poniedziałek, 23 listopada 2009

22 XI 2009

Ucieczka z kotami

Uciekam gdzieś ze starymi. Ukrywamy się. Przemieszczamy się z kościoła do kościoła, by wraz z naszymi czterema kotami kryć się w ciemnych zakamarkach. W pewnym momencie lądujemy u znajomych w Krakowie. Po wejściu do ich mieszkania przechodzi się przez korytarzyk, do którego uchodzą gazy spalinowe z pieca, więc należy oddychać przez szmaty. Możemy nocować u nich. Śpię w jednym z pokoi z kotem, który przypomina tchórzofretkę. Jest dość agresywny, ale da się to przeżyć. Później znajdujemy schronienie w jakimś kościele. Śpię w szafie, a w telewizji puszczają film, w którym jednym z głównych bohaterów jest Nergal.

Jaranie i pokoje

Jestem w jakimś ośrodku wczasowym z Mojżeszem i kilkoma „znajomymi”. Mojsy stary przyniósł nam jakieś roślinki do jarania, a ja kupiłem w Dopalaczach jakiś dodatek do tego – rzekomo poprawiający smak oraz działanie. Łazimy po ośrodku szukając miejsca, gdzie możemy to spalić oraz samych ziółek, które wiecznie się gubiły. W końcu znaleźliśmy odpowiedni pokój. Gdy już mamy zacząć jarać, do pokoju wchodzi jakaś kobieta z kuflem pełnym herbaty. Mówi „O, przepraszam i wychodzi zostawiając herbatę na podłodze. Podnoszę kufel i zanoszę właścicielce. Wreszcie możemy spokojnie zajarać.

Pojedynek

Jestem na wakacjach nad jeziorem. Idę ze znajomymi nad wodę na konkurs skoków do wody. Płyniemy na drugi koniec jeziora, gdzie mają odbyć się zawody. W pewnym momencie atakuje mnie kaczka. Nurkuję. Płynę blisko dna, obserwując glony w jasnym świetle słońca. Wynurzam się na plaży, gdzie stoi budka z różnymi przekąskami. Zamawiam gofra z dżemem malinowym i bitą śmietaną. Po chwili dostaję go. Jest wyśmienity – zamawiam drugiego, ale muszę już na niego zaczekać. W tym czasie zaczyna się strzelanina. Jakiś koleś w brązowym garniturze, ciemnych okularach z włosami zaczesanymi na brylantynie mówi mi, żebym wracał do miasta drogą lądową, bo zaraz zacznie się sztorm i powrót wodą będzie niemożliwy. Idę w stronę baru. Dostaję tam złote pucharki z zielonymi gobbosami[takimi jak w grze Croc, ale zielonymi]. W tym momencie ląduję w jakimś wielkim kamiennym pomieszczeniu. Mam pokonać jakąś monstrualną bestię, która jest dwa razy wyższa ode mnie. Chowam się za kolumnami przed jej pociskami, po czym uciekam do pomieszczenia obok. Gdy wracam , do bestii dołącza jeszcze dwóch wrogów, stoją w szpalerze i strzelają do mnie. Zabijają mnie. Sytuacja się powtarza, znowu, bestia, pokój obok, dwóch nowych i śmierć. Znów jestem sam na sam z bestią. Biegnę do pomieszczenia obok. Widzę wąski korytarz. Wiem, że wychodzi on wprost na zaczajoną bestię. Mam jeden pocisk do railguna. Mierzę w korytarzyk i strzelam. Wybiegam z pomieszczenia. Oczywiście do bestii dołączyli koledzy. Chowam się za filarem. Wybiegam. „Wykres kołowy” z liczbą punktów życia bestii wskazuje na to, że pocisk z railguna trafił, gdzie miał. Rżnę z karabinka, aż potwór pada. Ląduję na jakimś strychu, gdzie czeka na mnie skrzynia ze złotymi pucharami wypełnionymi zielonymi gobbosami.

czwartek, 19 listopada 2009

19 XI 2009

Kolejne próby lotu [LD - DILD]

Zmęczony po średnio przespanej nocy postanowiłem wrócić po pierwszych zajęciach do mieszkania i przespać się ze dwa cykle. Zasypiając postanowiłem skorzystać z techniki "Energia LD" - wyobraziłem sobie kulę niebieskiej energii, która wisi nade mną, a ja wciągam ją przez nos z każdym wdechem. Miała mi ona dać świadomość. Następnie "wessałem" następną kulę - czerwoną, dającą kontrolę. Później odpłynąłem. Początku snu nie pamiętam.

... schodzę po schodach w moim domu w Żernikach. Już po zejściu na pierwszy stopień od góry, przemknęło mi przez myśl "to jest sen". Zatykam nos i robię wdech. Uczucie jest na tyle ciekawe, że chwilę tak postałem i pooddychałem przez ściśnięty nos. Schodzę do kuchni i od razu kieruję się do drzwi do ogrodu. Tata mówi, żebym nie wychodził, bo jest zimno. Rzeczywiście - na dworze jest śnieg. Mówię, że mnie zimno nie będzie, bo to przecież mój sen. Starzy zareagowali "taa, jasne". Dla własnej satysfakcji postanowiłem im pokazać, że to jednak sen. "Patrzcie - piszę na zielono" - odparłem i zacząłem smarować palcem po gazecie. Początkowo nie było żadnego efektu, lecz po chwili pojawił się kolor - najpierw dość słaby, później przechodząc w soczystą trawiastą zieleń. Porysowałem przez chwilę szlaczki palcem. Idę do dużego pokoju. Jak mam latać, to muszę to robić ze stylem. Rozbieram się do gaci i zaczynam wirować z intencją pojawienia się na mnie stroju Batmana. Zatrzymuję się, jednak dalej stoję w samych batkach. Nie zrażam się i wiruję dalej. Tracę równowagę i wywijam orła. Kostiumu dalej nie ma na mnie, więc wizualizuję sobie go "na sobie" i zamykam oczy. Gdy je otwieram, już mam na sobie hawajskie ciuszki Batmana. Biegnę do drzwi do ogrodu, przy okazji zauważając, że maska wyszła mi troszkę za duża i telepie mi się na twarzy. Wybiegam na ulicę i skaczę. Ląduję płasko na asfalcie. Rozpędzam się jeszcze raz i skaczę wyżej i ląduję na asfalcie parę metrów dalej niż poprzednio. Przede mną na ulicy jest drabinka. Wchodzę na nią. Mimo, że jest metalowa, "faluje" jakby była z gumy. Dobra, jestem na szczycie. Wybijam się najmocniej jak umiem, po czy ląduję na asfalcie jeszcze bardziej twardo. Dobra, z latania nici. W tym momencie czuję, że testosteron zaraz rozsadzi mi żyły...

środa, 18 listopada 2009

18 XI 2009

Dawno nie miałem żadnego koszmaru(i dobrze - nie tęskniłem za nimi). Dzisiejszej nocy niestety nawiedził mnie jeden z nich.

Wesołe Święta Bożego Narodzenia

Jest Wigilia. Siedzę ze starymi w dużym pokoju. Nagle do domu wpada dwóch kolesi w kamizelkach i kaszkietach. Dzierżą w dłoniach kije baseballowe. Mój stary walczy z nimi i każe mi uciekać. Biorę laptopa pod pachę i wieję do Mojżesza. Wybiegam z domu i widzę, jak wylatują z okien szyby. Po drodze przebiega mi przez myśl, że to jest przecież sen. Biorę laptopa i włączam go, żeby sprawdzić, kogo mogę odwiedzić. Wchodzę na psajko.fora.pl. Na liście HipnoDreamers jest niejaki Królik, ale niestety drzwi ma otwarte tylko dla Psajko, Johnego i Risthaliona, więc go nie odwiedzę. Muszę uciekać. Idę do Darka. Jest ciemno jak cholera. Latarnie nie działają. Idę przez boisko. Czuję zapach palonych liści. Coś chwyta mnie za rękę. To wielki czarny bokser. Próbuję wyjąć dłoń z jego paszczy. Zaraz! To jest przecież sen!
Czuję łóżko pod plecami. Przed oczami cały czas mam powidok z ostatniej sceny snu.

poniedziałek, 16 listopada 2009

16 XI 2009

Miałem dość intensywny weekend z dużą ilością etanolu, więc sny pamiętam tak średnio. Dość wesołe były moje dzisiejsze akcje VILDowe, więc uraczę bądź znudzę Was ich opisem.

I. Fałszywe przebudzenie i sen we śnie.

Budzę się w swoim łóżku. Słyszę ruch i widzę, że na łóżku Błażeja właśnie przebudził się Psajko [spał tam rzeczywiście, ale nie pamięta tej akcji, więc na pewno było to fałszywe przebudzenie]. Mówię mu, że jak już testujemy temat MLD, to może spróbujemy wspólnie poVILDować na jednej wizualizacji. Reaguje na to z entuzjazmem, więc opisuję mu wiejską aleję. Idę po udeptanej szerokiej ścieżce z rzędami drzew po obu stronach. Po prawej idzie Psajko. Idziemy. Czekam na zakotwiczenie we śnie. Cały czas czuję łóżko ale obraz bardzo się wyostrzył i zaczynam słyszeć z oddali śpiew ptaków. Dobra, chcę wiedzieć, czy on widzi to samo i zatrzymuję się przy jarzębie z wielkimi kiściami czerwonych owoców. Pytam go, co to za drzewo. Odpowiada, że dąb. Kurde, coś nie działa. Może po właściwym zakotwiczeniu będą wspólne elementy. Idę aleją, a świadomość odpływa.

II. Hipnowarsztaty

Budzę się i wizualizuję sobie korytarz budynku, w którym mieliśmy warsztaty prowadzone przez Psajko. Widzę wszystkich uczestników warsztatów siedzących na dziwnych półkolistych ławkach. Coraz ostrzej i wyraźniej. Zaraz będę po stronie snu. Podchodzę do Psajko i gestem pokazuję mu, żeby wciągnął mnie za fraki do snu. Mówi, że nie rozumie mnie i mam mu to powiedzieć. Nie chcę mówić, bo wiem, że wytrąciłoby mnie to do jawy. Jestem już tak blisko. Jedno szarpnięcie i będę w świadomym śnie. [jakiś bodziec z zewnątrz, nie pamiętam, co dokładnie] wyrywa mnie z objęć Morfeusza.

piątek, 13 listopada 2009

11 XI 2009

Vader i policja

Jestem u siebie w Żernikach. Wychodzę z domu i idę w stronę sklepu, lecz w środku nie ma sklepu, tylko laboratorium. Jest w nim Marta i właśnie przeprowadza jakiś eksperyment. Gadam z nią chwilę, po czym wracam do domu. O dwudziestej pierwszej idę sprawdzić, jakie wyszły jej wyniki, ale lab jest pusty i zamknięty. Dobra, wracam do domu. Tym razem pójdę Gdyńską. Podjeżdża do mnie radiowóz. Każą mi wsiadać. Mówią mi, że Vader i [jakiś inny deathowy zespół, niestety nie pamiętam, jaki] są podejrzewani o rozprowadzanie legalnych, ale nie do spożycia pre-drugów. Tymczasem śledzimy jakichś typków, których niedawno wypuścili z więzienia. Dojeżdżamy na przystanek nocnych pod dworcem PKS we Wrocławiu. Jest tu cholernie tłoczno i śledzeni szybko giną w tłumie. W środku budynku dworca znajduje się targowisko. Przechodzimy przez ukryte drzwi i wchodzimy na dołek. Przeszukują mnie i niczego nie znajdują. Wiem, że zaraz przyjadą przeszukać mój dom, więc od razu wsiadam w autobus i wracam. Wbiegam do domu i pędzę na górę. Przy komputerze leży moje Silene capensis i Entada rheedii. Wybiegam z domu i biegnę do żywopłotu koło gruszy. Wyrzucam rośliny za płot do sąsiada. Niestety rzuciłem tak, że widać je z mojego ogrodu. Odwracam się. Zza prześcieradła powieszonego na sznurze na pranie wychodzi gliniarz. Na pewno to widział.

10 XI 2009

I. Oparzenie

Jestem w szkole na lekcji plastyki. Moim zadaniem jest narysowanie ołówkiem konia. Rysuję, ale idzie mi to kiepsko. W końcu muszę utrwalić moje koniopodobne coś przypalając kartkę płomieniem świecy. Robię to po raz pierwszy i bardzo ciekawi mnie, czy podgrzany grafit będzie dalej gorący. Przykładam dłoń do kartki. Parzę się w mały palec u ręki. Boli jak cholera. Wybiegam ze szkoły prosto na Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu. Wiem, że starzy mają jakoś niedługo przyjechać. Widzę ich. Idą w moją stronę chodnikiem. Wchodzimy do jakiegoś budynku. Długi ciemny korytarz. Na jego końcu znajduje się małe obskurne pomieszczenie z łóżkiem. Jest tam Don Padre. Każe mi się położyć i nacina brzeg oparzenia, po czym opatruje mi ranę. Mówi, że zawsze był dobry w chirurgii. Wychodzimy. Mama jest bardzo zdenerwowana. Na zewnątrz jest już ciemno. Starzy wsiadają do lanosa. Mama cofa i dość mocno uderza w samochód stojący za nią. Z piskiem opon rusza i wyjeżdża na ulicę. Pod prąd. Biegnę i macham, żeby zawróciła.

II. Biofizyka

Siedzę w jakiejś szkolnej sali. Są tam ludzie z moich klas z całego przekroju mojej edukacji. Trwają zajęcia z biofizyki. Prowadzi je moja matematyczka z liceum i właśnie kreśli na tablicy schemat odbicia światła od powierzchni roztworu. Wektory układają się w czworokąt. Podchodzi do mnie Wika z wymazówką i mówi, że musi zbadać mnie na obecność leptospir. Wyciąga patyczek z probówki i bardzo mocno przyciska mi go do worka spojówkowego. Boli. Siadam do stołu i próbuję wykonać ćwiczenie. Specjalna aparatura wysyła promień światła na powierzchnię roztworu glukozy, po czym daje wyniki pomiarów. Niestety za cholerę nie chce wyjść mi poprawny kąt.

czwartek, 12 listopada 2009

(Mam nadzieję, że tym razem trwała) Reaktywacja

Po długiej nieobecności reaktywuję bloga. Silene capensis i Entada rheedii robią swoje i znowu zaczynam pamiętać sny. Póki co, to wrzucę pojedyncze zaległe.

29 X 2009
Impreza u Szymona

Siedzę przy stole w garniturze. Obok mnie siedzi Szymon, a naprzeciwko - prezydent Gliwic. Szymon odwraca moją uwagę, po czym łapiąc mnie za czoło odchyla głowę do tyłu mówiąc "śpij". Od razu wpadam w głęboki trans. Chwyta mnie za włosy i zaczyna ciągnąć po podłodze. Na szczęście po chwili udaje mi się samemu wyjść z transu i uwolnić się z chwytu Szymona. Idę do kibla. Wszyscy tam są i palą. Jest tam jeden gość, którego nie lubię. Próbuję go zahipnotyzować, ale niestety nie udaje mi się to. Wychodzę na balkon. Pada deszcz. Niefrasobliwie leję przez barierkę. Słyszę czyjś paniczny krzyk: "Nie lej, bo zalejesz Rutkowskiego!".

