Z powodu lekkiego, lecz denerwującego załamania pamięci oraz faktu, że z dzisiejszej nocy pamiętam tylko jeden sen, który i tak widniał by tu jako "(...)", postanowiłem opublikować pewien sen, który przyśnił mi się kiedyś, jak mieszkałem na Kozanowie. Było to jakieś półtora roku temu, kiedy to anatomia była moim największym koszmarem, dostawaliśmy ze Zwierzem do głowy od nauki, nie słyszałem jeszcze o świadomym śieniu i nawet nie myślałem, że mogę pamiętać tak wiele snów. Ten jednak ciągle pamiętam bardzo wyraźnie.
Chirurgiczna wpadka
Jesteśmy ze Zwierzem w lecznicy dla zwierząt. Jest to dziwne miejsce: platforma z rozpiętym nad nią dachem, bez ścian, a prowadzą do niej bardzo długie schody z zieloną poręczą poprowadzoną przez środek. Wet gdzieś pojechał, zostawiając nas samych i powiedział, że mamy sobie radzić, ktokolwiek z czymkolwiek by nie przyszedł. Podjeżdża jakiś samochód. Wysiada z niego facet, który wyjmuje z tylnego siedzenia sporego psa, bierze go na ręce i niesie do lecznicy. Zbiegam po schodach, żeby mu pomóc, bo pies jest olbrzymi. Oczywiście musiałem się potknąć i runąć na schody. Zaczynam się z nich staczać.Łapię poręcz i cały obolały podnoszę się. Gość mówi, że lepiej sam już wniesie pieska, a ja mam się doprowadzić do porządku. Biednemu piesiowi trzeba amputować przednią łapę. Koleś mówi, że wróci za dwie godziny. Cóż, musimy się podjąć, nie ma wyboru. Zwierzu bierze się za amputację. Odpreparowuje skórę od strony łokcia i amputuje łapę na sposób anatomiczny - przecinając mięśnie łączące łopatkę z tułowiem. Robię wielkie oczy i krzyczę "Zwierzu! Coś ty narobił! Poza tym, to nie ta łapa!". Zwierzu uśmiecha się łobuzersko i stwierdza "Nie ma najmniejszego problemu. Odetniemy mu drugą i zamontujemy z przodu kółka, właściciel nie ma prawa się zorientować.".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz