego i jedziemy do domu. W pewnym miejscu w Rudzie Śląskiej musiałem wysiąść i pchnąć uno pod górkę, bo nie dawał już rady. Wsiadam i jedziemy dalej.
Następna porcja po praktykach, czyli najprawdopodobniej za tydzień.
22 VIII 2009
I. Robotnik i Jason
Jestem w pokoju u Michasi. Pokazuje mi zaproszenie na imprezę urodzinową naszego "znajomego". Z treści wynika, że trzeba się stawić w jakimś kretyńskim wdzianku. Od razu staje mi przed oczami strój robotnika z kaskiem, który mam w komórce Wychodzę z pokoju Michasi i trafiam prosto do przedpokoju w moim domu. Wchodzę po schodach i otwieram komórkę. Ściągam przebranie robola ze stojaka, na którym było powieszone i ubieram go Okazuje się, że poza koszulą, kaskiem, kombinezonem i kurteczką w jasktawych barwach, strój zawiera parę elementów najmniej oczekiwanych w ekwipunku pana Zenka z dźwigu. Na wyposażeniu jest kamizelka kuloodporna, pas nerkowy - również nieprzepuszczalny dla naboi, kevlarowa siatka chroniąca ciało od bioder po szyję z rękawami włącznie oraz pas na naboje z kaburą do złudzenia przypominający szaszetkę na pasku. Olewam Jamesowo-Bondowe gadżety i po prostu przebieram się za Heńka z budowy, powstrzymując ochotę na doklejenie sobie z tej okazji idiotycznych wąsów. Wyglądam zaiste kretyńsko, czyli wpasuję się w tematykę imprezy. Jadę do "kumpla". Mieszka on na dziewiątym piętrze w jakimś wieżowcu. Wjeżdżam windą na górę i dzwonię do drzwi. Otwierają mi ludzie w debilnych przebraniach. Impreza rozkręca się. Kolejny dzwonek do drzwi. Wchodzi ubrany na czarno koleś w masce hokejowej z maczetą w dłoni. "Haha! Ale zajebiste przebranie Jasona! Kto tam pd tą maską?". Zamiast odpowiedzieć, przybysz zdejmuje maczetą górną część głowy solenizanta. Kurwa! To jest PRAWDZIWY Jason["Piątek, trzynastego"]! Ludzie zaczęli panikować, co bardzo pasowało psychopacie. Szlachtuje ludzi maczetą, wyrzuca przez balkon. Trwa krwawa jatka.
II. Mafia
Wkładam na siebie idiotyczny strój robola - tym razem już ze wszystkimi elementami. Gdy kończę się ubierać, do mojego domu wczodzą mafiosi poubierani w garnitury z lat sześćdziesiątych. Od razu chwytają "mojego brata"[nie mam brata] i zatykają mu usta, żeby nie mógł wydać z siebie dźwięku. Zabierają go do komórki-garderoby, a mnie każą wejść do drugiej komórki. Na dole są rodzice, a ja mam się zachowywać cicho, tak, żeby nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Moim zadaniem jest nabijanie im strzykawek tajemniczymi płynami, które wstrzykują mojemu bratu. Zużyte igły mam wrzucać do pudełka, które leży przede mną. Jest to biały kartonowy sześcian z owalną dziurą w jednej ze ścianek. Zaczyna już brakować miejsca na następne igły. Żeby tylko starzy tego nie zobaczyli...
III. Wenecja, wróżba i bar mleczny
Płynę kanałami jakiegoś polskiego miasta udającego Wenecję. W łodce siedzą ze mną Marta, Marzena, Ela i Cieplak. Łódka ma pewną ciekawą właściwość. Jeżeli ktoś pragnie się odłączyć, łódka dzieli się na dwie - jedną większą, podążającą starym kursem i jedną mniejszą, sterowaną przez osobę chcącą płynąć gdzie indziej. W pewnym momencie Marzena odłącza się od grupy i płynie do wietnamskiej knajpy. Cieplak w tym czasie opowiada o tym, że jak chce się zszyć dwie torby, to należy użyć ćwieków, bo inaczej się rozleci. Marzena wypływa z knajpy i rzuca mi świstek papieru wyglądający jak wróżba z ciasteczka. "To moje ulubione pismo" - wołam ucieszony i łapię karteczkę. Rozwijam ją, a tu zamiast wróżby na wąskim pasku rozwijam kartkę A4 z informacją, że cennik uległ zmianie i podane są nowe ceny. Płyniemy dalej. Na szybie jakiegoś sklepu zauważam ten sam cennik, a pod nim ramówkę stałych imprez w tygodniu zapisanych w śmieszny sposób łamaną polszczyzną przy użyciu angielskiej pisowni. Smiejemy się do rozpuku. Coś mi zaczęło w brzuchu burczyć. Marta też jest głodna i postanawiamy odłączyć się od grupy i pójść coś zjeść. Odpływamy nowo powstałą łodką i dobijamy do brzegu. Idziemy jakąś ulicą, aż wreszcie trafiamy do baru mlecznego "Miś". Marta od razu zauważa, że pizze są tu dużo mniejsze niż zawsze. Rzeczywiście. Formy są śmiesznie małe. Zamawia obiad, który od razu podaje jakaś pani stojąca przed ladą przy garach-termosach. Nie mogę się na nic zdecydować. Wszystko jest za drogie oprócz ruskich, a na nie nie mam ochoty.
21 VIII 2009
Czas zaczął pędzić do tyłu. Wszystkie procesy w naturze zaczęły się powoli cofać. Ludzie młodnieli i tracili wiedzę z doświadczeniem, drzewa malały i wracały powoli do stadium nasiona. Wszystko działało wspak. Z tego powodu został zwołany zlot czarownic i czarodziejów. Oczywiście byłem jednym z nich. W wyniku narady doszliśmy do tego,że należy rozkręcić karuzelę do tyłu i wszystko wróci do normy. W wielkiej hali obok sali, w której się naradzaliśmy, stała karuzela. Była to bardzo stara, prosta konstrukcja. Od środkorego słupka odchodziło dwanaście długich promieni, na końcu każdego było drewniane krzesełko. Zajęliśmy miejsca i zaczęliśmy kręcić wstecz. Karuzela była bardzo chybotliwa, moje nogi co chwilę odrywały się od ziemi. Odpychaliśmy się ile sił w nogach, ale niestety w pewnym momencie coś zgrzytnęło i zatrzymując się gwałtonie, karuzela podziękowała nam ostatecznie za wsółpracę. Zrezygnowani wyszliśmy na dziedzinie. Na środku brukowanego placu ujrzałem mniejszą karuzelę na betonowym cokole. Była obudowana metalowymi płytami sięgającymi nieco powyżej krzesełek, przykryta była daszkiem, a pomieścić mogła sześć osób. Wchodzimy po schodkach, siadamy i rozkręcamy ją do tyłu. Kręcimy się coraz szybciej. W pewnym momencie świat zamienił się w wielką rozmazaną smugę barw i poczułem nagłe szarpnięcie. Gdy kształty się wyostrzyły, zauważyłem, że pędzimy w odwrtnym kieunku. Udało się! Czas odzyskał prawidłowy bieg! Przechodzimy skosem przez dziedziniec, zmierzając do sali, w której zdążono już wystawić ucztę z okazji naszego sukcesu. Komnata oświetlona jest świecami, stoły ustawione zostały w podkowę i nakryte drogimi serwisami. Podane różne smakowite potrawy. Wśród biesiadników zauważam Szymona Macha do mnie i wskazuje miejsce pomiędzy sobą, a dziewczyną, która już się pojawiła w jednym śnie. Siadam przy stole i odwracam się do niej. Patrzymy sobie głęboko w oczy. Słyszę z oddali głos Szymona: "Tu jest twoje prywatne niebo".