6 X 2009
I. Najlepsze enzymy od Nestle

Jestem w labie na biochemii. Mam zrobić restrykcję mojego plazmidu. Biorę wielką puchę Nestle Ricore i zaglądam do środka. W środku znajdują się enzymy w postaci czekoladowych pasków nutelli. Mam ciąć NcoI, ale niestety zostało już tylko troszkę na łyżeczce. Podchodzi Krzysiek i odkleja pasek z folii aluminiowej, pod którym znajduje się następna czekoladowa porcja restryktazy. Uff. Jednak będę mógł pociąć plazmid...
... stoję z Przemkiem przed aparatem do elektroforezy, który jest całkiem zasyfiony. Przemek mówi, że wie, jak go oczyścić, żeby zdjęcia były idealne, bo teraz wychodzą brzydkie.

II. Petardy

Jestem z Kamilą i Błażejem w jakimś sklepie z petardami. Kamila chce kupić petardę z opóźnionym zapłonem, która daje wielki huk, ale tylko pojedynczy wybuch. Strasznie wybrzydza. Proponuję "achtunga", ale Kamili się nie podoba, bo ma opóźniony zapłon. Błażej mówi, że nie dostanę tych petard do ręki, bo sobie krzywdę zrobię. Obrażony puszczam mu różne filmiki z detonacji.

niedziela, 25 października 2009

25 X 2009

I. (...)

II. Stypendium

Siedzę na sali wykładowej. Zaraz mają ogłosić, kto dostanie stypendium. Kamila mówi, że nie widziała mnie na liście. Patrzę na tablicę i widzę powieszone listy. Na samej górze jednej z nich, spod czarnej taśmy izolacyjnej, którą lista została przyklejona, wyłania się ...rek Chad... Na dole jest moja polonistka z liceum. Patrzę na nią i pokazuję palcem kartkę. "Marek Chadalski? Chodź ze mną" - woła. Wychodzimy z sali i schodzimy schodami w dół. Jesteśmy na moim wydziale. Mijamy dziekanat. Polonistka mówi mi, że mam średnią 4+. Wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia, które również wygląda jak sala wykładowa - w dół zbiegają rzędy ławek, a na dole jest mównica i tablica. Z tyłu są szafki. Polonistka otwiera jedną z nich. Wyciąga jakąś plastikową koszulkę[taką do segregatora], w którym jest jakiś zabytkowy walkman z parą olbrzymich słuchawek. Poza tym, w koszulce są matury. Jedna z nich jest moja. Przeglądam. Całkiem nieźle napisałem. Podchodzą do mnie matematyk i historyk i gratulują mi wyników. Odkładam arkusz na miejsce, wkładam walkmana i słuchawki w celu zamaskowania zawartości koszulki i chowam ją na miejsce. Wychodzę z sali. Wchodzę do...
...dużego pokoju u mnie na stancji. Właśnie lecą wieczorne wiadomości na jedynce. Właśnie gada jakaś ruda prezenterka. Niezła jest. Za nią na półeczce stoi oprawione w ramkę jej zdjęcie. Zapowiada jakiś absurdalny program o jeszcze dziwniejszej nazwie[tego niestety nie pamiętam]. Zaraz po niej jakiś facet ogłasza koniec i wiadomości się kończą.

sobota, 24 października 2009

24 X 2009

I. Pizza i babcia

Jestem w okolicach dworca w Gliwicach. Idziemy z Martą i Kamilą na pizzę. Widzimy pizzerię w małym budyneczku, jednak pizze tam są małe i drogie. Kawałek dalej jest niepozorna pizzeria, gdzie pizze były zdumiewająco tanie i z dużą ilością dodatków - głównie warzyw grillowanych w opiekaczu, jakiego używa się do podsmażania bułek na kebaba. Zjedliśmy. Idę do babci. Zaraz obok bloku babci wypada mi z kieszeni długopis i wpada do brudnej kałuży. Gdy dzwonię domofonem, proszą mnie o hasło.

II. Znowu hipnoza i trudne słowo

Wchodzę na schody wyglądające jak te w mojej klatce na Kozanowie. Idę na ćwiczenia z fizjologii.Po drodze na jedenaste piętro spotykam doktorkę, która mówi mi, że dzisiaj będzie parę minut wolnych na koniec zajęć, to nam opowie o hipnozie.
-Mogę poprowadzić zajęcia praktyczne o hipnozie - odpowiadam.
-Jakiej hipnozie?
-indukcje błyskawiczne zajmujące parę sekund.
-Reglamentacja twojego zapytania pozwala mi być skłonną do zgody.

III. Pizza i babcia II

Idę do babci w celu wręczenia kwiatów ciotce, która tam przyjechała. Idę schodami w górę. Mijam blachę z odkrojonymi brzegami pizzy. Wiem, że babcia jest u sąsiadki na pierwszym piętrze, więc udaję się tam. Babcia właśnie piecze pizzę dla siebie na obiad. Pokazuję jej kwiaty dla ciotki. Babcia mówi, żebym je ładnie zapakował. Zawijam je w ozdobny papier i odrywam jego nadmiar. Pytam, z jakiej okazji mam wręczać te kwiaty. Znacząco pukając się w głowę, babcia mówi mi, że ciotka wychodzi za mąż. Mówię, że mogę zanieść babci pizzę do domu. Biorę talerz i wychodzę z mieszkania...

...na ulicę Gdyńską. Jest noc. Podjadam pizzę po drodze, a wyżarte miejsca "maskuję" naciągając na nie gorący ser żółty. Szukam domu babci, ale nie mogę go znaleźć. Wiem, gdzie on jest, ale widzę tam tylko domy sąsiadów. Idę do domu. Przy otwartej bramie stoi mama. Mówię jej, że nie mogę znaleźć domu babci. W tym momencie zza rogu wychodzi Marzena. No tak! To dla niej babcia piekła tą pizzę. Marzena podchodzi do mamy i wita się z nią. Odwracam się w jej stronę i wyciągam rękę z blachą.

wtorek, 20 października 2009

I znowu parę urywków

Ciągle pracuję nad pamięcią snów i snami świadomymi, jednak w tym momencie mam małe załamanie w tej kwestii. Dzisiaj planuję małe WBTB, co powinno zaowocować świadomym snem, a póki co, opublikuję parę urywków z ostatniej serii. Daruję Wam raczej sny o hipnozie, którymi już zwracam, za to wrzucę dwie absurdalne opowiastki z innej półki.

18 X 2009
Spać jak baranek(na rożnie)

Siedzę na biochemii i mam mnóstwo roboty. Robi się powoli ciemno, aż w końcu zapada noc. Wreszcie udaje mi się skończyć robotę. Muszę złapać choć trochę snu, bo jutro czeka mnie bardzo ciężki dzień. Gaszę wszystkie światła i udaję się do socjalnego, gdzie znajduje się łóżko. Jest w nim zainstalowane jakieś dziwne urządzenie. Wygląda jak wielki stalowy wałek na powierzchni materaca z niknącą w skrzyni maszynerią. Kładę się, a walec zaczyna się obracać powodując, że obracam się wzdłuż długiej osi ciała w kierunku przeciwnym do ruchu walca. Czuję się, jakby obracali mną na rożnie.

20 X 2009
Antena i elektryczność w różnych postaciach

Miałem z ojcem wymienić antenę. Poszliśmy do sklepu i kupiliśmy najzwyklejszą siatkową. Wracaliśmy przez jakieś łąki. Słupy wysokiego napięcia wskazywały niebo, stojąc w równym rzędzie. W górze widniały burzowe chmury. Na horyzoncie widzieliśmy pioruny przecinające raz po raz ołowiane chmury. Widziałem idący od ziemi ładunek w postaci przeźroczystej smugi, a następnie błyskawicę powracającą tą drogą. Po powrocie do domu mierzyliśmy z Mojżesza ojcem piwnicę. M. in. na podstawie długości cienia[piwnica była pozbawiona okien] ustaliliśmy, że zmieściłyby się tam nawet słupy cynkowe[czymkolwiek by one nie były]. Ściągam izolację z kabla od anteny, kiedy wchodzi mój stary i mówi:
-Nie powiedziałem Frankowi, że bierzemy telewizor, ale nie zakładamy anteny.

niedziela, 11 października 2009

11 X 2009

Jest lepiej - miałem dzisiaj 3 pobudki, których nie wykorzystałem tylko przez lenistwo i zmęczenie snami o hipnozie :P. No i próby MILDa.

Wilkołak i Quake

Jestem na jakiejś wycieczce z Mojsą, Matim i Podziemem. Płyniemy rzeką w jakiejś łódce, która mimo, że wygląda, jak jacht żaglowy, nie ma żagli(ale ma "miejsce na maszt") i musimy pagajować. Dobijamy do brzegu, gdzie stoi nasza furgonetka, do której chowamy wszystkie ważne rzeczy. Mati idzie spać w furgonetce, a reszta rozbija namioty. W nocy budzi mnie jakiś szmer. To wygłodniały wilkołak przyszedł na żer i atakuje oczywiście mój namiot. Jakimś cudem udało mi się przegonić stwora, ale niestety poważnie rani mnie w ramię. Bandażuję rękę i idę spać dalej. Rano wszyscy radzimy, czy wiosłować znowu, czy może burłaczyć. Dochodzimy do wniosku, że lepsza jest jednak druga opcja. Pakujemy ostatnie rzeczy, kiedy Mojsa proponuje, żeby jeszcze na koniec zamłócić w "Kłeja". Siadamy przy laptopach i odpalamy Quake'a III Arena. Ja jeszcze ustawiam na kompie punkt docelowy pociągu - "Ustka Mała". Gdy już wchodzę do gry, krwawa jatka już trwa. Ląduję koło Podziema, który pokazuje mi, że jak tylko wyjdzie się na najbliższą półeczkę skalną, to od razu kamperzy walą z ukrycia. Wyskakuje, żeby się tylko pokazać i od razu po jego cofnięciu się, powietrze wypełnia deszcz ognia. Wali przed siebie z bazooki, kamperski atak powtarza się i zaraz za salwą Michał wychodzi na półkę i otwiera ogień. Ginie bardzo szybko rozerwany rakietą. Odwracam się i idę korytarzem, i na przywitanie dostaję rakietkę z bazooki i szynę z railguna. Respawnuje mnie w miejscu największego zamieszania, uzbrojony tylko w karabinek. Przeciwnicy przy pomocy plasmagunów i bazook rozwalają mnie w trymiga. Dobra, zmieniamy planszę. Leżę w jakimś kopalnianym chodniku na torach z karabinkiem w dłoniach. W pomieszczeniu obok są wszyscy przeciwnicy. Walę do nich z karabinku. Wybiega Mojsa. Pakuję mu serię w klatę, ale nie robi to na nim żadnego wrażenia, wręcz przeciwnie - śmieje się jak wariat. i wraca do pomieszczenia, z którego przyszedł. Wbiegam za nim i zauważam, że do gry dołączyła anglistka - stoi za szybą we wnęce. Strzelam do wszystkich, ale nic im się nie dzieje. Podziem wyciąga rakietnicę i zagania mnie do mojego korytarza, po czym wali w strop. Uskakuję przed spadającymi kawałkami sufitu. Reszcie skończyła się amunicja. Mati wybiega na mnie wymachując piłą i atakuje. Krzyczę, żeby dał mi jeszcze zmienić miejsce docelowe na "Pasieki Wielkie". Tarcza piły zagłębia się w moją klatkę piersiową.

sobota, 10 października 2009

10 X 2009

Jakąś kiepską wydajność osiągam ostatnimi czasy... Pamiętam urywki, nawet całe sny, ale raczej nie ma czym się chwalić.

Hipnoza po raz n-ty

Siedzę przed kompem i czytam jakieś forum o hipnozie. Jeden z userów pisze, że jego kuzynka z Francji nie da się zahipnotyzować. Próbował już wiele razy i nie udało mu się to, co oznacza, że jest to niemożliwe - tego typu pierdoły zawierał jego post. Od razu pomyślałem, że to niemożliwe i jakbym kiedyś spotkał jego kuzynka, to zhipnotyzowałbym go bez problemów. Dzwonek do drzwi. To Świdru przyszedł po mnie. Wychodzimy na dwór.Idziemy między blokami. Na ścianach widnieją napisy typu "white power", celty i swastyki. Świdru pyta mnie, czy nie boję się, że dostanę w ryj od łysych. Odpowiadam, że nie. Idziemy, a ja myślę, że jakby się jakiś pojawił, to strzeliłbym mu w oko rogiem mojej chusty w czaszki. Idziemy przez plac zabaw. Na karuzeli bawi się dwóch chłopców. Wiem, że to wspomniany user i jego kuzynek z Francji. Nie da się go zahipnotyzować, tak? Zaraz zobaczymy. User gdzieś odbiegł, więc podchodzę do kuzynka, który został na obracającej się do tyłu karuzeli. Indukuję na szybko, ale w czasi pogłębiania koleś sam wychodzi. Sugeruję mu, że nadal jest w transie i w tym momencie podbiega Mojsa i woła "co ty robisz?!". Silnym pchnięciem przewraca mnie w cierniste krzaki. Nad jego ramieniem widzę perfidny uśmiech kuzynka i zły błysk w jego oczach. Wstaję obolały i wyciągam ciernie po jednym. "W takim razie sądzić się nie będziemy" - mówi chłopiec. Pod światło zauważam, że ciernie wyglądają jak zatopione w szkle włoski gruczołowe.

środa, 7 października 2009

Parę urywków

Tak jakoś smutno ostatnio w temacie pamięci snu, ale postanowiłem zamieścić dwa niezbyt długie. Niech to będzie zapowiedzią kilku lepszych i świadomych w najbliższych dniach.

Teleportacja

Mieszkam w jakimś dworku urządzonym na styl myśliwski. Z "mojego pokoju" wychodzi się do długiego korytarzyka u szczytu schodów. Podłogę zdobi czerwony dywan, ściany pomalowane są na brązowo i wiszą na nich różne poroża, strzelby i inne trofea i akcesoria myśliwskie. Na dół prowadzą marmurowe schody do wielkich drewnianych dwuskrzydłowych drzwi wejściowych. Wiem, że pilnują ich dwa dobermany, które karnie siedzą po obu stronach drzwi. Denerwuje mnie, że będąc we śnie, nawet świadomym, nie przenoszę się nigdzie naprawdę, tylko we własnym umyśle. Spróbuję teraz dokonać prawdziwej teleportacji. Kładę się na schodach i zamykam oczy. Całą siłę woli i wyobraźnie skupiam na Błażeju i ściągnięciu go tutaj. Czuję wibracje wstrząsające całym moim ciałem, przed oczami pojawiają się jakieś dziwne wzorki. Pojawia się Błażej. Momentalnie wprowadzam go w hipnozę i obracając jego bezwładną głową stabilizuję jego obecność tu i teraz.

