niedziela, 23 sierpnia 2009

22 VIII 2009

Dzisiaj chyba zaczęło działać Silene capensis. Afrykański korzonek rzeczywiście wyostrza sny i poprawia ich jakość. Mimo, że poszedłem spać lekko zawiany, sny pamiętam bardzo dobrze, a efekt tego możecie zobaczyć poniżej. Dzisiejszy poziom abstrakcji powala.

I. Robotnik i Jason

Jestem w pokoju u Michasi. Pokazuje mi zaproszenie na imprezę urodzinową naszego "znajomego". Z treści wynika, że trzeba się stawić w jakimś kretyńskim wdzianku. Od razu staje mi przed oczami strój robotnika z kaskiem, który mam w komórce Wychodzę z pokoju Michasi i trafiam prosto do przedpokoju w moim domu. Wchodzę po schodach i otwieram komórkę. Ściągam przebranie robola ze stojaka, na którym było powieszone i ubieram go Okazuje się, że poza koszulą, kaskiem, kombinezonem i kurteczką w jasktawych barwach, strój zawiera parę elementów najmniej oczekiwanych w ekwipunku pana Zenka z dźwigu. Na wyposażeniu jest kamizelka kuloodporna, pas nerkowy - również nieprzepuszczalny dla naboi, kevlarowa siatka chroniąca ciało od bioder po szyję z rękawami włącznie oraz pas na naboje z kaburą do złudzenia przypominający szaszetkę na pasku. Olewam Jamesowo-Bondowe gadżety i po prostu przebieram się za Heńka z budowy, powstrzymując ochotę na doklejenie sobie z tej okazji idiotycznych wąsów. Wyglądam zaiste kretyńsko, czyli wpasuję się w tematykę imprezy. Jadę do "kumpla". Mieszka on na dziewiątym piętrze w jakimś wieżowcu. Wjeżdżam windą na górę i dzwonię do drzwi. Otwierają mi ludzie w debilnych przebraniach. Impreza rozkręca się. Kolejny dzwonek do drzwi. Wchodzi ubrany na czarno koleś w masce hokejowej z maczetą w dłoni. "Haha! Ale zajebiste przebranie Jasona! Kto tam pd tą maską?". Zamiast odpowiedzieć, przybysz zdejmuje maczetą górną część głowy solenizanta. Kurwa! To jest PRAWDZIWY Jason["Piątek, trzynastego"]! Ludzie zaczęli panikować, co bardzo pasowało psychopacie. Szlachtuje ludzi maczetą, wyrzuca przez balkon. Trwa krwawa jatka.

II. Mafia

Wkładam na siebie idiotyczny strój robola - tym razem już ze wszystkimi elementami. Gdy kończę się ubierać, do mojego domu wczodzą mafiosi poubierani w garnitury z lat sześćdziesiątych. Od razu chwytają "mojego brata"[nie mam brata] i zatykają mu usta, żeby nie mógł wydać z siebie dźwięku. Zabierają go do komórki-garderoby, a mnie każą wejść do drugiej komórki. Na dole są rodzice, a ja mam się zachowywać cicho, tak, żeby nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Moim zadaniem jest nabijanie im strzykawek tajemniczymi płynami, które wstrzykują mojemu bratu. Zużyte igły mam wrzucać do pudełka, które leży przede mną. Jest to biały kartonowy sześcian z owalną dziurą w jednej ze ścianek. Zaczyna już brakować miejsca na następne igły. Żeby tylko starzy tego nie zobaczyli...

III. Wenecja, wróżba i bar mleczny

Płynę kanałami jakiegoś polskiego miasta udającego Wenecję. W łodce siedzą ze mną Marta, Marzena, Ela i Cieplak. Łódka ma pewną ciekawą właściwość. Jeżeli ktoś pragnie się odłączyć, łódka dzieli się na dwie - jedną większą, podążającą starym kursem i jedną mniejszą, sterowaną przez osobę chcącą płynąć gdzie indziej. W pewnym momencie Marzena odłącza się od grupy i płynie do wietnamskiej knajpy. Cieplak w tym czasie opowiada o tym, że jak chce się zszyć dwie torby, to należy użyć ćwieków, bo inaczej się rozleci. Marzena wypływa z knajpy i rzuca mi świstek papieru wyglądający jak wróżba z ciasteczka. "To moje ulubione pismo" - wołam ucieszony i łapię karteczkę. Rozwijam ją, a tu zamiast wróżby na wąskim pasku rozwijam kartkę A4 z informacją, że cennik uległ zmianie i podane są nowe ceny. Płyniemy dalej. Na szybie jakiegoś sklepu zauważam ten sam cennik, a pod nim ramówkę stałych imprez w tygodniu zapisanych w śmieszny sposób łamaną polszczyzną przy użyciu angielskiej pisowni. Smiejemy się do rozpuku. Coś mi zaczęło w brzuchu burczyć. Marta też jest głodna i postanawiamy odłączyć się od grupy i pójść coś zjeść. Odpływamy nowo powstałą łodką i dobijamy do brzegu. Idziemy jakąś ulicą, aż wreszcie trafiamy do baru mlecznego "Miś". Marta od razu zauważa, że pizze są tu dużo mniejsze niż zawsze. Rzeczywiście. Formy są śmiesznie małe. Zamawia obiad, który od razu podaje jakaś pani stojąca przed ladą przy garach-termosach. Nie mogę się na nic zdecydować. Wszystko jest za drogie oprócz ruskich, a na nie nie mam ochoty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
monitoring pozycji