II. Oskarżenie
Siedzę w jakimś dużym pomieszczeniu wyglądającym na salę konferencyjną. Poza mną są tu Misia, Szymon, Jasiu i Zio. Jest też Julia. Oskarża nas o to, że bez jej zgody wykorzystaliśmy do celów charytatywnych jej wierszyk o estrach.
III. U Mojżesza
Jestem w naszym żernickim sklepie. Aktualnie należy on do Mojżesza. Wnętrze sklepu się zmieniło Zniknęła lada, a kasa została położona na jakimś stoliku w kącie. Brak lady spowodował, że sklep stał się dużo bardziej przestronny. Płaci się jakąś dziwną walutą - przypomina to małe ciemnozielone plastikowe stopery z trzema przyciskami i wąskim wyświetlaczem. Stoję z Darkiem i wpieprzamy lody. Biorę dwa- czekoladowego i pomarańczowego. Najpierw biorę się za owocowego, drugiego chowam do zamrażarki. Gdy już skończyłem pierwszego, sięgam po czekoladowy przysmak. Nie ma go w miejscu, w którym go zostawiłem. Dziwne. Patrzę uważnie, sondując wzrokiem całą zamrażarkę, ale nie ma go tam. Mojżesz mówi, że jest w drugiej zamrażarce. Rzeczywiście.
IV. Żołądek - wydmuszka
Budzą mnie w środku nocy, ponieważ jakaś krowa właśnie się cieli. Nie mogę tego przegapić! Ubieram się szybko i lecę na porodówkę. Rzeczywiście, czerwono-biała krowa zaczyna rodzić. Jeden z pracowników opowiada mi, że podczas porodu żołądek działa jak wydmuszka.
-Jak wydmuszka?
-No podczas porodu żołądek wyciska cielę z matki
sobota, 22 sierpnia 2009
20 VIII 2009
Kończy się imprezka rodzina u babci. Wychodzę z rodzicami i siostrą przed kamienicę. Oni idą do auta, a ja kieruję się w drugą stronę - na most na Kłodnicy. Do barierki przypięty jest "mój rower". Jest już noc. Na niebie zbierają się burzowe chmury. Rower ma błyszczącą kierownicę, z czego prawe "ramię" jest wychylone poziomo do przodu. Olać to! Naprawię w domu. Jadę. Rower jest zadziwiająco szybki - poruszam się z prędkością samochodu. Mijam parę skrzyżowań ze światłami. Na wysokości Konarskiego chmury pękają. Pędzę do domu w strugach deszczu, a pioruny oświetlają mi drogę.
II. Skuter
Stary kupił mi żółto-biały skuter, żebym mógł się szybko poruszać po mieście. Od razu myślę o pracy w pizzerii i mijaniu "tych chujów w tych jebanych autach" we Wrocławiu.
III. Gówniana gwiazda
Brodzę do pół łydki w krowim gównie w jakimś małym, ciemnym kwadratowym pomieszczeniu. Na krześle z oparciem siedzi jakaś gruba kobieta - gwiazda jakiegoś teleturnieju rodzinnego pudszczanego w niedzielę w TVP. W tej sytuacji wygląda raczej jak babcia klozetowa. Wchodzę dołazienki i zdejmuję kalosze. Myję nogi.
IV. Podwodny świat
Jestem jakimś "afrykańskim stworzonkiem" i bawię się z drugim stworzonkiem(a raczej Stworzonką, bo wiem, że jest płci żeńskiej) na Lwiej Skale[tak, tej wielkiej z "Króla Lwa"]. Gonimy się i tańczymy. Ogarnia nas wielka radość. Nagle Stworzonka potyka się i traci równowagę. Jak na zwolnionym filmie widzę, jak wypada za krawędź Skały i próbuje złapać coś, co wygląda jak uschnięta słynna Krzywa Sosenka na Sokolicy w Pieninach Udało jej się złapać za gałąź, ale niestety zescgłe drewno pęka i Stworzonka leci w dół i spada do oceanu, który rozciąga się na południe od Lwiej Skały. Skaczę za nią i wpadamna główkę do wody. Pod powierzchnią Stworzonka zamieniła się w kolorową rybkę, a ja zmieniłem się w jakieś czworonożne wodne afrykańskie stworzonko. Dookoła roi się od różnych rybek. Z głębi wyłania się ostronos i płynie w naszą stronę, na pewno nie w celu napicia się z nami herbatki z glonów. Uciekamy przed nim do jakiegoś korytarza wydrążonegow podnóżu Lwiej Skały. Jest tam dość ciasno, ale ku naszemu zdziwieniu ostronos zmniejsza znacząco swoje rozmiary i wpływa za nami. Zdesperowany chwytam go za nos i wtedy okazuje się, że jest on tylko dmuchaną zabawką. Okładam nim Stworzonkę po głowie niczym dmuchanym młotkiem w amerykańskich barwach kupionym na odpuście. Śmiejemy się, a dmuchany ostronos zmienia się w śmiejącego się Maczugę.
V.Sen o śnie o LD
Łażę jakimś obskurnym betonowym korytarzem i bluzgam pod nosem, że śnią mi się tylko sny o LD zamiast LD i jak np zrobię RT(i w tym momencie robię RT), to i tak wyjdzie pozytywny, mimo że dzieje się to we śnie.
19 VIII 2009
Jest Sylwester. Siedzę w sypialni starych przed kompem. Dzwoni telefon. Odbiera mój ojciec i mówi, że to do mnie.Podaje mi słuchawkę mrucząc pod nosem "to trzeba mieć czelność - dzwonić w taki dzień". Osobą,która "miała czelność" jest moja "znajoma", z którą od bardzo dawna nie rozmawiałem. Pyta się mnie, czy nie mam następujących kawałków Kata na mp3: "Wyrocznia", "Metal i piekło", "Szydercze zwierciadło", "Tylko..." i "Odi profanum vulgus".
-"Wyrocznia" oraz "Metal i piekło" są z 666, "Szydercze zwierciadło" jest z albumu o tym samym tytule, "Tylko..." to kawałek Illusion z "dwójki", a "Odi" jest z Róż Miłości. Nie mam tych kawałków na kompie, ale albumy na rapidshare powinny być.
-A czy są naplayliście na Dzierżnie? Masz tam znajomych, a ja jadę tam na Sylwestra.
II. Sylwestrowa krzątanina
Jest Sylwester. Przygotowuję się do wyjścia na Imprezę do Kurczaka. Mam whisky i 50zł, ale nie mam piwa, więc będę musiał skoczyć do sklepu. Szukam mojej czerwono-kolorowej koszuli w kratkę, ale nie mogę jej znaleźć. Patrzę na ścianę mojego pokoju. Widnieje tam spry plakat z ubraną na czarno Bolgą siedzącą za jakimś piekielnym zestawem perkusyjnym w burzowej scenerii z czarnymi chmurami i piorunami w tle. Obok wisi ogłoszenie Vadera, w którym pisze, że odwozi ludzi do domu z imprez. Dzwonię do niego i pytam, czy nie odwiezie mnie z imprezy u Kurczaka. "Znowu chujowe Gliwice, ale dobra" - odpowiada. W dalszym ciągu szukam cholernej koszuli. Przekopałem już całą szafę i dalej nie mogę jej znaleźć. Dzwoni Zuzia i prosi mnie, żebym kupił jej kwiaty, jak będę wracał z imprezy, mogą być przywiędłe. Dobra, czerwonej koszuli już chyba nie znajdę. Mam lepszy pomysł! Ubiorę białą koszulę w Kaczory Donaldy i Myszki Mickey i do tego krawat w Donaldy. Ubieram to i pytam się mamy, co o tym sądzi. Mówi, że to bardzo oryginalny pomysł i na pewno nikt inny na coś takiego nie wpadnie. Mam się spieszyć. Dobra, zbieram się. Kurde! Nie mam piwa.