Szlak

Wędrujemy w szóstkę po górach. Idziemy zdewastowanym szlakiem. W pewnym momencie mijamy przewróconą i pogruchotaną betonową latarnię, na której widnieje starte oznaczenie szlaku. Mijamy ją i idziemy dalej. W końcu trafiamy do schroniska. Śpimy tam i ruszamy dalej. Codziennie trafiamy z powrotem na szlak z latarnią, który z każdym dniem wygląda coraz lepiej i trafiamy do tego samego schroniska.

niedziela, 4 października 2009

4 X 2009

Don Pedricho - straszny muchacho

Budzę się w swoim łóżku(w Żernikach). Za oknem piękna złota polska jesień. Dobiegają stamtąd głosy mamy, babci i siostry, które grabią liście na dworze. Wołają mnie, bo przecież musi pojawić się Don Pedricho - straszny muchacho. Strasznie nie chce mi się podnosić z łóżka ale w końcu wstaję. Ubieram się i podnoszę z podłogi podartą czerwoną skórzaną kurtkę - atrybut Don Pedricha. Ubierając ją idę w stronę kuchni, bo babcia mnie strasznie pogania. Wciągając kurtkę do końca wskakuję do kuchni śpiewając "Don Pedrichooooooooooooo - Straszny muchachooooooooo!!!!!!!!!!!"[patrz - link]. Babcia odpowiada na inną melodię "Pedricho - straszny muchacho". Stary chodzi wkurzony po kuchni, bo to on wcześniej był Pedrichem i zazdrości mi tego. Babcia mówi, że grabią liście, bo zaraz przyjeżdżają wujek i ciocia. Stary próbuje zagonić mnie do roboty. Wykręcam się od tego, bo przecież jestem Don Pedricho i muszę przynajmniej zjeść śniadanie. Sciągam z półki chleb tostowy i włączam toster. Słyszę warkot silnika. Wielką czarną limuzyną, która ledwo mieści się na podjeździe przed garażem, przyjechali "wujek" i "ciocia". Wchodzą do domu i mówią, że jest zjazd rodzinny w Sufczynie na skarpie i musimy jakoś dojechać tam autobusem, bo nie mamy samochodu.

Don Pedricho - straszny muchacho

sobota, 3 października 2009

Koniec lenistwa

Czas uzupełnić luki i wziąć się porządnie za dziennik. Zaczął się już rok akademicki, czyli wreszcie nie mam czasu na chlanie i imprezowanie, co pozwala mi rozwinąć pamięć snów przynajmniej do wartości sprzed wakacji i wreszcie będę mógł się poważniej zająć sferą oniryczną.

30 IX 2009
Impreza jubileuszowa

Jestem na dużej imprezie. Odbywa się ona w jakimś bogatym, bardzo drogo wyposażonym domu. Balujemy w dużym pokoju. Gdzieś z boku parę stołów z żarciem, dookoła leżą materace, na których będziemy spać. Sala jest profesjonalnie oświetlona i reflektory błyskają w nas różnokolorowymi flashami. W końcu zmęczeni idziemy spać na materacach...
Paręnaście lat później w tym samym domu odbyć się ma iluśtamlecie matury. Idę korytarzem i czuję się jak Ecik, który wybrał się z Masztalskim na wytworne przyjęcie. Coś tu się zmieniło. Wchodzę do sali, w której odbywała się wtedy impreza i okazuje się, że zrobili z niej magazyn na materace. Wchodzę do dalszego pomieszczenia. To już imprezownia, ale jest tu jakoś łyso - otaczają mnie gołe ściany, nie ma żadnych mebli i odczuwam ogólne uczucie pustki. Podjeżdża do mnie coś przypominającego odkurzacz. Drzwi na przeciwko otwierają się i wychodzi z nich jakaś dziewczyna. Mówi, że będzie dobra impreza, skoro będziemy mieć audiobota(wskazuje na "odkurzacz").

2 X 2009
I. Paraliż

Wędruję z jakimś gościem po Sudetach. Mówi mi, że możemy wspólnie wędrować we śnie. W tym momencie budzę się na boku, jakby schodząc bocznym szlakiem[??? nie wiem, o co chodzi, ale tak napisałem w dzienniku]. Czuję, jakbym leżał na dwóch krawędziach otwartej skrzyni, które wbijają się w moje ciało. Czuję ciężar kołdry, jestem cały spocony. Umawiam się na kolejną wędrówkę. Zaraz wejdę w WILD... Paraliż ustępuje. nie mogę zasnąć przez najbliższe dwie godziny. Jest po prostu za gorąco.

II. Kurs

Jesteśmy w moim mieszkaniu na Sępolnie. Siedzę z moim kumplem z podstawówki, jakimś żulowato wyglądającym osobnikiem oraz prowadzącą z anatomii, która prowadzi nam kurs o narządach zmysłów. Ostatni tramwaj do ronda Reagana w historii Wrocławia już odjechał i teraz jeżdżą tam autobusy zastępcze, co nie zmienia faktu, że rondo dalej jest ośrodkiem sportu[?]. Doktorka tłumaczy coś, a żul patrzy na nas z pogardą. pytam go, o co mu chodzi. Odpowiada, że my nic nie umiemy. Wkurzony zadaję kumplowi trzy szybkie pytania dotyczące narządów zmysłów, nie odpowiada on na żadne z nich, co eliminuje zarówno jego jak i żula z kursu.

3 X 2009
Śnieżki i ziemia w Kosowie

Jest zima. Biegamy z siostrą po śniegu i rzucamy się śnieżkami. Biegniemy przez las, jakieś urwisko, bagna. W końcu trafiamy do domu. Znajomy starych mówi, że my, Polacy mamy jakiś kompleks i ciągle mieszamy się w nieswoje konflikty zbrojne. Zaczynamy jakąś operację, ale jeszcze nigdy żadnej wojny nie wygraliśmy. Patrzymy ze starym na siebie i mówimy, że stwarza, że była jedna taka, która zakończyła się sukcesem, tylko żaden z nas nie pamięta, gdzie to było. Znajomy mówi, że działo się to w Kosowie. Pyta, czy nie mamy przypadkiem faktury, bo jest ona dowodem posiadania kosowskiej ziemi. Mój stary mówi, że gdzieś tą fakturę mamy. Nie mielibyśmy, gdyby nie fakt, że jakiś facet wcisnął mu ją na siłę. Znajomy mówi, że mamy ją koniecznie dobrze zabezpieczyć, bo stanowi ona akt własności ziemi. Mama mówi, że zaraz jadą do kościoła. Prosi, żebym pojechał z nimi i wyzbierał wszystkie śnieżki. Przypominam sobie miejsca, w których się rzucaliśmy i mówię, że jest to niemożliwe. Otwieram program, któy wyświetla mapę okolicy. Zaznaczam las, bagno, urwisko i inne miejsca, w których były śnieżki i usuwam je. wyświetla się napis "Farma oczyszczona".

wtorek, 29 września 2009

29 IX 2009

Szlaki inwalidzkie

Idę drogą w Rycerce Dolnej. Towarzyszą mi Eddie i Susannah [bohaterowie cyklu Mroczna Wieża S. Kinga]. Eddie pyta, czy dotrzemy na Rycerzową pchając wózek inwalidzki Susannah. Sprawdzam to na mapie i pokazuję mu, że na Rycerzową prowadzi szlak inwalidzki, którym dotrzemy tam bez problemu. Podążamy tym szlakiem, powoli robi się ciemno. Nad Rycerzową lśnią miliardy gwiazd. Rozbijamy obóz pomiędzy szczytami Rycerzowej Małej i Wielkiej. Rozpalamy ognisko i rozkoszujemy się ciszą.

poniedziałek, 28 września 2009

28 IX 2009

Po powrocie z gór byłem bardzo zmęczony i niedospany, więc niestety nie pamiętam żadnych snów z dzisiejszej nocy - poza jednym. Zrobiłem sobie przerwę w wykonywaniu jakichkolwiek technik prowadzących do świadomości we śnie, co zaskutkowało w sposób podręcznikowy.

Wypisujący się długopis [LD]

Siedzę przy stole w kuchni. W ręku trzymam długopis, a przede mną leży kartka. Pierwsza myśl - to może być sen! Jeśli ten długopis się szybko wypisze, to znaczy, że tak jest. Zaczynam bazgrać bezładne szlaczki na papierze i po chwili ślad ciągnący się za końcówką długopisa niknie. Teraz będzie pisał znowu. Kreślę na kartce litery LD. Długopis pisze, jakby był nowiutki. Przeszywa mnie znajoma fala ciepłej energii przepływającej od pięt do czubka głowy, a ciałem wstrząsają wibracje. Bez wątpienia jest to sen! Niestety nie pomyślałem o tym, żeby momentalnie wyostrzyć i zakotwiczyć się w nim i kiedy wstałem od stołu - wywaliło mnie.

środa, 23 września 2009

22 IX 2009

I. Wodospad

Leśny parking. Nieopodal huczy bardzo wysoki wodospad. Mam tam rozbity namiot. Zbiera się na deszcz. Podjeżdża samochód. Wysiada z niego wujek z ciocią ubraną w suknię ślubną z czepkiem pokojówki oraz kuzyn. Zaczyna padać i bardzo szybko chmura pęka całkowicie. Leje jak z cebra. Biegnę w stronę namiotu. Jest to średnio duży namiot w czeskie moro z obszernym przedsionkiem, do którego wchodzimy z kuzynem. Na szczęście cała woda spływa po przeźroczytym plastikowym okienku i mój plecak nie zamoknie.

II. Uśpiony smok

Nasza dzielna załoga idzie przez las. Towarzyszy nam krępy krasnolud. Przechodzimy przez wymarłe elfie miasto. Czujemy jakieś ulotne zagrożenie. Krasnolud z Amą idą do mojego namiotu na parkingu po czerwoną herbatę o smaku zielonej herbaty (Wyprodukowano dla: Biedronka sp. z. o. o.). Idę wgłąb lasu i zauważam starą grubą księgę. Ma piękną drewnianą oprawę z wzorem tłoczonym w skórze oraz mnóstwo pożółkłych stronnic. Zauważamy jakiś kształt świecący się na zielono. Na podstawie księgi rozpoznaję, że są to ażurowe kontury zielonego gwiezdnego smoka, który aktualnie głęboko śpi. Postanowiliśmy z nim nie walczyć, bo był wielki jak miasto Lud [Stephen King: Ziemie Jałowe], które zresztą też było smokiem [no, prawie, ale porównanie trafne]. Wracają Ama i krasnolud. Ama niesie miskę z ciepłą wodą i kubkami, a krasnolud - czerwoną herbatę o smaku zielonej herbaty(TM) oraz czajnikz wrzątkiem. Parzę herbatę zalewając ją ciepłą wodą z miski z kubkami, ale niestety kiepsko się parzy - powstaje "dwufazowy płyn". Proszę krasnoluda o trochę wrzątku, ale daje mi go bardzo niechętnie. Reszta załogi nie chce herbaty, tylko Ama zalewa sobie zimną wodą, bo tak woli. Stwierdzamy z krasnoludem, że dopijemy herbatę i idziemy spać, a smoka olewamy.

III. Bluzgoprogram samochodowy z rozkładem jazdy PKS

Ognisko w "ogrodzie u Świdra". Świdru ma laptopa z napędem na winyle i mnóstwo najróżniejszych płyt. Na jednej z nich jest zabawny program obrzucający bluzgami każdą osobę zbliżającą się do kompa. Śmiejemy się, jest wesoło. Po chwili znajdujemy podobny program, który z kolei obraża samochody "zaintertesowanych". Wyższy poziom abstrakcji, bardzo śmieszny, już się zwijam ze śmiechu, ale niestety Świdrowi się to nie spodobało i zabrał laptopa w okolice ognia. Mojsa zmienił markerem napis na płycie, żeby nie było widać, że to ten "program samochodowy" i rzucił mi. Łapię winyla i odpalam program. Okazuje się, że ma on wbudowany rozkład PKSów z Wisły. Musimy to sprawdzić, lecz niestety po otwarciu menu okazuje się, że nie jest to przycisk otwierający rozkład, tylko opcja "z kwadracikiem do zaznaczenia" i nazywa się "Rozkład z banneru głównego dworca w Wiśle". Mojsa stwierdził, że jak wdrapie się na betonowy słup energetyczny, to powinno być lepiej. Wspiął się na szczyt i wziął od nas laptopa, ale niestety nie pomogło.

Następny wpis w sobotę.

wtorek, 22 września 2009

22 IX 2009

Kurs gwiezdnego języka

Siedzę w kuchni mojej babci ma mi ona załatwić przez ciotkę podręcznik do hiszpańskiego. Niestety ciotki jest teraz w Krakowie i jeszcze nie wróciła, więc babcia dzwoni do niej. Mówi, że aktualnie maluje zdobienia ze złota i będą one jeszcze długo schły. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Krakowa. Potrzebuję tego podręcznika "na wczoraj", więc jadę bardzo szybko. Wchodzimy do starej kamienicy, gdzie na klatce schodowej zastajemy ciotkę. Trzyma pędzel i puszkę z płynnym złotem i maluje zdobienia po bocznej stronie schodów. Najbardziej okazałe zdobienie widnieje na jej drzwiach - przypomina on jakiś maryjny emblemat [coś takiego, co się w oknie wywieszało, jak papież przyjechał]. Zarówno schody jak i drzwi wykonane są z ciemnego mahoniowego drewna. Ciotka mówi, że niedaleko jest biblioteka, w której powinni mieć podręcznik do hiszpańskiego. Idę we wskazanym kierunku i w końcu dochodzę do sporego budynku wybudowanego w nowoczesnym stylu, który musi być ową biblioteką. Wchodzę do środka i idę długim korytarzem do większego pomieszczenia. Siedzi tam Boratowska za komputerem. Pokazuje mi książkę pt. Język Gwiezdny, w której na końcu jest krótki kurs hiszpańskiego. Przeglądam spis treści i stwierdzam, że jest tego aż trzydzieści siedem cholernych stron.

poniedziałek, 21 września 2009

19 IX 2009

Po paru dniach nudnych i poszatkowanych snów nadszedł czas ciekawszych wrażeń. Nie chciałem Was zanudzać opisami, więc nawet ich nie zamieszczałem. Mam nadzieję, że od dzisiaj nowe wpisy będą się pojawiać codziennie.

I. Siano i góry

Jestem z ojcem na jakiejś fermie. Przerzucamy siano w dużej oborze. Po skończonej robocie wychodzimy na zewnątrz i ustawiamy bele siana w piramidę. Mieliśmy do tego celu użyć dwóch pożyczonych belek, ale nie były nam one porzebne. Trzeba je odnieść. Idziemy polną drogą niosąc belki na ramionach. Droga wznosi się i po przekroczeniu garbu opada w dół, prowadząc do chatki na Lasku. opieramy belki o ścianę. Wchodzę do środka. Drewniane schody biegną w dół po kwadracie. Na dole jest karczma - długi drewniany bar, stoliki, krzesła i trochę ludzi - głównie "stałych bywalców" Lasku. Gdy pojawiam się na schodach, witają mnie okrzykiem. Od jhednego ze stolików wstają Michasia i Baniol. Idą do mnie i w trójkę siadamy na progu chatki. Michasia pyta mnie, czy nie mam przypadkiem fajek. Odpowiadam, że nie. Baniol nie chce jej poczęstować, ponieważ ona ma jeszcze parę swoich. Rozmawiamy o autohipnozie. Michasia mówi, że chyba woli zwykłe podróże w przestrzeni, a autohipnoza to raczej wędrówka w głąb siebie.

II. Bitwa

Siedzę na końskim grzbiecie. Na sobie mam zbroję, w rękach trzymam włócznię oraz jakiś dziwny pazur - prostokątny uchwyt obejmujący dłoń, zakończony po bokach dwoma ostrzami. Stoję w szeregu przed jakimś wzgórzem. Atakujemy falami - formacja podzielona jest na oddziały ruszające po kolei z lewej strony. Na wzgórzu pojawia się oddział lekkiej jazdy litewskiej. Ruszamy na znak od Dowódczyni. Rozpędzam się i z całej siły rzucam włócznią w najbliższego Litwina. Niestety chybiam. Pazurami nie sięgam. W tym momencie orientuję się, że tak mocno skoncentrowałem się na rzucie, że puściłem wodze. Koń galopuje już bardzo szybko, a ja nie mogę w żaden sposób nad nim zapanować. Próbuję złapać smętnie zwisające wodze, ale w tym pędzie jest to niemożliwe. Spróbuję się chwycić łęku. Niestety jest zakopany gdzieś głęboko pod tabardem. Staram się zaprzeć w siodle, cokolwiek, ale oczywiście spadam. Psia krew! Stopa utknęła mi w strzemieniu. Koń wlecze mnie po ziemi w pełnym pędzie. Po lewej od mojego konia widzę Dowódczynię. Wrzeszczę do niej "Czy te konie mnie nie stratują?!". "Dopóki oddział idzie w równym szyku, to nie!" - odkrzykuje. Zatrzymuje oddział i pozwala mi się zebrać i wsiąść z powrotem na konia. Strzemię wygląda bardzo dziwnie - jakieś gięte pręty tworzące jakby podwójną podkowę. Nic dziwnego, że utknąłem. Teraz z kolei nie mogę włożyć dobrze stopy w strzemię. W końcu wskakuję na koński grzbiet. Siedzę...

...w mojej kuchni. Bitwa skończyła się już dawno. Wchodzi Dowódczyni i z dumą pokazuje mi granatowy tabard uszyty z tkaniny, która bardzo kojarzy mi się z moim kocem. Dostała go w nagrodę za wzorowe prowadzenie oddziału w bitwie.

piątek, 18 września 2009

18 IX 2009

Tej nocy kilkakrotnie łapałem świadomość i w momencie, gdy już wiedziałem, orientowałem się, że leżę już w łóżku z "powidokiem" snu przed oczami. Za każdym razem próbowałem wykonać DEILD, niestety bezskutecznie. Przy okazji nie miałem jak zapisać snów, więc dzisiaj dość skąpo będzie.

I. Prawo jazdy na szota foka

Siedzę w kuchni z dwoma kumpelami i rozmawiamy o kursie na prawko. Jedna z nich mówi, że miała zapłacić swojemu instruktorowi tylko dziesięć złotych za godzinę, bo on nie chciał czterdziestu. Zapłaciła mu siedemdziesiąt, a on po nocy zostawił jej dwadzieścia złotych reszty na stole. Druga mówi, że nie zapłaciła za szota foka, a ja na to przytaczam opis naszych szotów foka, które były splecione "na kanapkę".

II. Krowi katar

Jestem w jakimś gospodarstwie rolnym. Mam się tutaj zajmować bydłem. Gospodarz właśnie nalał jałówkom oleju. Właśnie mam wychodzić z obory, gdy zauważam, że mnóstwo bydła jest poza klatkami, a wrota nie chcą się zamknąć. Przymykam je i pytam ludzi wypompowujących gnój z obory obok, czy te drzwi tak zawsze się nie zamykają. W tym momencie pojawia się moja nauczycielka niemieckiego z liceum w białym fartuchu. Mówi, że właśnie wstawili "absolutnie nowe i lekkie" drzwi do obory i one się nie zamykają. Pyta się, gdzie to bydło. Pokazuje jej jałówki. Jedna z nich jest agresywna w stosunku do mnie. Germanistka podchodzi do niej i czochra ją po głowie, co bardzo się podoba zwierzęciu. Zauważa, że jałówka ma katar. Przykłada chusteczkę do jej nozdrzy i pokazują się przeźroczyste smarki. Mówię, że to może być mój katar i smarkam w chusteczkę na żółto. Germanistka mówi, że możliwe, ale przyniosłem ten katar do ślepego obiegu - bez leukemii i hydremii.

wtorek, 15 września 2009

15 IX 2009

Tej nocy jeszcze biednie, ale wracam do formy ;).

I. Hipnoza na kółkach

Jeździliśmy z Psajko po Żernikach jakimś jeepem. Było z nami dwóch kolesi, których Psajko miał hipnotyzować. Ja prowadziłem, Psajko siedział po stronie pasażera, a wspomniani kolesie - z tyłu. Pierwszy z nich jak się okazało był zupełnie oporny na sugestie i nie chciał współpracować, więc nic z tego nie wyszło. Z drugim było nieco lepiej - udała się błyskawiczna indukcja(bodźcem szokującym było tu złapanie za nos), ale zaraz po próbach pogłębienia transu, wychodził z niego. Ja oglądałem to wszystko w lusterku wstecznym. W końcu zaparkowaliśmy pod domem "dziewczyny Psajko" i wypuściliśmy kolesi. Wyciągnęliśmy z garażu bardzo ładny "go-cart na pedały" z ramą fantazyjnego kształtu pomalowaną w szaro-czerwone "techniczne" wzory z wielkim logo Lamborghini na "masce" i z tyłu. Jeździliśmy sobie dookoła parku, a każda napotkana osoba krzyczała do mnie, że mam zajebistą furę.

II. Dziesięć osób w łódce nie licząc kota

Płyniemy Dezetą. [załoga jest "rzeczywista" - są wszyscy, z którymi pływałem bez żadnej Dody] Poza nami na pokładzie jest moja kotka Silva. Szymon postanowił skompletować nową załogę i właśnie zadaje przeróżne kretyńskie pytania[niestety nie pamiętam ich treści], żeby zadecydować, kto z obecnej załogi zostaje. Pytania są "zerojedynkowe" i osoba odpowiadająca twierdząco podnosi rękę. Dziwne, że kot również podnosi przednią łapę przy niektórych pytaniach.

poniedziałek, 14 września 2009

Przerywnik powitalny

Jako, że po mazurskiej bibie dopiero zaczyna mi wracać pamięć snów, a tam nie miałem jak zapisywać snów, nawet jak cokolwiek pamiętałem, dzisiaj zamieszczę weselszy fragment z drugiego tygodnia praktyk.

Z dzisiejszej nocy pamiętam tyle, że wróciłem we śnie na Mazury, tyle, że naw Dezecie poza nasz ą dzielną załogą siedziała Doda i mieliśmy ją zabrać na jakiś jej koncert, a była straszna flauta i nie było opcji, żeby zdążyć.

24 VIII 2009

Herbaciarnia

Jestem w herbaciarni. Chcę kupić jakiś najnowszy etnobotaniczny cud, lecz niestety aktualnie nie ma go na składzie i mam się zgłosić wieczorem i odebrać. Wracam do domu. Przychodzi Marzena. Siedzimy i gadamy, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Przyszedł Mojżesz z Karpiem i Kurczakiem i chcą jechać do herbaciarni. Wsiadamy do samochodu. Prowadzi Mojsa. Dojeżdżamy do Parku Chopina i wysiadamy. Przechodzimy obok palmiarni idąc w stronę herbaciarni. Mniej więcej w połowie drogi Mojżesz mówi, że musi złapać zasięg. Wracamy do samochodu. Mojsa przykłada telefon do dachu auta i rozlega się dzwonek nowej wiadomości.
-No tak, pięć MMSów. Na komórce mam już ogólnie czterdzieści pięć MMSów, nikt tyle nie ma - mówi z dumą
-Zaraz, wzięliśmy Marzenę?!
-Jaką Marzenę?
-No tą z długimi brązowymi włosami.-
-A, tą! No chyba tak, już chyba jest w herbaciarni.
Idziemy. Mojsa mówi, że wejdziemy tymi drzwiami, co wychodzą prosto na tą część, co wygląda jak burżujska restauracja. Odpowiadam, że lepiej chyba, jakbyśmy weszli jednak głównymi drzwiami, bo Marzena nie zna terenu i pewnie tam będzie czekać. Po drodze podchodzi do mnie "mój wujek" wyglądający jak Piotr Kraśko z "ciocią" i pyta, czy wiem, że urodziła mi się najmłodsza kuzynka. Podchodzi "kuzynka" - córka "sennego wujostwa". Pytam, komu urodziła się ta najmłodsza kuzymnka. [Wymieniają imiona, których nie zapamiętałem]
-Ile oni mają lat?
-Pięć i osiem.
Wytrzeszczam oczy ze zdziwienia.
-Wiem, że to duża różnica, ale przecież i tak mnbiejsza niż między Cycem a Cycusiem - odpowiada "wujek".

Mam nadzieję, że już rano poczęstuję Was świeżym, aktualnym materiałem.

piątek, 4 września 2009

4 IX 2009

Mój mózg zaczyna chyba wracać do normy po ryciu na poprawkę i piciu po niej. Dzisiaj tylko jeden, następne wpisy za tydzień.

Pole róż i upadek wieży

Idę Piwną z Martą. Po prawej widzę blaszane ogrodzenie zasłaniające budowę Focus Parku. W pewnym momencie widzę większą wyrwę. Między blachami widzę zachęcającą czerwień. Nie mogę nie podejść i niw przyjrzeć się temu bliżej. Bez problemu przechodzę przez dziurę w ogrodzeniu. Po chwili dołącza do mnie też Marta. Stoimy na bezkresnym polu róż. Czerwień jest bardzo jaskrawa i żywa. Po kwiatach przemykają pioruny, głuchymi grzmotami zwracając uwagę na drzemiącą w nich moc. Pośrodku pola róż stoi wieża z kamienia. Jest dość szeroka i niezbyt wysoka i właśnie upada. Kamienne bloki kruszą się i spadają na róże, tratując je. Stoimy i patrzymy na upadek wieży.

Po pobudce inkubowałem sobie powrót na pole róż i poza kwiatami widziałem również szarą głowę wynurzającą się z chmur, która mówiła coś do mnie, niestety nie pamiętam, co mówiła.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

31 VIII 2009

Z braku źródła światła, nie zapisałem w nocy niczego, ale nad ranem zdarzyło się coś bardzo pozytywnego.

Sklep i próby lotu [DEILD-VILD]

Jestem w jakimś sklepie ze wszystkim i mama rozmawia z sąsiadką o jakichś bzdurach. W pewnym momencie mówi, że wysłałaby mnie do sklepu po jakieś słodycze, ale nie ma przy sobie kasy. Wychodzę naschodki przed sklep. Trzymam w ręku jakieś saszetki z jakimiś próbkami z szamponów nawleczone na sznurek.
***Zaraz! Po co mi kasa, skoro to sen?!***
Chcę zrobić RT i podnoszę rękę do nosa, ale zdążyło mnie wywalić do czuwania i został mi tylko "powidok" snu - moje ręce trzymające sznurek z szamponami. Ani drgnę. Zaczynam uderzać rytmicznie saszetkami o kamienne schodki. Dochodzą odgłosy. Chwytam saszetki, ale dotyku jeszcze nie ma. Ponawiam stukanie. Dołącza słuch. Stukam dłużej, koncentruję się. Chwytam za saszetkę. Czuję zimną folię i gęstą treść w środku. To doznanie kotwiczy mnie we śnie ostatecznie - już w pełni czuję senne ciało.

Wchodzę z powrotem do sklepu i mówię do mamy, że miałem kupić słodycze.
-Ale przecież nie dałam ci pieniędzy.
-Nie musiałaś.
Podchodzę do jednego z regałów i partzę na miskę. Koncentruję się. Chcę, żeby była pełna cukierków. Nic. Jeszcze raz i znowu nic. Ściągam z półki mały platsikowy koszyk i zaczynam wytrząsać z niego jagody, których w nim nie ma do miski, która stoi na ladzie przed mamą. Przez dłuższą chwilę bez rezultatu, ale nie odejdę stąd, dopóki nie sypną się z niego owoce. W końcu leci z niego strumień jagód. Dobra, czas wyjść na zewnątrz. Jest ciemna noc. Chłodno, ale przyjemnie. Idę oświetloną latarniami ulicą. Rozbiegam się i wyskakuję, żeby sobie polatać. Niestety grawitacja działa. Słabo, ale działa. Ląduję na asfalcie. Idę dalej. Spotykam Agnieszkę stojącą na ulicy i Adama wychylającego się z okna "swojego domu". Kurde, to chyba przez ten plecak się nie mogę wzbić.
-Adam! Przechowasz mi plecak? Nawet nie będę go musiał odbierać, bo to tylko mój sen.
-Naprawdę? To co robimy - pyta zdziwiona Aga.
-Ja bym sobie polatał.
-Niedaleko jest ten nowy hotel. "Chippendales" czy jakoś tak. Może tam polecimy?
-Dobra, może być.
Aga zostawia rower pod ścianą, a Adam zeskakuje z okna. Idziemy w stronę dworca. Rozpędzamy się. Skaczę i płynę kraulem w powietrzu, ale niestety powoli opadam. Po chwili płynę kraulem po asfalcie. Trochę mnie to ociera, ale może w końcu się wybiję.
[Zuuuuuuuziuuuuu!!!!!! Wstaaaaawaaaaaaj!!!!!!!!]

niedziela, 30 sierpnia 2009

30 VIII 2009

No i po praktykach. Niestety nie mam czasu na publikację snów z tego tygodnia, może kiedyś je zamieszczę.

I. Kapusta, wodny świat, kapusta i brawa

Jest ciemna noc. Chodzę przy świetle księżyca między domem a dziwnym "budynkiem" i noszę kapustę. "Budynek" ma kształt prostopadłościanuo pochylonych ścianach o wysokości ok. 2,5 m i długości krawędzi podstawy ok 1,5 m. Jest wyrzeźbiony z szarego kamienia. W jednej ze ścianek są czerwone metalowe drzwi. Idę najciszej jak potrafię i za każdym razem obieram inną drogę. Wchodzę...

...do kajaka. Z przodu siedzi moja siostra. Jesteśmy w jakimś "kompleksie wodnym" - mnóstwo tu kanałów(takich jak "baseny" - wykafelkowane dno, czysta woda itp.). Jednym z nich płynie motorówką "mój ojciec". Wodujemy kajak i podpływamy do niego - ma nas pociągnąć. Patrze na moje wiosło i okazuje się,że ma tylko jedno pióro. Zamieniam się z siostrą, bo mam sterować, a do tego potrzebuję sprawnego wiosła. Płyniemy szybko, ale w kajaku są dziury i nabieramy szybko wody. Idziemy na dno. Udaje mi się wyłowić kajak. Na brzegu stoi jakiś koleś. To on wywiercił te dziury(nie wiem skąd, ale wiem to)! Wychodzę z wody i gonię go hotelowymi korytarzami. Niestety gdzieś zniknął. W pewny momencie czuję obecność jakiejś wyższej świadomości, dzięki której wiem dokładnie, co mam zrobić. Słyszę za sobą pościg. Wiem, że muszę schować się we wnękę. Ludzie przebiegają nawet mnie nie zauważając. Idę spokojnie korytarzem. Już nic mi nie grozi. Po prawej widzę drzwi zasłonięte jakimś gobelinem. To pokój Nocnych Dziewczyn. Wiem, że powinienem tam wejść. W środkujest cholernie ciemno - okna zasłonięte są zewnętrznymi roletami. Na dywanie siedzi Aga. Mówi, że w sumie powinna przespać się chwilę przed zajęciami, bo całą noc balowała, ale może zadzwonić po Justę i gdzieś pójdziemy balować. OK, Justa zaraz będzie. Stoimy...

...na trawie w jakimś odludnym miejscu. Jest noc. Nad nami świeci księzyc w pełni. Widzimy kamienny "budynek" w kształcie prostopadłościanu z pochylonymi ścianami. Justa mówi, że to piec. Zamierzają gotować w nim bigoś z suszonej kapusty składowanej gdzieś niedaleko. W każdej ze ścian są metalowe drzwi, pod którymi jest pozioma szczelina, przez którą widać spadający żar. Wiem, że w tym piecu niedawno spłonęli ludzie. Podchodzi prowadzący z żywienia, bierze trochę popiołu do ręki i mówi, że dookoła jest dużo popiołu surowego. Pytam się Justy, czyje popioły są tu najszlachetniejsze. Odpowiada, że moje. Mówię, że ja jeszcze nie spłonąłem, a to co moje nigdy nie będzie szlachetne. Rozglądam się i widzę...