17 VIII 2009
Siedzę na przystanku autobusowym. Obok mnie na ławeczce siedzi koleś, który opowiada mi o tym, że wczoraj pierwszy raz jechał metrem i dupczył w pociągu stewardessę, która umiała wymówić "Z" podczas robienia loda.
II. Komentarze
Wchodzę na mojego bloga i okazuje się, że roi się na nim od komentarzy różnych ludzi. Jedni podają się za specjalistów w różnych dziedzinach i wytykają mi błędy, inni są po prostu spamerami i wysyłają mi miliony linków typu "Tani diazepam bez recepty", "wygraj 30000000000 złotych nie ruszając się z domu", "Nowa darmowa gra online" czy "powiększanie penisa w tydzień". Jeden gość otwarcie pisze, że jest spamerem profesjonalnym i zaprasza na swojego bloga i MySpace.
III. Przelew
Wracam do domu pociągiem. Jedzie ze mną Mojżesz oraz Michasia, Tymek i Krzysiu w innej części składu. Siedzę na podłodze, a obok mnie w ścianę wbudowany jest komputer. Wchodzę na iPKO, żeby sprawdzić stan konta i zrobić przelew za bilet. Niestety ciągle wyświetla się komunikat "za mało środków na koncie". Dziwne, jest trzydziesty pierwszy, to z automatu powinien się zrobić przelew od mamy. Dwóch łysych miśków idzie kupić bilety i grzecznie pytają, czy nie kupić też jednego dla mnie. Podbija Tymek i mówi, że też idzie po bilety. Przoszę go, żeby za mnie wyłożył, bo mam problemy z kontem. Cała rójka wychodzi przez boczne drzwi i wchodzi bezpośrednio do wielkiego pomieszczenia z kasami znajdująceo się w pociągu. Po jakimś czasie wychodzą i Tymek mówi, że nie miał za co wyłożyć, więc nie kupił mi biletu. Jeden z miśków mówi urażonym głosem, że trzeba było mu powiedzieć, bo przecież znam jego numer konta i mógłbym mu potem oddać przelewem. Pociąg zatrzymuje się na stacji. Wysiadamy. Od razu kieruję się do najbliższego bankomatu. Niech to szlag! Dalej nie ma kasy na koncie! Pytam Michasię, czy dzisiaj jest niedziela, czy święto. Odpowiada, że jedno i drugie. Super! To przelew dojdzie sto razy... Jestem wściekły. Rzucam telefonem o chodnik. Rozpryskuje się na betonie na setki części - nawet każdy klawisz leci osobno w inną stronę. Kurde! Miałem zadzwonić do mamy... Szukam anicznie zatyczki od baterii. Zaczyna padać.
IV. Genialny wynalazca?
Siedzę w jakimś zakurzonym starym pokoju z człowiekiem, który wszędzie widzi odcięte szare biegaące napalcach dłonie. Zauważam je dopiero, gdy mi je pokazuje. Opowiiada mi o swoich wynalazkach. Wynalazł m. in. piłkę nożną i świeczniki.
niedziela, 16 sierpnia 2009
16 VIII 2009
I. Porno cenzura i mistrz ciętej ripoty
Wszystkie pornole w necie zostały ocenzurowane. Bardzo mnie to rozbawiło i zacząłem pisać mnóstwo wrednych komentarzy na ten temat. Poza mną był tylko jeden gość, którego to bawiło i zamiast płakać pisał cięte komentarze. Np. komentarza jakiegoś desperata brzmiał "Jak mogli mi to zrobić, zniszczyli całe moje życie", a riposta "No to masz teraz hmmm... mgliste widoki na przyszłość" [cenzura polegała na rozmazaniu "kluczowych ujęć"]. Jak się okazało, ludziom spodobała się nasza wredota i przyjeżdżali dupczyć się w moim ogródku w basenie[którego oczywiście nie posiadam], przy czym w realu też działała cenzura, a ja i Mistrz Ciętej Riposty siedzieliśmy na leżkakach, popijaliśmy drinki z palemką i komentowaliśmy. "Coś twój kutas tak niewyraźnie dzisiaj wygląda".
II. Wykład
Siedzimy w przedsionku do sali VW czekając na wykład. Na jednej z opuszczonych rolet wyświetlają film - wykład. Siedzę między Martą a Jankiem. W pewnym momencie przesunąłem się do przodu i po chwili ululany monotonnym głosem wykładowcy postanowiłem się wyłożyć na ziemi. Okazało się, że Janek wpadł na podobny pomysł, tylko, że położył się na brzuchu, więc kladąc się z rozmachu , uderzyłem plecami o jego głowę. Bolało cholernie. Jego chyba też. Przeprosiliśmy się nawzajem i usiedliśmy normalnie. Po chwili zapytałem, czy nie chce jechać na żagle na Mazury. Odpowiedział, że chętnie, ale ma poprawkę.
III. Składana łajba
Mazury. Płyniemy jakąś dziwną łajbą - jest bardzo wąska i długa. Poza mną na pokładzie jest Michasia, Marzena, Jasiu i Szymon. Właśnie wchodzimy do portu, zwijamy żagle, wyciągamy wiosła. Jest cholernie wąsko - drogę wyznaczają biegnące po obu stronach słupki "graniczne" - biało - czerwone z godłem RP i trupią czaszką pod nim. Z naprzeciwka płynie parę łódek. Jest tak wąsko, że ledwo się mieścimy. W momencie, kiedy kończymy wymijać pierwszą łajbę, widzę wielką pasażerską krowę płynącą jakieś dwieście metrów od nas za linią słupków. Ale będzie fala. Dochodzi do nas w momencie, kiedy wymijamy drugą łódkę. Jakimś cudem udało nam się nie poobijać, bo fala była naprawdę duża, a ani my, ani oni nie mieliśmy odbijaczy. W omencie, kiedy szczęśliwie przepłynęliśmy obok niej, zrobiło się pusto przed nami. Dziewczyny bez słowa złapały za wiosła i zaczęły mocno wiosłować. Łajba nabrała zawrotne j prędkości, zanim zdążyłem wyjąć swoje wiosła. Słupki dosłownie rozmazywały się w oczach, a ja starałem się pilnować odległości od słupków, co przy tej prędkości było prawie niemożliwe. Uff. Dopłynęliśmy bezpiecznie do portu. Szymon wyciągnął łodkę na keję i złożył ją, dzięki czemu nabrała rozmiarów stołu. Ja z Jasiem mieliśmy ją gdzieś schować i dołączyć do nich do tawerny. Jasiu przujrzał się pakunkowi i rozłożył go jeszcze na dwie części, każda rozmiarów niedużego pudełka. Zauważyliśmy budkę podobną do kibla i uznaliśmy ją za dobre miejsce. już wspinaliśmy się na stryszek, kiedy usłyszeliśmy zdenerwowany głos właściciela. "Co wy tu robicie? To jest budka z hamburgerami i nie wolno chować tu niczego, co zawiera tekturę, bo potem mnie oskarżają, że robię tekturowe kotlety!". Jasiu nie przejął się i schował jeden pakunek, a drugi dał mnie. Postanowiłem nie wkurzać tego nerwusa, więc schowałem pół łajby pod koszulkę i wyszedłem z budki. Przy drzwiach stał jakiś obszarpaniec i chwycił mnie za włosy. Spiorunowałem go wzrokiem, więc puścił i cofnął się. Idąc dalej, słyszę odgłosy świadczące o tym, że Jasiu wdał się a nim w awanturę. Spoglądam za siebie i widzę, że Jasiu zaczyna uciekać, a goni go cała gromada żuli. wyprzedza mnie. Ekipa smakoszy nie wygląda zbyt przyjaźnie, więc również zaczynam wiać. Przebiegamy przez ulicę. W ogonie został już tylko jeden menel. Jasiu wbiega po schodach do tawerny i w tym momencie żul odpuszcza. Wchodzę za nim. Knajpa nazywa się "Szemba". Wchodzę do środka. Prawie nikogo tu nie ma poza ekipą czterech osób. Pytam się ich, czy nie widzieli grupki z wysokim brodatym kolesiem z włosami splecionymi w warkocz. Mówią, że nikogo takiego nie było. Zauważam z rozbawieniem, że jeden z siedzących pasuje do tego opisu poza tym, że nie ba brody.