...mały kwadratowy dziedziniec. Stoję na bruku. Nade mną na krużgankach stoi dużo różnych postaci. Wygłaszam jakąś przemowę. Ciągle przerywają mi brawami. Jednym z słuchaczy jest zielony teletubiś z wąsami i czapką kucharską. Wiem, że jest on włoskim kucharzem. Naśladuję prześmiewczo jego akcent i wszyscy wybuchają ze śmiechem, a on sam śmiejąc się pokazuje uniesiony kciuk na znak, że udał mi się dowcip.

II. [niestety nie mogę rozczytać mojego "planu dekompozycyjnego"]

III. (...)

IV. Koncerty i wielka tajemnica

Idę do Madnessu na koncert Lipali. Jestem już mocno spóźniony, bardzo się spieszę. Niestety zdążyłem tylko na ostatni kawałek - jest to "Bloo". Lipaki schodzą ze sceny. Witam się z nimi. Zamiast Luka na bębnach grał Jerry z Illusion. Jeden z techników przeprasza bardzo za "problemy komputerowe". Lipa jest strasznie zabiegany, przebiega koło mnie co chwilę i wita się ze mną trzykrotnie, za każdym razem, jakby widział mnie dzisiaj po raz pierwszy. Podbija do mnie "znajomy z Vendetty". Wychodzimy z Madnessu tunelem metra. W drodze pytam się go, czy idzie na Toola zaraz. Odpowiada, że raczej nie, bo tutaj będzie jakiś fajny koncert(wiem o tym, ale i tak wolę Toola). "Madness zaraz sam się mnie pozbędzie" - mówi. Pytam go, co to za "problemy komputerowe" nastąpiły. "Żaden technik nie zobaczył olbrzymiej srebrnej śruby w ścianie - takiej jak ta, a stwarzała takie zakłócenia, że nie można było grać" - mówi, pokazując mi klapę w ścianie tunelu zaraz przy ziemi. Odchylam klapę i rzeczywiście w ścianie widzę srebrną śrubę, a głębiej za nią żarówkę. Jest to niby zwykła żarówka mająca oświetlać tunel, ale wiem, że to tylko maskowanie wejścia do podziemnego miasta, którego szukałem od lat...

niedziela, 23 sierpnia 2009

23 VIII 2009

Dzisiaj dałem ciała. Budziłem się po każdym REMie pamiętając wyraźnie każdy sen, ale miałem takiego lenia, że nie sięgnąłem po dziennik ani razu i utrwaliłem na papierze tylko ostatni sen.

Bielsko-Biała

Jadę PKSem w Bielsku. Jest późne lato, dość ładna pogoda cieszy oko za oknem. Patrzę w lewo i widzę znajomą twarz. To chyba Ras Psajko[w rzeczywistości, to na flmiku ze swojej strony wyglądał zupełnie inaczej]. Idealnie, jak będzie miał chwilkę, to pogadam z nim o HipnoĆpunach i nie będę musiał się w tym celu targać do Warszawy. W tym momencie podchodzi do mnie "kumpela", której nie pamiętałem, dopóki podczas rozmowy się nie przedstawiłem, a ona nie powiedziała, że przecież się dobrze znamy. Wysiadamy na jakimś przystanku w lesie. Psajko też wysiadł i gada z jakimiś dwoma kolesiami na temat hipnozy. Wołam go i pytam, czy znajdzie dla mnie chwilkę czasu, jak już jest na południu przypadkiem w tym samym mieście, co ja. Odpowiada, że musi najpierw zająć się tymi kolesiami i w ogóle, to mamy we trójkę stworzyć południowy oddział hipnoćpunów. Jak zostanie mu jakiś czas, to się mną zajmie. Świetnie. Idę dalej tą drogą i gadam z "kumpelą", aż trafiam do jakiegoś budynku na przedmieściach. Wiem, że jest to szkoła. Przebieram buty i idę na parking podziemny. Spotykam tam Siebra, który pokazuje mi swoje nowe BMW. Śmieję się z niego, a on błyskawicznie obraża się na mnie. Mówię mu, że tylko sobie jaja robięi pytam, czy nie podwiózłby mnie do centrum Bielska swoim nowym BMW. Od razu się rozchmurza i mówi, że nie ma sprawy, może mnie podwieźć na dworzec główny. Już mam wsiadać, kiedy zauważam, że na stopach mam jedego sandała i jednego adidasa. Fuck! drugiego zostawiłem w szatni. Muszę wrócić i przebrać. W szatni orientuję się, że nie umawiałem się z Psajko, gdzie mamy się ewentualnie spotkać, a nie mam numeru do niego. Zaraz, przecież go podawał na stronce. Wchodzę na kompa w szkolnym bufecie, ale nie mogę wejść na forum psajko. Kurde, będę musiał sobie poradzić. Wychodzę i idę na parking, ale Siebra nie ma w miejscu, gdzie miał czekać. Rozglądam się i widzę, ze jest po drugiej stronie parkingu i daje po garach. Rusza z piskiem opon i mija mnie. A to kutas! Narobił mi nadziei, a teraz spieprza. Nie, na szczęście zatrzymał się dalej i śmieje się ze mnie. Wsiadam i jedziemy na dworzec. Sieber puszcza z płyty jakiś "kozacki hip-hop". Dojeżdżamy na dworzec, gdzie już czeka na mnie mój ojciec w swoim starym uno. Wsiadam do niego i jedziemy do domu. W pewnym miejscu w Rudzie Śląskiej musiałem wysiąść i pchnąć uno pod górkę, bo nie dawał już rady. Wsiadam i jedziemy dalej.

Następna porcja po praktykach, czyli najprawdopodobniej za tydzień.

22 VIII 2009

Dzisiaj chyba zaczęło działać Silene capensis. Afrykański korzonek rzeczywiście wyostrza sny i poprawia ich jakość. Mimo, że poszedłem spać lekko zawiany, sny pamiętam bardzo dobrze, a efekt tego możecie zobaczyć poniżej. Dzisiejszy poziom abstrakcji powala.

I. Robotnik i Jason

Jestem w pokoju u Michasi. Pokazuje mi zaproszenie na imprezę urodzinową naszego "znajomego". Z treści wynika, że trzeba się stawić w jakimś kretyńskim wdzianku. Od razu staje mi przed oczami strój robotnika z kaskiem, który mam w komórce Wychodzę z pokoju Michasi i trafiam prosto do przedpokoju w moim domu. Wchodzę po schodach i otwieram komórkę. Ściągam przebranie robola ze stojaka, na którym było powieszone i ubieram go Okazuje się, że poza koszulą, kaskiem, kombinezonem i kurteczką w jasktawych barwach, strój zawiera parę elementów najmniej oczekiwanych w ekwipunku pana Zenka z dźwigu. Na wyposażeniu jest kamizelka kuloodporna, pas nerkowy - również nieprzepuszczalny dla naboi, kevlarowa siatka chroniąca ciało od bioder po szyję z rękawami włącznie oraz pas na naboje z kaburą do złudzenia przypominający szaszetkę na pasku. Olewam Jamesowo-Bondowe gadżety i po prostu przebieram się za Heńka z budowy, powstrzymując ochotę na doklejenie sobie z tej okazji idiotycznych wąsów. Wyglądam zaiste kretyńsko, czyli wpasuję się w tematykę imprezy. Jadę do "kumpla". Mieszka on na dziewiątym piętrze w jakimś wieżowcu. Wjeżdżam windą na górę i dzwonię do drzwi. Otwierają mi ludzie w debilnych przebraniach. Impreza rozkręca się. Kolejny dzwonek do drzwi. Wchodzi ubrany na czarno koleś w masce hokejowej z maczetą w dłoni. "Haha! Ale zajebiste przebranie Jasona! Kto tam pd tą maską?". Zamiast odpowiedzieć, przybysz zdejmuje maczetą górną część głowy solenizanta. Kurwa! To jest PRAWDZIWY Jason["Piątek, trzynastego"]! Ludzie zaczęli panikować, co bardzo pasowało psychopacie. Szlachtuje ludzi maczetą, wyrzuca przez balkon. Trwa krwawa jatka.

II. Mafia

Wkładam na siebie idiotyczny strój robola - tym razem już ze wszystkimi elementami. Gdy kończę się ubierać, do mojego domu wczodzą mafiosi poubierani w garnitury z lat sześćdziesiątych. Od razu chwytają "mojego brata"[nie mam brata] i zatykają mu usta, żeby nie mógł wydać z siebie dźwięku. Zabierają go do komórki-garderoby, a mnie każą wejść do drugiej komórki. Na dole są rodzice, a ja mam się zachowywać cicho, tak, żeby nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Moim zadaniem jest nabijanie im strzykawek tajemniczymi płynami, które wstrzykują mojemu bratu. Zużyte igły mam wrzucać do pudełka, które leży przede mną. Jest to biały kartonowy sześcian z owalną dziurą w jednej ze ścianek. Zaczyna już brakować miejsca na następne igły. Żeby tylko starzy tego nie zobaczyli...

III. Wenecja, wróżba i bar mleczny

Płynę kanałami jakiegoś polskiego miasta udającego Wenecję. W łodce siedzą ze mną Marta, Marzena, Ela i Cieplak. Łódka ma pewną ciekawą właściwość. Jeżeli ktoś pragnie się odłączyć, łódka dzieli się na dwie - jedną większą, podążającą starym kursem i jedną mniejszą, sterowaną przez osobę chcącą płynąć gdzie indziej. W pewnym momencie Marzena odłącza się od grupy i płynie do wietnamskiej knajpy. Cieplak w tym czasie opowiada o tym, że jak chce się zszyć dwie torby, to należy użyć ćwieków, bo inaczej się rozleci. Marzena wypływa z knajpy i rzuca mi świstek papieru wyglądający jak wróżba z ciasteczka. "To moje ulubione pismo" - wołam ucieszony i łapię karteczkę. Rozwijam ją, a tu zamiast wróżby na wąskim pasku rozwijam kartkę A4 z informacją, że cennik uległ zmianie i podane są nowe ceny. Płyniemy dalej. Na szybie jakiegoś sklepu zauważam ten sam cennik, a pod nim ramówkę stałych imprez w tygodniu zapisanych w śmieszny sposób łamaną polszczyzną przy użyciu angielskiej pisowni. Smiejemy się do rozpuku. Coś mi zaczęło w brzuchu burczyć. Marta też jest głodna i postanawiamy odłączyć się od grupy i pójść coś zjeść. Odpływamy nowo powstałą łodką i dobijamy do brzegu. Idziemy jakąś ulicą, aż wreszcie trafiamy do baru mlecznego "Miś". Marta od razu zauważa, że pizze są tu dużo mniejsze niż zawsze. Rzeczywiście. Formy są śmiesznie małe. Zamawia obiad, który od razu podaje jakaś pani stojąca przed ladą przy garach-termosach. Nie mogę się na nic zdecydować. Wszystko jest za drogie oprócz ruskich, a na nie nie mam ochoty.

21 VIII 2009

I. Karuzela czasu

Czas zaczął pędzić do tyłu. Wszystkie procesy w naturze zaczęły się powoli cofać. Ludzie młodnieli i tracili wiedzę z doświadczeniem, drzewa malały i wracały powoli do stadium nasiona. Wszystko działało wspak. Z tego powodu został zwołany zlot czarownic i czarodziejów. Oczywiście byłem jednym z nich. W wyniku narady doszliśmy do tego,że należy rozkręcić karuzelę do tyłu i wszystko wróci do normy. W wielkiej hali obok sali, w której się naradzaliśmy, stała karuzela. Była to bardzo stara, prosta konstrukcja. Od środkorego słupka odchodziło dwanaście długich promieni, na końcu każdego było drewniane krzesełko. Zajęliśmy miejsca i zaczęliśmy kręcić wstecz. Karuzela była bardzo chybotliwa, moje nogi co chwilę odrywały się od ziemi. Odpychaliśmy się ile sił w nogach, ale niestety w pewnym momencie coś zgrzytnęło i zatrzymując się gwałtonie, karuzela podziękowała nam ostatecznie za wsółpracę. Zrezygnowani wyszliśmy na dziedzinie. Na środku brukowanego placu ujrzałem mniejszą karuzelę na betonowym cokole. Była obudowana metalowymi płytami sięgającymi nieco powyżej krzesełek, przykryta była daszkiem, a pomieścić mogła sześć osób. Wchodzimy po schodkach, siadamy i rozkręcamy ją do tyłu. Kręcimy się coraz szybciej. W pewnym momencie świat zamienił się w wielką rozmazaną smugę barw i poczułem nagłe szarpnięcie. Gdy kształty się wyostrzyły, zauważyłem, że pędzimy w odwrtnym kieunku. Udało się! Czas odzyskał prawidłowy bieg! Przechodzimy skosem przez dziedziniec, zmierzając do sali, w której zdążono już wystawić ucztę z okazji naszego sukcesu. Komnata oświetlona jest świecami, stoły ustawione zostały w podkowę i nakryte drogimi serwisami. Podane różne smakowite potrawy. Wśród biesiadników zauważam Szymona Macha do mnie i wskazuje miejsce pomiędzy sobą, a dziewczyną, która już się pojawiła w jednym śnie. Siadam przy stole i odwracam się do niej. Patrzymy sobie głęboko w oczy. Słyszę z oddali głos Szymona: "Tu jest twoje prywatne niebo".

II. Oskarżenie

Siedzę w jakimś dużym pomieszczeniu wyglądającym na salę konferencyjną. Poza mną są tu Misia, Szymon, Jasiu i Zio. Jest też Julia. Oskarża nas o to, że bez jej zgody wykorzystaliśmy do celów charytatywnych jej wierszyk o estrach.

III. U Mojżesza

Jestem w naszym żernickim sklepie. Aktualnie należy on do Mojżesza. Wnętrze sklepu się zmieniło Zniknęła lada, a kasa została położona na jakimś stoliku w kącie. Brak lady spowodował, że sklep stał się dużo bardziej przestronny. Płaci się jakąś dziwną walutą - przypomina to małe ciemnozielone plastikowe stopery z trzema przyciskami i wąskim wyświetlaczem. Stoję z Darkiem i wpieprzamy lody. Biorę dwa- czekoladowego i pomarańczowego. Najpierw biorę się za owocowego, drugiego chowam do zamrażarki. Gdy już skończyłem pierwszego, sięgam po czekoladowy przysmak. Nie ma go w miejscu, w którym go zostawiłem. Dziwne. Patrzę uważnie, sondując wzrokiem całą zamrażarkę, ale nie ma go tam. Mojżesz mówi, że jest w drugiej zamrażarce. Rzeczywiście.

IV. Żołądek - wydmuszka

Budzą mnie w środku nocy, ponieważ jakaś krowa właśnie się cieli. Nie mogę tego przegapić! Ubieram się szybko i lecę na porodówkę. Rzeczywiście, czerwono-biała krowa zaczyna rodzić. Jeden z pracowników opowiada mi, że podczas porodu żołądek działa jak wydmuszka.
-Jak wydmuszka?
-No podczas porodu żołądek wyciska cielę z matki

sobota, 22 sierpnia 2009

20 VIII 2009

I. Powrót w burzy

Kończy się imprezka rodzina u babci. Wychodzę z rodzicami i siostrą przed kamienicę. Oni idą do auta, a ja kieruję się w drugą stronę - na most na Kłodnicy. Do barierki przypięty jest "mój rower". Jest już noc. Na niebie zbierają się burzowe chmury. Rower ma błyszczącą kierownicę, z czego prawe "ramię" jest wychylone poziomo do przodu. Olać to! Naprawię w domu. Jadę. Rower jest zadziwiająco szybki - poruszam się z prędkością samochodu. Mijam parę skrzyżowań ze światłami. Na wysokości Konarskiego chmury pękają. Pędzę do domu w strugach deszczu, a pioruny oświetlają mi drogę.