IV. Bez komórki jak bez ręki
Siedzę z Jasiem i Misią przed jakimś domem we Wrocławiu. Podwórko tworzy dziedziniec otoczony żywopłotem z trzech stron. Przebijamy się przez kuty płot i podchodzimy do drzwi. Mówię im, że tu jest kibel, a klucz buchnąłem jakiś czas temu właścicielowi. Szukam go, ale niestety nie mam go w kieszeni. Słyszę szczekanie wielkiego owczarka podhalańskiego należącego do właściciela oraz kroki, zapewne gospodarza. Trzeba wiać! "Biegnijcie za ten budynek z napisem >>Farby i lariery<< - wskazuję budynek za żywopłotem. Spotkamy się na ławeczkach w parku obok pawilonu." - rzucam przez ramię i biegnę do wspomnianego parku. Tam przy kontenerach na śmieci myją się ludzie, polewając się wodą z wiader, tak, że ściekała do śmietników. podchodzę i chcę wyrzucić papierek z kieszeni. Wrzucam go do pustego kontenera z dużą ilością wody i z przerażeniem obserwuję, jak razem z papierkiem do wody wpada mój telefon. Pięknie! Zalany jak nic! Jak ja się z nimi skontaktuję? Zaczyna padać. Czekam na Jasia i Misię, ale nie przychodzą. Idę zielonymi uliczkami, aż trafiam na główną drogę. Jeden z pasów jest zablokowany przez stojące tam dmuchane ludziki, reklamujące jakiś produkt. Drugim pasem nie jedzie nic. Po drugiej stronie jest jakiś hipermarket. Przechodzę przez ulicę i wchodzę do środka. Niestety nie ma ich tu. Znów przemierzam uliczki, aż w końcu trafiam do domu Jasia. Mieszka w sporym mieszkaniu w starej kamienicy. Wchodzę do środka. Jasiu i Misia suszą włosy. Umawiamy się tak, że teraz jedziemy do mnie, wstępując po drodze do Billi. Gdy jesteśmy już na miejscu, idę z Misią do sąsiadki. Podaje nam rosól z makaronem, marchemką i kiełbasą. mówi, że jedzie do Łeby, do nieznanej jej części z alejkami. "Wiecie, Łeba leży na takiej pedalskiej poduszce, w sumie nie, spirali, właściwie trzech spiralach układających się w taki wzór" - rysuje wzór na kartce. "Nie martwcie się, poradzę sobie".
Następne sny po powrocie z praktyk - za jakieś dwa tygodnie.
sobota, 15 sierpnia 2009
15 VIII 2009
I. Adrian
Moja siostra wróciła do domu z Yacht Clubu. Mówi, że idzie spać, a jak spróbujemy ją ruszyć, to Adrian się nami zajmie. Idę pod jej pokój. Jest zrobiony z wielkiego kartonu z wyciętymi drzwiami, przed którymi siedzi na taborecie niesympatyczny młodzian z nadwagą i wyglądem dresika z ciemnego zaułka. Mimo jego młodego wieku, nie podskoczyłbym mu.
II. Warhammer
Graliśmy w Warhammera. Akcja była osadzona w czasach wpólczesnych. Grę widziałem z dwóch perspektyw: jako mistrz gry widziałem pokój i kupmli, z którymi grałem - ten widok towarzyszył podczas sprawdzania kart charakterystyk, wykonywania rzutów itp.; gdy zaczynałem narrację mój głos powoli niknął, a ja przenosiłem się w ciało bohatera niezależnego, którego prowadziłem. Smieszny był to motyw, bo wszystko wyglądało jak we "Włatcach Móch" - postacie wyglądały jak my, tylko szczególy dotyczące ubioru, wyposażenia i rasy były dopasowane do gry. Był napakowany Baniol z wielkim mieczem, niski i krępy, brodaty Cebul, Boski z przepaską na oku i szablą. Ja wszystko widziałem z perspektywy niziołka Willowa. Za pasem miałem sztylet, a moje stopy były bose i gęsto owłosione. Wszyscy nosiliśmy wpółczesne ciuchy. Chodziliśmy korytarzami jakiejś wielkiej kopalni. Było raczej pusto i nudno. W końcu dotarliśmy do wielkiej groty wyposażonej jak moja kuchnia. Tu miała stoczyć się finałowa walka. Przeciwnicy musieli być przywołani rytuałem. Zdjąłem zlew z szafki nań przeznaczonej, po czym rozpaliliśmy w niej ognisko. Po jakimś czasie Da Gama[odgrywany przez Boskiego] sprawdził stan ognia i oznajmił, że został już tylko żar wypełniający spód szafki. To oznaczało, że można rozpocząć rytuał. Dinin[elf Baniola] wrzucał do żaru różne rzeczy, m. in. węgiel, rtęć, proch czarny, co przywoływało określone potwory. Nie pamiętam, co było przywoływane przez węgiel i rtęć[na pewno jednym z przeciwników był wampir], lecz gdy został wrzucony proch, który iskrząc i sycząc wytworzył kłęby siwego dymu, z ziemi "wynurzył się" żywiołak ognia. Była to bardzo trudna walka i dość męcząca wizualnie[ciągłe przenosiny między moim pokojem a grotą], ale w końcu z potwora pozostała tylko kupka popiołu. Jak się okazało[czego oczywiście się nie spodziwaliśmy], zwycięstwo nad żywiołakiem powodowało przywołanie najpotężniejszego i najstraszliwszego przeciwnika - wilkołaka Setha. Jedzie w unoszącym się w powietrzu rywanie - czołgu z żywego srebra w obstawie psychowilków. Zanim zostaje zauważony, celuje w głowę Toma[bohatera niezależnego, który towarzyszył naszym dzielnym łowcom przygód, wbijającego w tym momencie drewniany kołek w ziemię] i zabija go bez ostrzeżenia. Bohaterowie rzucają się na wrogów, lecz jest to ich ostatnia bitwa...
III. Burza
Jestem z Martą na jakimś metalowy festiwalu. Jest piękne letnie popołudnie. Idziemy pylistą ścieżką w stronę wielkiej sceny. Zaraz ma się zacząć dobry koncert. Patrzę za siebie i widzę zbliżającą się ścianę deszczu spadającą z czarnych chmur, między którymi przeskakują błyskawice. Zaczynamy biec. Czy zdążymy do namiotu?
IV. Twój bandaż... Jest do dupy
Byłem solidnie uszkodzony - miałem nawyrężony kark i dostałem czymś ciężkim w głowę. Musiałem się jakoś opatrzyć. W całym domu nie było bandaży, jedyną rzeczą o "podobnych" właściwościach był papier toaletowy. Zrobiłem sobie kołnierz ortoedyczny i czepiec Hippokratesa, który wykonałem sobie przed lustrem, myśląc tylko o tym, że wyglądam jak kretyn, bo w domu nie było białej ani szarej srajtaśmy, tylko taka w kwiatki. Oczywiście papier nie należy do najtrwalszych materiałów, więc musiałem ciągle wracać przed lustro i poprawiać, bo ez przerwy coś się luzowało, albo rwało. W końcu trafiłem do sali PO w moim liceum, gdzie zostałem wyśmiany przez Mojżesza.
V. Zając, bandyci i baryła po papierosie
Zima. Mama przygotowuje się do wyjścia na Sylwestra. Zbiera wszystkie świąteczne ozdoby - wieniec z ostrokrzewu, bombki, lampki, świeczki. Na świerkowej gałązce stojącej w wazonie widzę czekoladowego aniołka. Część sreberka jest oddarta, więc chyba nie będzie straty w krajobrazie. Odwijam anionłka i gryzę... Ble! Wyrób czekoladopodobny! "Zjedz sobie coś porządnego" - mówi mama. Patrzę, a tu na stoliku leży zajączek wielkanocny z czekolady Lindta. Jem go. Z łazienki słyszę głos mojej siostry.
-Mamo, ale w nowym roku nie będziesz bić bandytów?
-Jak będą tacy jak u Ali, to i tak ich zbiję. Ale mam baryłę po papierosie.
Mama wchodzi do pokoju i mówi do mnie podenerwowanym głosem: "Co tu robisz? Zaraz wychodzimy!". "Idę na baryłę" - odpowiadam.
VI. Grill i wypadające zęby
Grill u mnie w ogrodzie. Piękny letni dzień - słoneczko świeci, po niebie żeglują leniwe chmurki. Żyć, nie umierać. Są starzy i dwie dziewczyny. Jedna z nich leży na kocu i opala się. JEmy kiełbaski. Idę do domu nastawić wodę na herbatę. Zalewam torebki i niosę na tacy kubki z herbatą. Wracam do domu umyć ręce.
[w dalszej części znadują się treści mogące wywołać wstręt i obrzydzenie]
Stoję przed umywalką. Mam świetny humor, szczerzę się jak głupi do lustra. Co to? Dziąsło mojej wyszczerbionej górnej jedynki jest blade i opuchnięte, tak samo zresztą wygląda dziąsło dolnej jedynki, która jest w połowie ułamana[w rzeczywistości nie jest]. Dotykam językiem górnej jedynki. Rusza się. Co się dzieje? Po chwili wypada. Razem z korzeniem. Sprawdzam, czy dolna też się kiwa. Wypada razem z dwójką. Czuję coś twardego i dziwnego pod językiem. Wypluwam to. Jest to kość w kształcie połowy paraboli z dziurami - takimi jak zęby. Biegnę do mamy.
-Co to jest?
-Warstwa części zębodołowej żuchwy. Idziemy z tatą do Peicków.
Biegnę z powrotem do kibla. Patrzę w lustro, obnażając zęby. Wszystkie dziąsła dolnego łuku zębowego są białe i opuchnięte. Strasznie śmierdzą. Po zębach, które wypadły nie ma już śladu - pozostałe zęby ścieśniły się w łuku. Mam strasznie zdeformowaną żuchwę. Wypadają kolejne zęby. Biegnę przed dom. Starzy stoją koło budy psa sąsiadów i rozmawiają z nimi.
-Mamo! Zaraz nie będę miał dolnych zębów!
-Spokojnie, jutro pojedziemy do dentysty.
piątek, 14 sierpnia 2009
14 VIII 2009
I. Utonąć w tłumie
Czekam w "moim mieszkaniu" w bloku na chłopca na posyłki, który ma mi przynieść zapas mate. Widzę przez okno, jak pędzi przez Zwycięstwa. Nagle otaczający go tłum zaczyna szaleś i rzucają się na niego z wrzaskiem. Przez chwilę próbuje uciekać, ale w końcu tłum go pożera. "Utonął" - podsumowała mama.
II. Skórzana kurtka (+5 do straszliwości)
Idę z Moją, Łukaszem i Karpiem przez gęsty las. W pewnym momencie jakiś gość prowadzący na smyczy olbrzymiego dobermana zrównuje z nami krok. Pies cały czas gapi się na mnie i warczy, więc próbuję utrzymać jak najdalszy dystans. Niestety właściciel jak nakręcony opowiada nam o "piesku" idąc dokładnie tym tempem, co ja. "On ma do mnie respekt, bo ja cały czas noszę na sobie jego baty" - mówi o swoich siniakach. Łukasz niesie w pogotowiu wielki drewniany drąg. Pyta się Karpia, czy nie ma jakiejś kurtki dającej respekt u dobermanów, Karpiu odrzuca, że swoją skórę zostawił w Dziupli[taki stryszek u Karpia w ogródku]. Przechodzimy przez dziuplę wielkiego drzewa na drewniany podest, z którego schodzimy bardzo długą, pochyłą drabiną.
III. Barwny komentarz
Siedzę przy kompie i piszę posta na tego bloga. Gdy już skończyłem go pisać, wyświetlam całego bloga i widzę nowy komentarz. Wchodzę w menu komentarzy i czytam go. Jest niepodpisany. Jakaś znajoma pisze mi, że do 4(czwartego, czwartej, o co chodzi?) próbowała świadomie śnić, ale jej nie wyszło i nie będzie jej wychodzić, dopóki nie powstanie lista osób, którym to wychodzi. Wtedy pójdzie z tym do poradni. Komentarz jest bardzo długi, pamiętam tylko ogólny wydźwięk. Każde cztery linijki komentarza są napisane innym kolorem czcionki.
IV. Pociąg na Sylwestra
Jadę ze znajomymi na Sylwestra pociągiem, który socjalnie i funkcjonalnie wygląda na pociąg na Woodstock. Wsiedliśmy na piętro lokomotywy do pomieszczenia maszynisty. Jest tam mnóstwo miejsca i są rozłożone różne legowiska. Maszynista mówi nam, MAszynista mówi nam, że do pierwszej możemy spać, bo on też wtedy śpi, ale o pierwszej musi wstać i sprawdzić bilety. "Znajoma" mówi, że ona wysiada [gdzieś_po_drodze], bo ma tam konia i trzeba zaznaczyć to w bilecie. Wszyscy się kładą. Nie po to jadę tym pociągiem, żeby spać. Schodzę po zewnętrznej drabinie na dół pędzącego pociągu. Widzę długi bydynek z wielkim podwórkiem z napisem "Kibel uniwersalny dla pociągu na Woodstock". Nie, nie chce mi się skakać, odleję się w zwykłym kiblu. W kiblu zastanawiam się, czy lanie tu nie jest zabronione. Po chwili dochodzę do tego, że nie. Wychodzę z kibla i czuję senność. Obok drzwi do jednego z przedziałów widzę łóżko rozkładane ze ściany w poprzek korytarza. Kładę się na nim. Przez przyciemnioną szybę drzwi widzę Krzysia w przedziale. Wychodzi się przywitać, po czym wraca do środka. Zaraz! Tam w oddali siedzi Kurczak. Siedzi z ekipą klasową - ludźmi z wszystkich klas, do jakich chodziłem. Patrycja Gwarek pyta się, co u Olgi. Odpowiadam, że jest w przedziale maszynisty i zaraz pewnie zejdzie. Marta Bieniek pyta się mnie o ludzi ze studiów, szczególnie o "kujonkę z roku".