II. Skuter

Stary kupił mi żółto-biały skuter, żebym mógł się szybko poruszać po mieście. Od razu myślę o pracy w pizzerii i mijaniu "tych chujów w tych jebanych autach" we Wrocławiu.

III. Gówniana gwiazda

Brodzę do pół łydki w krowim gównie w jakimś małym, ciemnym kwadratowym pomieszczeniu. Na krześle z oparciem siedzi jakaś gruba kobieta - gwiazda jakiegoś teleturnieju rodzinnego pudszczanego w niedzielę w TVP. W tej sytuacji wygląda raczej jak babcia klozetowa. Wchodzę dołazienki i zdejmuję kalosze. Myję nogi.

IV. Podwodny świat

Jestem jakimś "afrykańskim stworzonkiem" i bawię się z drugim stworzonkiem(a raczej Stworzonką, bo wiem, że jest płci żeńskiej) na Lwiej Skale[tak, tej wielkiej z "Króla Lwa"]. Gonimy się i tańczymy. Ogarnia nas wielka radość. Nagle Stworzonka potyka się i traci równowagę. Jak na zwolnionym filmie widzę, jak wypada za krawędź Skały i próbuje złapać coś, co wygląda jak uschnięta słynna Krzywa Sosenka na Sokolicy w Pieninach Udało jej się złapać za gałąź, ale niestety zescgłe drewno pęka i Stworzonka leci w dół i spada do oceanu, który rozciąga się na południe od Lwiej Skały. Skaczę za nią i wpadamna główkę do wody. Pod powierzchnią Stworzonka zamieniła się w kolorową rybkę, a ja zmieniłem się w jakieś czworonożne wodne afrykańskie stworzonko. Dookoła roi się od różnych rybek. Z głębi wyłania się ostronos i płynie w naszą stronę, na pewno nie w celu napicia się z nami herbatki z glonów. Uciekamy przed nim do jakiegoś korytarza wydrążonegow podnóżu Lwiej Skały. Jest tam dość ciasno, ale ku naszemu zdziwieniu ostronos zmniejsza znacząco swoje rozmiary i wpływa za nami. Zdesperowany chwytam go za nos i wtedy okazuje się, że jest on tylko dmuchaną zabawką. Okładam nim Stworzonkę po głowie niczym dmuchanym młotkiem w amerykańskich barwach kupionym na odpuście. Śmiejemy się, a dmuchany ostronos zmienia się w śmiejącego się Maczugę.

V.Sen o śnie o LD

Łażę jakimś obskurnym betonowym korytarzem i bluzgam pod nosem, że śnią mi się tylko sny o LD zamiast LD i jak np zrobię RT(i w tym momencie robię RT), to i tak wyjdzie pozytywny, mimo że dzieje się to we śnie.

19 VIII 2009

I. Muzyczne pytanie

Jest Sylwester. Siedzę w sypialni starych przed kompem. Dzwoni telefon. Odbiera mój ojciec i mówi, że to do mnie.Podaje mi słuchawkę mrucząc pod nosem "to trzeba mieć czelność - dzwonić w taki dzień". Osobą,która "miała czelność" jest moja "znajoma", z którą od bardzo dawna nie rozmawiałem. Pyta się mnie, czy nie mam następujących kawałków Kata na mp3: "Wyrocznia", "Metal i piekło", "Szydercze zwierciadło", "Tylko..." i "Odi profanum vulgus".
-"Wyrocznia" oraz "Metal i piekło" są z 666, "Szydercze zwierciadło" jest z albumu o tym samym tytule, "Tylko..." to kawałek Illusion z "dwójki", a "Odi" jest z Róż Miłości. Nie mam tych kawałków na kompie, ale albumy na rapidshare powinny być.
-A czy są naplayliście na Dzierżnie? Masz tam znajomych, a ja jadę tam na Sylwestra.

II. Sylwestrowa krzątanina

Jest Sylwester. Przygotowuję się do wyjścia na Imprezę do Kurczaka. Mam whisky i 50zł, ale nie mam piwa, więc będę musiał skoczyć do sklepu. Szukam mojej czerwono-kolorowej koszuli w kratkę, ale nie mogę jej znaleźć. Patrzę na ścianę mojego pokoju. Widnieje tam spry plakat z ubraną na czarno Bolgą siedzącą za jakimś piekielnym zestawem perkusyjnym w burzowej scenerii z czarnymi chmurami i piorunami w tle. Obok wisi ogłoszenie Vadera, w którym pisze, że odwozi ludzi do domu z imprez. Dzwonię do niego i pytam, czy nie odwiezie mnie z imprezy u Kurczaka. "Znowu chujowe Gliwice, ale dobra" - odpowiada. W dalszym ciągu szukam cholernej koszuli. Przekopałem już całą szafę i dalej nie mogę jej znaleźć. Dzwoni Zuzia i prosi mnie, żebym kupił jej kwiaty, jak będę wracał z imprezy, mogą być przywiędłe. Dobra, czerwonej koszuli już chyba nie znajdę. Mam lepszy pomysł! Ubiorę białą koszulę w Kaczory Donaldy i Myszki Mickey i do tego krawat w Donaldy. Ubieram to i pytam się mamy, co o tym sądzi. Mówi, że to bardzo oryginalny pomysł i na pewno nikt inny na coś takiego nie wpadnie. Mam się spieszyć. Dobra, zbieram się. Kurde! Nie mam piwa.

17 VIII 2009

I. Stewardessa z kwalifikacjami

Siedzę na przystanku autobusowym. Obok mnie na ławeczce siedzi koleś, który opowiada mi o tym, że wczoraj pierwszy raz jechał metrem i dupczył w pociągu stewardessę, która umiała wymówić "Z" podczas robienia loda.

II. Komentarze

Wchodzę na mojego bloga i okazuje się, że roi się na nim od komentarzy różnych ludzi. Jedni podają się za specjalistów w różnych dziedzinach i wytykają mi błędy, inni są po prostu spamerami i wysyłają mi miliony linków typu "Tani diazepam bez recepty", "wygraj 30000000000 złotych nie ruszając się z domu", "Nowa darmowa gra online" czy "powiększanie penisa w tydzień". Jeden gość otwarcie pisze, że jest spamerem profesjonalnym i zaprasza na swojego bloga i MySpace.

III. Przelew

Wracam do domu pociągiem. Jedzie ze mną Mojżesz oraz Michasia, Tymek i Krzysiu w innej części składu. Siedzę na podłodze, a obok mnie w ścianę wbudowany jest komputer. Wchodzę na iPKO, żeby sprawdzić stan konta i zrobić przelew za bilet. Niestety ciągle wyświetla się komunikat "za mało środków na koncie". Dziwne, jest trzydziesty pierwszy, to z automatu powinien się zrobić przelew od mamy. Dwóch łysych miśków idzie kupić bilety i grzecznie pytają, czy nie kupić też jednego dla mnie. Podbija Tymek i mówi, że też idzie po bilety. Przoszę go, żeby za mnie wyłożył, bo mam problemy z kontem. Cała rójka wychodzi przez boczne drzwi i wchodzi bezpośrednio do wielkiego pomieszczenia z kasami znajdująceo się w pociągu. Po jakimś czasie wychodzą i Tymek mówi, że nie miał za co wyłożyć, więc nie kupił mi biletu. Jeden z miśków mówi urażonym głosem, że trzeba było mu powiedzieć, bo przecież znam jego numer konta i mógłbym mu potem oddać przelewem. Pociąg zatrzymuje się na stacji. Wysiadamy. Od razu kieruję się do najbliższego bankomatu. Niech to szlag! Dalej nie ma kasy na koncie! Pytam Michasię, czy dzisiaj jest niedziela, czy święto. Odpowiada, że jedno i drugie. Super! To przelew dojdzie sto razy... Jestem wściekły. Rzucam telefonem o chodnik. Rozpryskuje się na betonie na setki części - nawet każdy klawisz leci osobno w inną stronę. Kurde! Miałem zadzwonić do mamy... Szukam anicznie zatyczki od baterii. Zaczyna padać.

IV. Genialny wynalazca?

Siedzę w jakimś zakurzonym starym pokoju z człowiekiem, który wszędzie widzi odcięte szare biegaące napalcach dłonie. Zauważam je dopiero, gdy mi je pokazuje. Opowiiada mi o swoich wynalazkach. Wynalazł m. in. piłkę nożną i świeczniki.

niedziela, 16 sierpnia 2009

16 VIII 2009

I. Porno cenzura i mistrz ciętej ripoty

Wszystkie pornole w necie zostały ocenzurowane. Bardzo mnie to rozbawiło i zacząłem pisać mnóstwo wrednych komentarzy na ten temat. Poza mną był tylko jeden gość, którego to bawiło i zamiast płakać pisał cięte komentarze. Np. komentarza jakiegoś desperata brzmiał "Jak mogli mi to zrobić, zniszczyli całe moje życie", a riposta "No to masz teraz hmmm... mgliste widoki na przyszłość" [cenzura polegała na rozmazaniu "kluczowych ujęć"]. Jak się okazało, ludziom spodobała się nasza wredota i przyjeżdżali dupczyć się w moim ogródku w basenie[którego oczywiście nie posiadam], przy czym w realu też działała cenzura, a ja i Mistrz Ciętej Riposty siedzieliśmy na leżkakach, popijaliśmy drinki z palemką i komentowaliśmy. "Coś twój kutas tak niewyraźnie dzisiaj wygląda".

II. Wykład

Siedzimy w przedsionku do sali VW czekając na wykład. Na jednej z opuszczonych rolet wyświetlają film - wykład. Siedzę między Martą a Jankiem. W pewnym momencie przesunąłem się do przodu i po chwili ululany monotonnym głosem wykładowcy postanowiłem się wyłożyć na ziemi. Okazało się, że Janek wpadł na podobny pomysł, tylko, że położył się na brzuchu, więc kladąc się z rozmachu , uderzyłem plecami o jego głowę. Bolało cholernie. Jego chyba też. Przeprosiliśmy się nawzajem i usiedliśmy normalnie. Po chwili zapytałem, czy nie chce jechać na żagle na Mazury. Odpowiedział, że chętnie, ale ma poprawkę.

III. Składana łajba

Mazury. Płyniemy jakąś dziwną łajbą - jest bardzo wąska i długa. Poza mną na pokładzie jest Michasia, Marzena, Jasiu i Szymon. Właśnie wchodzimy do portu, zwijamy żagle, wyciągamy wiosła. Jest cholernie wąsko - drogę wyznaczają biegnące po obu stronach słupki "graniczne" - biało - czerwone z godłem RP i trupią czaszką pod nim. Z naprzeciwka płynie parę łódek. Jest tak wąsko, że ledwo się mieścimy. W momencie, kiedy kończymy wymijać pierwszą łajbę, widzę wielką pasażerską krowę płynącą jakieś dwieście metrów od nas za linią słupków. Ale będzie fala. Dochodzi do nas w momencie, kiedy wymijamy drugą łódkę. Jakimś cudem udało nam się nie poobijać, bo fala była naprawdę duża, a ani my, ani oni nie mieliśmy odbijaczy. W omencie, kiedy szczęśliwie przepłynęliśmy obok niej, zrobiło się pusto przed nami. Dziewczyny bez słowa złapały za wiosła i zaczęły mocno wiosłować. Łajba nabrała zawrotne j prędkości, zanim zdążyłem wyjąć swoje wiosła. Słupki dosłownie rozmazywały się w oczach, a ja starałem się pilnować odległości od słupków, co przy tej prędkości było prawie niemożliwe. Uff. Dopłynęliśmy bezpiecznie do portu. Szymon wyciągnął łodkę na keję i złożył ją, dzięki czemu nabrała rozmiarów stołu. Ja z Jasiem mieliśmy ją gdzieś schować i dołączyć do nich do tawerny. Jasiu przujrzał się pakunkowi i rozłożył go jeszcze na dwie części, każda rozmiarów niedużego pudełka. Zauważyliśmy budkę podobną do kibla i uznaliśmy ją za dobre miejsce. już wspinaliśmy się na stryszek, kiedy usłyszeliśmy zdenerwowany głos właściciela. "Co wy tu robicie? To jest budka z hamburgerami i nie wolno chować tu niczego, co zawiera tekturę, bo potem mnie oskarżają, że robię tekturowe kotlety!". Jasiu nie przejął się i schował jeden pakunek, a drugi dał mnie. Postanowiłem nie wkurzać tego nerwusa, więc schowałem pół łajby pod koszulkę i wyszedłem z budki. Przy drzwiach stał jakiś obszarpaniec i chwycił mnie za włosy. Spiorunowałem go wzrokiem, więc puścił i cofnął się. Idąc dalej, słyszę odgłosy świadczące o tym, że Jasiu wdał się a nim w awanturę. Spoglądam za siebie i widzę, że Jasiu zaczyna uciekać, a goni go cała gromada żuli. wyprzedza mnie. Ekipa smakoszy nie wygląda zbyt przyjaźnie, więc również zaczynam wiać. Przebiegamy przez ulicę. W ogonie został już tylko jeden menel. Jasiu wbiega po schodach do tawerny i w tym momencie żul odpuszcza. Wchodzę za nim. Knajpa nazywa się "Szemba". Wchodzę do środka. Prawie nikogo tu nie ma poza ekipą czterech osób. Pytam się ich, czy nie widzieli grupki z wysokim brodatym kolesiem z włosami splecionymi w warkocz. Mówią, że nikogo takiego nie było. Zauważam z rozbawieniem, że jeden z siedzących pasuje do tego opisu poza tym, że nie ba brody.

IV. Bez komórki jak bez ręki

Siedzę z Jasiem i Misią przed jakimś domem we Wrocławiu. Podwórko tworzy dziedziniec otoczony żywopłotem z trzech stron. Przebijamy się przez kuty płot i podchodzimy do drzwi. Mówię im, że tu jest kibel, a klucz buchnąłem jakiś czas temu właścicielowi. Szukam go, ale niestety nie mam go w kieszeni. Słyszę szczekanie wielkiego owczarka podhalańskiego należącego do właściciela oraz kroki, zapewne gospodarza. Trzeba wiać! "Biegnijcie za ten budynek z napisem >>Farby i lariery<< - wskazuję budynek za żywopłotem. Spotkamy się na ławeczkach w parku obok pawilonu." - rzucam przez ramię i biegnę do wspomnianego parku. Tam przy kontenerach na śmieci myją się ludzie, polewając się wodą z wiader, tak, że ściekała do śmietników. podchodzę i chcę wyrzucić papierek z kieszeni. Wrzucam go do pustego kontenera z dużą ilością wody i z przerażeniem obserwuję, jak razem z papierkiem do wody wpada mój telefon. Pięknie! Zalany jak nic! Jak ja się  z nimi skontaktuję? Zaczyna padać. Czekam na Jasia i Misię, ale nie przychodzą. Idę zielonymi uliczkami, aż trafiam na główną drogę. Jeden z pasów jest zablokowany przez stojące tam dmuchane ludziki, reklamujące jakiś produkt. Drugim pasem nie jedzie nic. Po drugiej stronie jest jakiś hipermarket. Przechodzę przez ulicę i wchodzę do środka. Niestety nie ma ich tu. Znów przemierzam uliczki, aż w końcu trafiam do domu Jasia. Mieszka w sporym mieszkaniu w starej kamienicy. Wchodzę do środka. Jasiu i Misia suszą włosy. Umawiamy się tak, że teraz jedziemy do mnie, wstępując po drodze do Billi. Gdy jesteśmy już na miejscu, idę z Misią do sąsiadki. Podaje nam rosól z makaronem, marchemką i kiełbasą. mówi, że jedzie do Łeby, do nieznanej jej części z alejkami. "Wiecie, Łeba leży na takiej pedalskiej poduszce, w sumie nie, spirali, właściwie trzech spiralach układających się w taki wzór" - rysuje wzór na kartce. "Nie martwcie się, poradzę sobie".