V. "Kujonki z roku" ciąg dalszy
Siedzę w łazience w domu ze starymi i Martą Bieniek. Przed chwilą padło pytanie o "Kujonkę z roku". "Jest uosobieniem anioła", tylko raz widziałem jak klnie. Jak znowu przyszli przesuwać kolokwium z anatomii, to jej usta poruszyły się w charakterystyczny sposób".
-Biedna dziewczyna - mówi mój ojciec - musieli się nad nią znęcać.
-Nie, czemu?
-No mówiłeś, że jej usta poruszyły się w charakterystyczny sposób, to znaczy, że ją bili albo okradali.
-Nie, to nie to - śmieję się - ulubiona kwestia Cristiano Ronaldo[chodziło chyba o Rogera Guerreiro :P] po polsku. nie widziałeś? Załuj!
czwartek, 13 sierpnia 2009
13 VIII 2009
Po dwóch dniach kompletnej pustki w głowie chyba zaczyna wracać mi senna pamięć, mam nadzieję, że była to tylko chwilowa niedyspozycja i od dzisiaj znów będę mógł raczyć Was surrealistycznymi opowiastkami.
I. Świątynia kanapek Twix
Wracam z Orgami z jakiegoś rajdu. W pewnym momencie musiałem odłączyć się od grupy w celu załatwienia jakiejś sprawy, lecz tutaj mam małą białą plamę w pamięci i nie pamiętam, o co dokładnie chodziło. W każdym razie byłem umówiony z nimi na łódzkim dworcu, skąd miał odjeżdżać pociąg do Wrocławia. Później miałem się przesiąść na pociąg do Gliwic i wrócić do domu. Mieli czekać na mnie przed pociągiem w pierwszej jednej trzeciej pierwszego peronu. Przychodzę na miejsce, a tam nikogo nie ma. Głodny jestem - myślę. Obchodzę dworzec w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Mam ochotę na Twixa. Obchodzę wszystkie kioski przed dworcem, ale w żadnym z nich ie ma sprzedawcy. Wchodzę do budynku. Wnętrze przypomina katedrę - ustawione są tam ławki, a przed nimi stoi ołtarz. Dookoła tego wszystkiego idzie "ścieżka" ulokowana na podwyższeniu powyżej poziomu oparć. Od "części modlitewnej" oddziela ją ozdobna żeliwna barierka. Idę tą ścieżką i dochodzę do stoiska z łakociami. Sprzedawcy również tam nie ma, ale jest kartka z numerem telefonu, na który należy zadzwonić w razie nieobecności sprzedawczyni. Wychodzę przed dworzec i dzwonię na podany numer. Odbiera jakaś kobieta.
-Dzień dobry, w czym mogę służyć?
-Chciałbym kupić Twixa. Mogłaby pani podejść na stoisko?
-Na które?
-Na to za ołtarzem.
-Dobrze, już tam idę.
Idę w stronę stoiska. Sprzedawczyni już tam czeka. "Zaraz przygotuję panu Twixa" - mówi. Wyjmuje bułkę i prekraja ją na pół. Bierze do ręki dolną połówkę i wykonuje maźnięcie musztardą tworzące poziomą linię w jednej trzeciej wysokości bułki - "Wola" - mówi. Następnie smaruje dwie trzecie bułki pasztetem - poczynając od linii musztardy w górę - "Smak". Na koniec bierze duży plasterek ogórka kiszonego i kładzie go poniżej musztardy - "Treść. Dziś nie wszyscy pamiętają o rytuałach" - mówi, podając mi bułkę.
II. Jak dobrze, że Biedronka jest tak blisko
Idę z Marzeną przez centrum handlowe. Przechodzimy obok Kolportera, który jest obwieszony plakatami "Wyprzedaż, wszystko za pół ceny". Marzena mówi mi, że w Diverse też jest wyprzedaż - wszysto po 32 zł. Idę tam, może będzie coś ciekawego. Na miejscu okazuje się, że owszem, jest wyprzedaż, ale za 32 złote są tylko produkty z Biedronki. Po sklepie chodzi i pręży się model prezentujący czarny T-shirt i białą czapkę. Zauważam, że mimo iż są to ciuchy z wyprzedarzy, to nie mają biedronkowych metek, tylko jakieś neutralne. Pytam się sprzedawczyni, dlaczego te rzeczy są takie "kryptobiedronkowe". Zaczynamy rozmawiać, lecz niestety nie pamiętam treści tej filozoficznej rozmowy. W pewnym momencie model zdejmuje aktualnie prezentowany zestaw ubrań i zakłada inny, a sprzedawczyni odwiesza czapkę na hak. Dzwoni budzik.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Kozanowskie wspomnienie
Z powodu lekkiego, lecz denerwującego załamania pamięci oraz faktu, że z dzisiejszej nocy pamiętam tylko jeden sen, który i tak widniał by tu jako "(...)", postanowiłem opublikować pewien sen, który przyśnił mi się kiedyś, jak mieszkałem na Kozanowie. Było to jakieś półtora roku temu, kiedy to anatomia była moim największym koszmarem, dostawaliśmy ze Zwierzem do głowy od nauki, nie słyszałem jeszcze o świadomym śieniu i nawet nie myślałem, że mogę pamiętać tak wiele snów. Ten jednak ciągle pamiętam bardzo wyraźnie.
Chirurgiczna wpadka
Jesteśmy ze Zwierzem w lecznicy dla zwierząt. Jest to dziwne miejsce: platforma z rozpiętym nad nią dachem, bez ścian, a prowadzą do niej bardzo długie schody z zieloną poręczą poprowadzoną przez środek. Wet gdzieś pojechał, zostawiając nas samych i powiedział, że mamy sobie radzić, ktokolwiek z czymkolwiek by nie przyszedł. Podjeżdża jakiś samochód. Wysiada z niego facet, który wyjmuje z tylnego siedzenia sporego psa, bierze go na ręce i niesie do lecznicy. Zbiegam po schodach, żeby mu pomóc, bo pies jest olbrzymi. Oczywiście musiałem się potknąć i runąć na schody. Zaczynam się z nich staczać.Łapię poręcz i cały obolały podnoszę się. Gość mówi, że lepiej sam już wniesie pieska, a ja mam się doprowadzić do porządku. Biednemu piesiowi trzeba amputować przednią łapę. Koleś mówi, że wróci za dwie godziny. Cóż, musimy się podjąć, nie ma wyboru. Zwierzu bierze się za amputację. Odpreparowuje skórę od strony łokcia i amputuje łapę na sposób anatomiczny - przecinając mięśnie łączące łopatkę z tułowiem. Robię wielkie oczy i krzyczę "Zwierzu! Coś ty narobił! Poza tym, to nie ta łapa!". Zwierzu uśmiecha się łobuzersko i stwierdza "Nie ma najmniejszego problemu. Odetniemy mu drugą i zamontujemy z przodu kółka, właściciel nie ma prawa się zorientować.".
niedziela, 9 sierpnia 2009
9 VIII 2009
Impreza klasowa
Dogadaliśmy się klasą z gimnazjum, że zrobimy sobie spotkanie klasowe. Jako miejsce wybraliśmy "salkę parafialną" w Żernikach. Jest to[oczywiście w tym śnie] budynek na planie litery L z paroma salami do zabawy, jadalnią oraz brukowanym dziedzińcem, na którym w amfiteatralnej wnęce stoi kamienny posąg. Imprezujemy na śląski sposób. Właśnie skończyliśmy jeść karminadle. Wszyscy leżą obżarci i czekają, aż nadejdą nowe siły do picia. Przy zbieraniu naczyń okazuje się, że brakuje jednego talerza. To chyba Mati nie odniósl go na stół. Szukam, wołam, niestety nigdzie go nie ma. Yakuza mówi, że widział Matiego jak wychodził na dziedziniec. Wychodzę z salki i przeszukuję wzrokiem przestrzeń. Rzeczywiście, Mati siedzi pod posągiem. Podchodzę do niego i pytam, co zrobił z talerzem po karminadlach. Odpowiada, że postawił go na okienku do zwrotu brudnych naczyń. Ty to masz fajnie - mówię - parę minut z buta i jesteś w domu, a ja muszę jeszcze na busa czekać i dopiero z Ptasiej dymać.
sobota, 8 sierpnia 2009
8 VIII 2009
I. Koń czy kot - i tak nie pomoże
Woodstock. Koncert Clawfingera. Czekamy w ścianie śmierci na znak od wokalisty. "Linią frontu" idzie Goania. Zobaczyła mnie, podchodzi i mówi: "Nie mogę ci pomóc. Jestem kotem".
II. Yo ho ho and the bottle of rum
Siedzę w kuchni z moimi "znajomymi" żeglarzami. Jutro mam jechać do Wrocławia. Pijemy rum, rozmawiamy, śmiejemy się. W pewnym momencie jeden ze znajomych bierze z półki wielką butelkę rumu, w której umieszczony jest piękny model dwumasztowca. Mówię mu, żeby nie ruszał, bo to bardzo delikatna rzecz. Odpiera, że chce tylko pooglądać. Oczywiście po chwili butelka wyślizguje mu się z ręki i rozbija o posadzkę. Model rozleciał się na części pierwsze, rum rozprysnął się na pół kuchni no i oczywiście wszędzie leży potłuczone szkło. Jestem wściekły. Składam model z powrotem i suszę go pod lampą. "Tłuczkowi" każę zmieść szkło i zetrzeć rum z podłogi, jednak on wcale się ku temu nie kwapi. Zaczynam się z nim kłócić. Do kłótni dołącza reszta owarzystwa. Kuchnia tonie w mieszaninie krzyków i emocji.
III. Pocoś Kurwa Pojechał
Wstaję rano i idę na pociąg. Muszę jechać do Wrocławia. Dzisiaj pozwolę sobie na odrobinę luksusu - pojadę pośpiechem. Wchodzę na peron. Aha, w lusterku dupsko się odbija - pociąg jest doszczętnie zawalony. Wchodzę do przedsionka. Na ławeczce umocowanej na ścianie obok drzwi do kibla siedzi moja znajoma. Mówi, że jedzie do Wrocławia i może mi zrobić trochę miejsca. Podnosi torbę z ławeczki i wrzuca ją na półkę nad nią. Siadam obok znajomej. Pociąg rusza. Z oddali słyszę kodnuktora kasującego bilety. Zaraz! Przecież ja nie mam biletu! Muszę wysiąść w Łabędach i kupić. Pociąg zatrzymuje się na stacji w Łabędach. Wysiadam z niego i idą ścieżką na dworzec. Przebiega ona przez gęsty las. Dochodzę do szczytu wzgórza. Prostopadle do ścieżki w prawo i w lewo schodzą schody. Jednymi z nich na pewno dojdę na dworzec. Wybieram te po lewej stronie. W pewnym momencie zakręcają pod kątem prostym, kończąc się na platformie. Widać z niej dworzec - wysoki budynek na planie kwadratu z czterospadowym dachem. Niestety muszę wrócić na schody schodzące na prawo od rozstaja. Schodzą one spiralnie po obwodzie kwadratu, tworząc swoisty lej. Kończą się one w otworze wejściowym w dachu dworca, gdzie przechodzą w mostek łączący wejście z szerokim gzymsem z barierką schodzącym spiralnie po wysokim filarze. Dochodzę do gzymsu. Patrzę w dół. Ładnie, od podłogi dzieli mnie jakieś dwadzieścia metrów. Nie chce mi się tyle schodzić. Będę skakał po zewnętrznej. Przechodzę przez barierkę i chwytam się jej. Zwieszam się i puszcam pręty. Łapię się barierki poziom niżej. W ten sposób pokonuję parę poziomów, gdy w pewnym momencie po zeskoku ledwo udało mi się złapać równowagę. Pieprzę. Jeszcze spadnę z dziesięciu metrów i taka będzie z tego wyprawa po bilet! Udało mi się wgramolić z powrotem na dobrą stronę barierki i grzecznie schodzę na dół. Podchodzę do kasy i kupuję bilet. Dziwi mnie to, że nie jest to wydruk, tylko bilet wypisany ręcznie na druczku, na jakim zwykle konduktorzy wypisują bilety. Cóż, jaka stacja, taki bilet. Idę na peron. Już wsiadam do pociągu, kiedy w głowie dzwoni mi dzwoneczek. Przecież ja nie mam bagażu! Nawet się nie spakowałem! Muszę wracać. Wsiadam na gapę w pierwszy lepszy pociąg do Gliwic. Wracam co prędzej do domu. Zastaję tam Qwasa i Ewkę pijących herbatę w kuchni. Mówią mi, że nie muszę się spieszyć, bo najbliższy pociąg mam dopiero za dwie godziny.
IV. Na Allegro kupisz wszystko
Przeglądam Allegro. W oczy rzuca mi się kurs zwracnia na siebie uwagi. Jako bezpłatna próbka pokazany jest filmik, na ktorym jakiś szczyl pali papierosa i krzyczy "Pożar! Pożar!"
Reszta snu umknęła przez moje poranne lenistwo i "jeszetylkopięśminut"
piątek, 7 sierpnia 2009
7 VIII 2009
I. Kulawy Vader
Woodstock. Siedzę na ziemi w pobliżu wioski piwnej i piję piwo ze "znajomymi". Podchodzi Vader o jednej kuli. Mówię mu, żeby usiadł koło mnie i napił się piwa, bo pewnie niewygodnie jest mu stać. Odpowiada, że siadać to on nie będzie, bo to bez sensu, ale piwa chętnie się napije przed koncertem.
II. (...)
III. Moszny
Jadę autobusem z dwoma dziewczynami, które rozmawiają o swoich ulubionych mosznach. Jedna z nich mówi, że moszna jej faceta aż rwie się do pracy. "Jak trzeba wnieść szafkę na piętro, to moszna aż podskakuje i zwiesza się po udach".
czwartek, 6 sierpnia 2009
6 VIII 2009
I. Samosąd w górach
Surowe, wysokie góry. Niedawno gruchnęła wieść o człowieku, który molestował małego chłopca. Trafiłem na jego trop. Siedzę przed "moim domem" - drewnianą chatą na zboczu góry. Ojciec z "Sąsiadem" drwalem wyruszyli na poszukiwanie zbrodniarza, nie ma ich już od dłuższego czasu. W końcu wracają, niosąc zmasakrowane siekierą ciało. Przychodzą Szymon z Reyem i oglądają krwawe dzieło. Podjeżdża pickup, w którym siedzi znajomy starych. Mówi, że przyjechał po ciało, głowę i zbroję przestępcy. Ładujemy wszystko na pakę.