Następne sny po powrocie z praktyk - za jakieś dwa tygodnie.

sobota, 15 sierpnia 2009

15 VIII 2009

I. Adrian

Moja siostra wróciła do domu z Yacht Clubu. Mówi, że idzie spać, a jak spróbujemy ją ruszyć, to Adrian się nami zajmie. Idę pod jej pokój. Jest zrobiony z wielkiego kartonu z wyciętymi drzwiami, przed którymi siedzi na taborecie niesympatyczny młodzian z nadwagą i wyglądem dresika z ciemnego zaułka. Mimo jego młodego wieku, nie podskoczyłbym mu.

II. Warhammer

Graliśmy w Warhammera. Akcja była osadzona w czasach wpólczesnych. Grę widziałem z dwóch perspektyw: jako mistrz gry widziałem pokój i kupmli, z którymi grałem - ten widok towarzyszył podczas sprawdzania kart charakterystyk, wykonywania rzutów itp.; gdy zaczynałem narrację mój głos powoli niknął, a ja przenosiłem się w ciało bohatera niezależnego, którego prowadziłem. Smieszny był to motyw, bo wszystko wyglądało jak we "Włatcach Móch" - postacie wyglądały jak my, tylko szczególy dotyczące ubioru, wyposażenia i rasy były dopasowane do gry. Był napakowany Baniol z wielkim mieczem, niski i krępy, brodaty Cebul, Boski z przepaską na oku i szablą. Ja wszystko widziałem z perspektywy niziołka Willowa. Za pasem miałem sztylet, a moje stopy były bose i gęsto owłosione. Wszyscy nosiliśmy wpółczesne ciuchy. Chodziliśmy korytarzami jakiejś wielkiej kopalni. Było raczej pusto i nudno. W końcu dotarliśmy do wielkiej groty wyposażonej jak moja kuchnia. Tu miała stoczyć się finałowa walka. Przeciwnicy musieli być przywołani rytuałem. Zdjąłem zlew z szafki nań przeznaczonej, po czym rozpaliliśmy w niej ognisko. Po jakimś czasie Da Gama[odgrywany przez Boskiego] sprawdził stan ognia i oznajmił, że został już tylko żar wypełniający spód szafki. To oznaczało, że można rozpocząć rytuał. Dinin[elf Baniola] wrzucał do żaru różne rzeczy, m. in. węgiel, rtęć, proch czarny, co przywoływało określone potwory. Nie pamiętam, co było przywoływane przez węgiel i rtęć[na pewno jednym z przeciwników był wampir], lecz gdy został wrzucony proch, który iskrząc i sycząc wytworzył kłęby siwego dymu, z ziemi "wynurzył się" żywiołak ognia. Była to bardzo trudna walka i dość męcząca wizualnie[ciągłe przenosiny między moim pokojem a grotą], ale w końcu z potwora pozostała tylko kupka popiołu. Jak się okazało[czego oczywiście się nie spodziwaliśmy], zwycięstwo nad żywiołakiem powodowało przywołanie najpotężniejszego i najstraszliwszego przeciwnika - wilkołaka Setha. Jedzie w unoszącym się w powietrzu rywanie - czołgu z żywego srebra w obstawie psychowilków. Zanim zostaje zauważony, celuje w głowę Toma[bohatera niezależnego, który towarzyszył naszym dzielnym łowcom przygód, wbijającego w tym momencie drewniany kołek w ziemię] i zabija go bez ostrzeżenia. Bohaterowie rzucają się na wrogów, lecz jest to ich ostatnia bitwa...

III. Burza

Jestem z Martą na jakimś metalowy festiwalu. Jest piękne letnie popołudnie. Idziemy pylistą ścieżką w stronę wielkiej sceny. Zaraz ma się zacząć dobry koncert. Patrzę za siebie i widzę zbliżającą się ścianę deszczu spadającą z czarnych chmur, między którymi przeskakują błyskawice. Zaczynamy biec. Czy zdążymy do namiotu?

IV. Twój bandaż... Jest do dupy

Byłem solidnie uszkodzony - miałem nawyrężony kark i dostałem czymś ciężkim w głowę. Musiałem się jakoś opatrzyć. W całym domu nie było bandaży, jedyną rzeczą o "podobnych" właściwościach był papier toaletowy. Zrobiłem sobie kołnierz ortoedyczny i czepiec Hippokratesa, który wykonałem sobie przed lustrem, myśląc tylko o tym, że wyglądam jak kretyn, bo w domu nie było białej ani szarej srajtaśmy, tylko taka w kwiatki. Oczywiście papier nie należy do najtrwalszych materiałów, więc musiałem ciągle wracać przed lustro i poprawiać, bo ez przerwy coś się luzowało, albo rwało. W końcu trafiłem do sali PO w moim liceum, gdzie zostałem wyśmiany przez Mojżesza.

V. Zając, bandyci i baryła po papierosie

Zima. Mama przygotowuje się do wyjścia na Sylwestra. Zbiera wszystkie świąteczne ozdoby - wieniec z ostrokrzewu, bombki, lampki, świeczki. Na świerkowej gałązce stojącej w wazonie widzę czekoladowego aniołka. Część sreberka jest oddarta, więc chyba nie będzie straty w krajobrazie. Odwijam anionłka i gryzę... Ble! Wyrób czekoladopodobny! "Zjedz sobie coś porządnego" - mówi mama. Patrzę, a tu na stoliku leży zajączek wielkanocny z czekolady Lindta. Jem go. Z łazienki słyszę głos mojej siostry.
-Mamo, ale w nowym roku nie będziesz bić bandytów?
-Jak będą tacy jak u Ali, to i tak ich zbiję. Ale mam baryłę po papierosie.
Mama wchodzi do pokoju i mówi do mnie podenerwowanym głosem: "Co tu robisz? Zaraz wychodzimy!". "Idę na baryłę" - odpowiadam.

VI. Grill i wypadające zęby

Grill u mnie w ogrodzie. Piękny letni dzień - słoneczko świeci, po niebie żeglują leniwe chmurki. Żyć, nie umierać. Są starzy i dwie dziewczyny. Jedna z nich leży na kocu i opala się. JEmy kiełbaski. Idę do domu nastawić wodę na herbatę. Zalewam torebki i niosę na tacy kubki z herbatą. Wracam do domu umyć ręce.

[w dalszej części znadują się treści mogące wywołać wstręt i obrzydzenie]

Stoję przed umywalką. Mam świetny humor, szczerzę się jak głupi do lustra. Co to? Dziąsło mojej wyszczerbionej górnej jedynki jest blade i opuchnięte, tak samo zresztą wygląda dziąsło dolnej jedynki, która jest w połowie ułamana[w rzeczywistości nie jest]. Dotykam językiem górnej jedynki. Rusza się. Co się dzieje? Po chwili wypada. Razem z korzeniem. Sprawdzam, czy dolna też się kiwa. Wypada razem z dwójką. Czuję coś twardego i dziwnego pod językiem. Wypluwam to. Jest to kość w kształcie połowy paraboli z dziurami - takimi jak zęby. Biegnę do mamy.
-Co to jest?
-Warstwa części zębodołowej żuchwy. Idziemy z tatą do Peicków.
Biegnę z powrotem do kibla. Patrzę w lustro, obnażając zęby. Wszystkie dziąsła dolnego łuku zębowego są białe i opuchnięte. Strasznie śmierdzą. Po zębach, które wypadły nie ma już śladu - pozostałe zęby ścieśniły się w łuku. Mam strasznie zdeformowaną żuchwę. Wypadają kolejne zęby. Biegnę przed dom. Starzy stoją koło budy psa sąsiadów i rozmawiają z nimi.
-Mamo! Zaraz nie będę miał dolnych zębów!
-Spokojnie, jutro pojedziemy do dentysty.

piątek, 14 sierpnia 2009

14 VIII 2009

I. Utonąć w tłumie

Czekam w "moim mieszkaniu" w bloku na chłopca na posyłki, który ma mi przynieść zapas mate. Widzę przez okno, jak pędzi przez Zwycięstwa. Nagle otaczający go tłum zaczyna szaleś i rzucają się na niego z wrzaskiem. Przez chwilę próbuje uciekać, ale w końcu tłum go pożera. "Utonął" - podsumowała mama.

II. Skórzana kurtka (+5 do straszliwości)

Idę z Moją, Łukaszem i Karpiem przez gęsty las. W pewnym momencie jakiś gość prowadzący na smyczy olbrzymiego dobermana zrównuje z nami krok. Pies cały czas gapi się na mnie i warczy, więc próbuję utrzymać jak najdalszy dystans. Niestety właściciel jak nakręcony opowiada nam o "piesku" idąc dokładnie tym tempem, co ja. "On ma do mnie respekt, bo ja cały czas noszę na sobie jego baty" - mówi o swoich siniakach. Łukasz niesie w pogotowiu wielki drewniany drąg. Pyta się Karpia, czy nie ma  jakiejś kurtki dającej respekt u dobermanów, Karpiu odrzuca, że swoją skórę zostawił w Dziupli[taki stryszek u Karpia w ogródku]. Przechodzimy przez dziuplę wielkiego drzewa na drewniany podest, z którego schodzimy bardzo długą, pochyłą drabiną.

III. Barwny komentarz

Siedzę przy kompie i piszę posta na tego bloga. Gdy już skończyłem go pisać, wyświetlam całego bloga i widzę nowy komentarz. Wchodzę w menu komentarzy i czytam go.  Jest niepodpisany. Jakaś znajoma pisze mi, że do 4(czwartego, czwartej, o co chodzi?) próbowała świadomie śnić, ale jej nie wyszło i nie będzie jej wychodzić, dopóki nie powstanie lista osób, którym to wychodzi. Wtedy pójdzie z tym do poradni. Komentarz jest bardzo długi, pamiętam tylko ogólny wydźwięk. Każde cztery linijki komentarza są napisane innym kolorem czcionki.

IV. Pociąg na Sylwestra

Jadę ze znajomymi na Sylwestra pociągiem, który socjalnie i funkcjonalnie wygląda na pociąg na Woodstock. Wsiedliśmy na piętro lokomotywy do pomieszczenia maszynisty. Jest tam mnóstwo miejsca i są rozłożone różne legowiska. Maszynista mówi nam, MAszynista mówi nam, że do pierwszej możemy spać, bo on też wtedy śpi, ale o pierwszej musi wstać i sprawdzić bilety. "Znajoma" mówi, że ona wysiada [gdzieś_po_drodze], bo ma tam konia i trzeba zaznaczyć to w bilecie. Wszyscy się kładą. Nie po to jadę tym pociągiem, żeby spać. Schodzę po zewnętrznej drabinie na dół pędzącego pociągu. Widzę długi bydynek z wielkim podwórkiem z napisem "Kibel uniwersalny dla pociągu na Woodstock". Nie, nie chce mi się skakać, odleję się w zwykłym kiblu. W kiblu zastanawiam się, czy lanie tu nie jest zabronione. Po chwili dochodzę do tego, że nie. Wychodzę z kibla i czuję senność. Obok drzwi do jednego z przedziałów widzę łóżko rozkładane ze ściany w poprzek korytarza. Kładę się na nim. Przez przyciemnioną szybę drzwi widzę Krzysia w przedziale. Wychodzi się przywitać, po czym wraca do środka. Zaraz! Tam w oddali siedzi Kurczak. Siedzi z ekipą klasową - ludźmi z wszystkich klas, do jakich chodziłem. Patrycja Gwarek pyta się, co u Olgi. Odpowiadam, że jest w przedziale maszynisty i zaraz pewnie zejdzie. Marta Bieniek pyta się mnie o ludzi ze studiów, szczególnie o "kujonkę z roku".

V. "Kujonki z roku" ciąg dalszy

Siedzę w łazience w domu ze starymi i Martą Bieniek. Przed chwilą padło pytanie o "Kujonkę z roku". "Jest uosobieniem anioła", tylko raz widziałem jak klnie. Jak znowu przyszli przesuwać kolokwium z anatomii, to jej usta poruszyły się w charakterystyczny sposób".
-Biedna dziewczyna - mówi mój ojciec - musieli się nad nią znęcać.
-Nie, czemu?
-No mówiłeś, że jej usta poruszyły się w charakterystyczny sposób, to znaczy, że ją bili albo okradali.
-Nie, to nie to - śmieję się - ulubiona kwestia Cristiano Ronaldo[chodziło chyba o Rogera Guerreiro :P] po polsku. nie widziałeś? Załuj!

czwartek, 13 sierpnia 2009

13 VIII 2009

Po dwóch dniach kompletnej pustki w głowie chyba zaczyna wracać mi senna pamięć, mam nadzieję, że była to tylko chwilowa niedyspozycja i od dzisiaj znów będę mógł raczyć Was surrealistycznymi opowiastkami.

I. Świątynia kanapek Twix

Wracam z Orgami z jakiegoś rajdu. W pewnym momencie musiałem odłączyć się od grupy w celu załatwienia jakiejś sprawy, lecz tutaj mam małą białą plamę w pamięci i nie pamiętam, o co dokładnie chodziło. W każdym razie byłem umówiony z nimi na łódzkim dworcu, skąd miał odjeżdżać pociąg do Wrocławia. Później miałem się przesiąść na pociąg do Gliwic i wrócić do domu. Mieli czekać na mnie przed pociągiem w pierwszej jednej trzeciej pierwszego peronu. Przychodzę na miejsce, a tam nikogo nie ma. Głodny jestem - myślę. Obchodzę dworzec w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Mam ochotę na Twixa. Obchodzę wszystkie kioski przed dworcem, ale w żadnym z nich ie ma sprzedawcy. Wchodzę do budynku. Wnętrze przypomina katedrę - ustawione są tam ławki, a przed nimi stoi ołtarz. Dookoła tego wszystkiego idzie "ścieżka" ulokowana na podwyższeniu powyżej poziomu oparć. Od "części modlitewnej" oddziela ją ozdobna żeliwna barierka. Idę tą ścieżką i dochodzę do stoiska z łakociami. Sprzedawcy również tam nie ma, ale jest kartka z numerem telefonu, na który należy zadzwonić w razie nieobecności sprzedawczyni. Wychodzę przed dworzec i dzwonię na podany numer. Odbiera jakaś kobieta.
-Dzień dobry, w czym mogę służyć?
-Chciałbym kupić Twixa. Mogłaby pani podejść na stoisko?
-Na które?
-Na to za ołtarzem.
-Dobrze, już tam idę.
Idę w stronę stoiska. Sprzedawczyni już tam czeka. "Zaraz przygotuję panu Twixa" - mówi. Wyjmuje bułkę i prekraja ją na pół. Bierze do ręki dolną połówkę i wykonuje maźnięcie musztardą tworzące poziomą linię w jednej trzeciej wysokości bułki - "Wola" - mówi. Następnie smaruje dwie trzecie bułki pasztetem - poczynając od linii musztardy w górę - "Smak". Na koniec bierze duży plasterek ogórka kiszonego i kładzie go poniżej musztardy - "Treść. Dziś nie wszyscy pamiętają o rytuałach" - mówi, podając mi bułkę.