II. (...)
III. Jezioro Łabędzie
Stoję na brzegu basenu. Zaczyna się on bardzo łagodnym rozbiegiem, który przechodzi bezpośrednio w dno. Wszystko wyłożone jest błękitnymi płytkami. Zasadnicza część basenu ma dwa metry głębokości, a przez jej środek przechodzi siatka do siatkówki. Na trybunach siedzą Opiekunowie koła chemików i kibicują mi. Puszczono muzykę - Jezioro Łabędzie rozbrzmiewa gamą wspaniałych dźwięków na cały obiekt. Rozpędzam się w stronę wody. "Płyń łabędziem!" - krzyczą Opiekunowie. Wślizguję się po dnie do wody. Zaczynam płynąć. Łabądź jest bardzo ciekawym[fikcyjnym] stylem. Trudno mi to opisać - nogi robią "wykopy", a ręce w tym czasie "nożyce", przy czym przedramiona muszą być ciągle równoegłe do tafli wody, a wszystko synchronizuje muzyka. Przepłynąłem już parę okrążeń i prowadzę. W pewnym momencie spoglądam za siebie i widzę kolesia płynącego kraulem, który właśnie mnie wyprzedza. Obejrzenie się wybija mnie z rytmu i trudno mi go dogonić. Nurkuję, żeby przepłynąć pod nim i wysunąć się na prowadzenie, ale jest za szybki. Kończę wyścig na drugiej pozycji. Ale nudna ściana - przemknęło mi przez myśl.
wtorek, 4 sierpnia 2009
4 VIII 2009
I. Okno [LD]
Całość pamiętam bardzo mgliście. Chodzę po jakimś starym domu. W pewnym momencie staję przy oknie i stwierdzam, że to sen. Mam ochotę polatać. Skupiam się z wolą wzniesienia się w powietrze...
...wywala mnie do paraliżu. Leżę w swoim łóżku. Mam ochotę spróbować zrobić z tego WILD, ale jednak coś ciągnie mnie w inną stronę. Daję się ponieść trwożnym wyobrażeniom paraliżu przysennego. Czekam na zmorę. Do pokoju wchodzi moja siostra. Wchodzi na czworakach na moje łóżko i patrzy na mnie z nienawiścią. "Ja ci, kurwa, dam >>mam mało fajek<<", mówi, "teraz pokażę ci ból". Wgryza mi się w piętę, chwyta za krocze i ściska żelazną ręką. Zaczynam wirtować, szurając po podłodze. Ból jest nie do zniesienia. W pewnym momencie zauważam, że krzyczę. Zaraz, to tylko paraliż, sam tego chciałeś. STOP! Wracam do łóżka! Uff, skończyło się, pozostał tylko paraliż. Zamykam oczy i czekam na hipnagogia. Poiawiają się od razu. Czysta geometria w wielu wymiarach. Dobra, teraz jednak pora na WILDa. Czasoprzestrzeń nabiera coraz większej głębii, wyłaniają się realne hipnagogia, już chcę się kotwiczyć, gdy wszystko rozpływa się powoli tracąc wszystkie wymiary po kolei. Co jest?! No tak, dopiero 3:30 - pierwszy REM trwa około dziesięciu minut...
II. Znikająca dziewczyna i tarta hawajska
Jestem w kuchni w moim domu. Jest już wykończona - kafelki położone, ściany pomalowane, meble na swoim miejscu. Siedzę po turecku na podłodze. Czuję chłód płytek. Obok mnie siedzi rudowłosa dziewczyna z niesamowitymi smutnymi niebieskimi oczyma. Włosy ma splecione w dwa warkocze sięgające ramion. Jest piękna. Tak piękna, że trudno to opisać. Rozmawiamy. Wchodzi mama i mówi, że obiad jest już gotowy i zaraz go przyniesie. Odwracam się z powrotem do dziewczyny, ale jej już nie ma. Wchodzi ojciec i siada do stołu. Wstaję i zajmuję miejsce obok niego. Mama podaje kolejne dania. Jest ich bardzo dużo. Obżarłem się do tego stopnia, że nie jestem w stanie zjeść już niczego. Mamamówi, żebyśmy zrobili przerwę na kibel w celu zrobienia sobie miejsca na deser. Pytam się, co to będzie za deser. "Tarta hawajsko-czekoladowo-pomarańczowa" - odpowiada mama. W tym momencie przypominam sobie, że widziałem kilka torebek "mega porcji turbo budyniu czekoladowego" i wiem już, że właśnie to będzie na deser.
All of which are american dreams
Pierwszy sen na Woodstocku przyniósł mi trochę zapamiętanych snów, potem było jak zawsze na tego typu bibach.
I. Hawaje
Impreza na hawajach - plaża, morze, kobiety tańczące hula, drinki z palemką. Żyć nie umierać.
II. Nie żartuj z Lorda Voldemorta
Wracamy z tańców. Jadę w uno z Ziotrem i paroma "znajomymi". Siedzę w aucie na tylnym siedzeniu na środku i gram na gitarze, cicho śpiewając. Szyba jest uchylona. Przejeżdżamy obok jakiegoś wieżowwca, z okna którego wychyla się Szymon. "Majka to przynajmniej umiała głośno grać i śpiewać" - woła. "Spadaj" - bardzo adekwatnie do sytuacji odkrzykuję. Wjeżdżamy między wieżowce. Zio jedzie bardzo szybko, a ja z przerażeniem obserwuję zbliżający się łącznik.
-Uważaj, łącznik!
Zio ze śmiechem wchodzi w piękny drift i zatrzymuje się parę centymetrów od niego. Wysiadamy z samochodu i zmirzamy do mieszkania Ziotra. Jest z nami jeden nowy członek bractwa, więc oprowadzam go po mieszkaniu pokazując różne sprzęty związane z rekonstrukcją historyczną. Dochodzimy do trebusza. Jest trochę rozwalony, a usterki naprawione są różnymi współczesnymi elementami - tu sznurek od snopowiązałki, tu pałąk od wiadra. Pokazuję mu, jak się tego używa. Naciągam linę, ramię opada. Sieć jest gotowa do załadowania.
-W tym momencie ktoś włazi do sieci. Stary, ale piękne loty są po wystrzale! Nawet Lord Voldemort tak nie potrafi!
Wchodzi parę osób, zaczyna rozkręcać się impreza. Pijemy, śmiejemy się. Parę razy głupio żartuję z Lorda Voldemorta. Pukanie do drzwi. Czy to nie Voldemort? Ogarnia mnie strach. Nie, to tylko parę osób dołącza do imprezy. Znowu żarty, znowu pukanie, znowu Phobos puka do drzwi. Wchodzi parę osób. Są mokrzy od stóp do głów od deszczu. Wchodzą posępnie i dołączają do reszty. Po chwili słyszę paniczne, bardzo szybkie pukanie. Otwieram drzwi. Na korytarzu jest parę osób. Kulą się z przerażenia w kącie. Zbliża się do nich Jeż w hawajskiej koszuli. Usta i brodę ma całe we krwi. To musi być robota Fernira Greybacka. Obok jeża stoi dziki, szary pies.
-Ratuj mnie - krzyczy głosem Skałki.