II. Jak dobrze, że Biedronka jest tak blisko

Idę z Marzeną przez centrum handlowe. Przechodzimy obok Kolportera, który jest obwieszony plakatami "Wyprzedaż, wszystko za pół ceny". Marzena mówi mi, że w Diverse też jest wyprzedaż - wszysto po 32 zł. Idę tam, może będzie coś ciekawego. Na miejscu okazuje się, że owszem, jest wyprzedaż, ale za 32 złote są tylko produkty z Biedronki. Po sklepie chodzi i pręży się model prezentujący czarny T-shirt i białą czapkę. Zauważam, że mimo iż są to ciuchy z wyprzedarzy, to nie mają biedronkowych metek, tylko jakieś neutralne. Pytam się sprzedawczyni, dlaczego te rzeczy są takie "kryptobiedronkowe". Zaczynamy rozmawiać, lecz niestety nie pamiętam treści tej filozoficznej rozmowy. W pewnym momencie model zdejmuje aktualnie prezentowany zestaw ubrań i zakłada inny, a sprzedawczyni odwiesza czapkę na hak. Dzwoni budzik.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Kozanowskie wspomnienie

Z powodu lekkiego, lecz denerwującego załamania pamięci oraz faktu, że z dzisiejszej nocy pamiętam tylko jeden sen, który i tak widniał by tu jako "(...)", postanowiłem opublikować pewien sen, który przyśnił mi się kiedyś, jak mieszkałem na Kozanowie. Było to jakieś półtora roku temu, kiedy to anatomia była moim największym koszmarem, dostawaliśmy ze Zwierzem do głowy od nauki, nie słyszałem jeszcze o świadomym śieniu i nawet nie myślałem, że mogę pamiętać tak wiele snów. Ten jednak ciągle pamiętam bardzo wyraźnie.

Chirurgiczna wpadka

Jesteśmy ze Zwierzem w lecznicy dla zwierząt. Jest to dziwne miejsce: platforma z rozpiętym nad nią dachem, bez ścian, a prowadzą do niej bardzo długie schody z zieloną poręczą poprowadzoną przez środek. Wet gdzieś pojechał, zostawiając nas samych i powiedział, że mamy sobie radzić, ktokolwiek z czymkolwiek by nie przyszedł. Podjeżdża jakiś samochód. Wysiada z niego facet, który wyjmuje z tylnego siedzenia sporego psa, bierze go na ręce i niesie do lecznicy. Zbiegam po schodach, żeby mu pomóc, bo pies jest olbrzymi. Oczywiście musiałem się potknąć i runąć na schody. Zaczynam się z nich staczać.Łapię poręcz i cały obolały podnoszę się. Gość mówi, że lepiej sam już wniesie pieska, a ja mam się doprowadzić do porządku. Biednemu piesiowi trzeba amputować przednią łapę. Koleś mówi, że wróci za dwie godziny. Cóż, musimy się podjąć, nie ma wyboru. Zwierzu bierze się za amputację. Odpreparowuje skórę od strony łokcia i amputuje łapę na sposób anatomiczny - przecinając mięśnie łączące łopatkę z tułowiem. Robię wielkie oczy i krzyczę "Zwierzu! Coś ty narobił! Poza tym, to nie ta łapa!". Zwierzu uśmiecha się łobuzersko i  stwierdza "Nie ma najmniejszego problemu. Odetniemy mu drugą i zamontujemy z przodu kółka, właściciel nie ma prawa się zorientować.".

niedziela, 9 sierpnia 2009

9 VIII 2009

Impreza klasowa

Dogadaliśmy się klasą z gimnazjum, że zrobimy sobie spotkanie klasowe. Jako miejsce wybraliśmy "salkę parafialną" w Żernikach. Jest to[oczywiście w tym śnie] budynek na planie litery L z paroma salami do zabawy, jadalnią oraz brukowanym dziedzińcem, na którym w amfiteatralnej wnęce stoi kamienny posąg. Imprezujemy na śląski sposób. Właśnie skończyliśmy jeść karminadle. Wszyscy leżą obżarci i czekają, aż nadejdą nowe siły do picia. Przy zbieraniu naczyń okazuje się, że brakuje jednego talerza. To chyba Mati nie odniósl go na stół. Szukam, wołam, niestety nigdzie go nie ma. Yakuza mówi, że widział Matiego jak wychodził na dziedziniec. Wychodzę z salki i przeszukuję wzrokiem przestrzeń. Rzeczywiście, Mati siedzi pod posągiem. Podchodzę do niego i pytam, co zrobił z talerzem po karminadlach. Odpowiada, że postawił go na okienku do zwrotu brudnych naczyń. Ty to masz fajnie - mówię - parę minut z buta i jesteś w domu, a ja muszę jeszcze na busa czekać i dopiero z Ptasiej dymać.

sobota, 8 sierpnia 2009

8 VIII 2009

I. Koń czy kot - i tak nie pomoże

Woodstock. Koncert Clawfingera. Czekamy w ścianie śmierci na znak od wokalisty. "Linią frontu" idzie Goania. Zobaczyła mnie, podchodzi i mówi: "Nie mogę ci pomóc. Jestem kotem".

II. Yo ho ho and the bottle of rum

Siedzę w kuchni z moimi "znajomymi" żeglarzami. Jutro mam jechać do Wrocławia. Pijemy rum, rozmawiamy, śmiejemy się. W pewnym momencie jeden ze znajomych bierze z półki wielką butelkę rumu, w której umieszczony jest piękny model dwumasztowca. Mówię mu, żeby nie ruszał, bo to bardzo delikatna rzecz. Odpiera, że chce tylko pooglądać. Oczywiście po chwili butelka wyślizguje mu się z ręki i rozbija o posadzkę. Model rozleciał się na części pierwsze, rum rozprysnął się na pół kuchni no i oczywiście wszędzie leży potłuczone szkło. Jestem wściekły. Składam model z powrotem i suszę go pod lampą. "Tłuczkowi" każę zmieść szkło i zetrzeć rum z podłogi, jednak on wcale się ku temu nie kwapi. Zaczynam się z nim kłócić. Do kłótni dołącza reszta owarzystwa. Kuchnia tonie w mieszaninie krzyków i emocji.

III. Pocoś Kurwa Pojechał

Wstaję rano i idę na pociąg. Muszę jechać do Wrocławia. Dzisiaj pozwolę sobie na odrobinę luksusu - pojadę pośpiechem. Wchodzę na peron. Aha, w lusterku dupsko się odbija - pociąg jest doszczętnie zawalony. Wchodzę do przedsionka. Na ławeczce umocowanej na ścianie obok drzwi do kibla siedzi moja znajoma. Mówi, że jedzie do Wrocławia i  może mi zrobić trochę miejsca. Podnosi torbę z ławeczki i wrzuca ją na półkę nad nią. Siadam obok znajomej. Pociąg rusza. Z oddali słyszę kodnuktora kasującego bilety. Zaraz! Przecież ja nie mam biletu! Muszę wysiąść w Łabędach i kupić. Pociąg zatrzymuje się na stacji w Łabędach. Wysiadam z niego i idą ścieżką na dworzec. Przebiega ona przez gęsty las. Dochodzę do szczytu wzgórza. Prostopadle do ścieżki w prawo i w lewo schodzą schody. Jednymi z nich na pewno dojdę na dworzec. Wybieram te po lewej stronie. W pewnym momencie zakręcają pod kątem prostym, kończąc się na platformie. Widać z niej dworzec - wysoki budynek na planie kwadratu z czterospadowym dachem. Niestety muszę wrócić na schody schodzące na prawo od rozstaja. Schodzą one spiralnie po obwodzie kwadratu, tworząc swoisty lej. Kończą się one w otworze wejściowym w dachu dworca, gdzie przechodzą w mostek łączący wejście z szerokim gzymsem z barierką schodzącym spiralnie po wysokim filarze. Dochodzę do gzymsu. Patrzę w dół. Ładnie, od podłogi dzieli mnie jakieś dwadzieścia metrów. Nie chce mi się tyle schodzić. Będę skakał po zewnętrznej. Przechodzę przez barierkę i chwytam się jej. Zwieszam się i puszcam pręty. Łapię się barierki poziom niżej. W ten sposób pokonuję parę poziomów, gdy w pewnym momencie po zeskoku ledwo udało mi się złapać równowagę. Pieprzę. Jeszcze spadnę z dziesięciu metrów i taka będzie z tego wyprawa po bilet! Udało mi się wgramolić z powrotem na dobrą stronę barierki i grzecznie schodzę na dół. Podchodzę do kasy i kupuję bilet. Dziwi mnie to, że nie jest to wydruk, tylko bilet wypisany ręcznie na druczku, na jakim zwykle konduktorzy wypisują bilety. Cóż, jaka stacja, taki bilet. Idę na peron. Już wsiadam do pociągu, kiedy w głowie dzwoni mi dzwoneczek. Przecież ja nie mam bagażu! Nawet się nie spakowałem! Muszę wracać. Wsiadam na gapę w pierwszy lepszy pociąg do Gliwic. Wracam co prędzej do domu. Zastaję tam Qwasa i Ewkę pijących herbatę w kuchni. Mówią mi, że nie muszę się spieszyć, bo najbliższy pociąg mam dopiero za dwie godziny. 

IV. Na Allegro kupisz wszystko

Przeglądam Allegro. W oczy rzuca mi się kurs zwracnia na siebie uwagi. Jako bezpłatna próbka pokazany jest filmik, na ktorym jakiś szczyl pali papierosa i krzyczy "Pożar! Pożar!"

Reszta snu umknęła przez moje poranne lenistwo i "jeszetylkopięśminut"

piątek, 7 sierpnia 2009

7 VIII 2009

I. Kulawy Vader

Woodstock. Siedzę na ziemi w pobliżu wioski piwnej i piję piwo ze "znajomymi". Podchodzi Vader o jednej kuli. Mówię mu, żeby usiadł koło mnie i napił się piwa, bo pewnie niewygodnie jest mu stać. Odpowiada, że siadać to on nie będzie, bo to bez sensu, ale piwa chętnie się napije przed koncertem.

II. (...)

III. Moszny

Jadę autobusem z dwoma dziewczynami, które rozmawiają o swoich ulubionych mosznach. Jedna z nich mówi, że moszna jej faceta aż rwie się do pracy. "Jak trzeba wnieść szafkę na piętro, to moszna aż podskakuje i zwiesza się po udach".

czwartek, 6 sierpnia 2009

6 VIII 2009

I. Samosąd w górach

Surowe, wysokie góry. Niedawno gruchnęła wieść o człowieku, który molestował małego chłopca. Trafiłem na jego trop. Siedzę przed "moim domem" - drewnianą chatą na zboczu góry. Ojciec z "Sąsiadem" drwalem wyruszyli na poszukiwanie zbrodniarza, nie ma ich już od dłuższego czasu. W końcu wracają, niosąc zmasakrowane siekierą ciało. Przychodzą Szymon z Reyem i oglądają krwawe dzieło. Podjeżdża pickup, w którym siedzi znajomy starych. Mówi, że przyjechał po ciało, głowę i zbroję przestępcy. Ładujemy wszystko na pakę.

II. (...)

III. Jezioro Łabędzie

Stoję na brzegu basenu. Zaczyna się on bardzo łagodnym rozbiegiem, który przechodzi bezpośrednio w dno. Wszystko wyłożone jest błękitnymi płytkami. Zasadnicza część basenu ma dwa metry głębokości, a przez jej środek przechodzi siatka do siatkówki. Na trybunach siedzą Opiekunowie koła chemików i kibicują mi. Puszczono muzykę - Jezioro Łabędzie rozbrzmiewa gamą wspaniałych dźwięków na cały obiekt. Rozpędzam się w stronę wody. "Płyń łabędziem!" - krzyczą Opiekunowie. Wślizguję się po dnie do wody. Zaczynam płynąć. Łabądź jest bardzo ciekawym[fikcyjnym] stylem. Trudno mi to opisać - nogi robią "wykopy", a ręce w tym czasie "nożyce", przy czym przedramiona muszą być ciągle równoegłe do tafli wody, a wszystko synchronizuje muzyka. Przepłynąłem już parę okrążeń i prowadzę. W pewnym momencie spoglądam za siebie i widzę kolesia płynącego kraulem, który właśnie mnie wyprzedza. Obejrzenie się wybija mnie z rytmu i trudno mi go dogonić. Nurkuję, żeby przepłynąć pod nim i wysunąć się na prowadzenie, ale jest za szybki. Kończę wyścig na drugiej pozycji. Ale nudna ściana - przemknęło mi przez myśl.

wtorek, 4 sierpnia 2009

4 VIII 2009

I. Okno [LD]

Całość pamiętam bardzo mgliście. Chodzę po jakimś starym domu. W pewnym momencie staję przy oknie i stwierdzam, że to sen. Mam ochotę polatać. Skupiam się z wolą wzniesienia się w powietrze...

...wywala mnie do paraliżu. Leżę w swoim łóżku. Mam ochotę spróbować zrobić z tego WILD, ale jednak coś ciągnie mnie w inną stronę. Daję się ponieść trwożnym wyobrażeniom paraliżu przysennego. Czekam na zmorę. Do pokoju wchodzi moja siostra. Wchodzi na czworakach na moje łóżko i patrzy na mnie z nienawiścią. "Ja ci, kurwa, dam >>mam mało fajek<<", mówi, "teraz pokażę ci ból". Wgryza mi się w piętę, chwyta za krocze i ściska żelazną ręką. Zaczynam wirtować, szurając po podłodze. Ból jest nie do zniesienia. W pewnym momencie zauważam, że krzyczę. Zaraz, to tylko paraliż, sam tego chciałeś. STOP! Wracam do łóżka! Uff, skończyło się, pozostał tylko paraliż. Zamykam oczy i czekam na hipnagogia. Poiawiają się od razu. Czysta geometria w wielu wymiarach. Dobra, teraz jednak pora na WILDa. Czasoprzestrzeń nabiera coraz większej głębii, wyłaniają się realne hipnagogia, już chcę się kotwiczyć, gdy wszystko rozpływa się powoli tracąc wszystkie wymiary po kolei. Co jest?! No tak, dopiero 3:30 - pierwszy REM trwa około dziesięciu minut...

II. Znikająca dziewczyna i tarta hawajska

Jestem w kuchni w moim domu. Jest już wykończona - kafelki położone, ściany pomalowane, meble na swoim miejscu. Siedzę po turecku na podłodze. Czuję chłód płytek. Obok mnie siedzi rudowłosa dziewczyna z niesamowitymi smutnymi niebieskimi oczyma. Włosy ma splecione w dwa warkocze sięgające ramion. Jest piękna. Tak piękna, że trudno to opisać. Rozmawiamy. Wchodzi mama i mówi, że obiad jest już gotowy i zaraz go przyniesie. Odwracam się z powrotem do dziewczyny, ale jej już nie ma. Wchodzi ojciec i siada do stołu. Wstaję i zajmuję miejsce obok niego. Mama podaje kolejne dania. Jest ich bardzo dużo. Obżarłem się do tego stopnia, że nie jestem w stanie zjeść już niczego. Mamamówi, żebyśmy zrobili przerwę na kibel w celu zrobienia sobie miejsca na deser. Pytam się, co to będzie za deser. "Tarta hawajsko-czekoladowo-pomarańczowa" - odpowiada mama. W tym momencie przypominam sobie, że widziałem kilka torebek "mega porcji turbo budyniu czekoladowego" i wiem już, że właśnie to będzie na deser.

All of which are american dreams

Pierwszy sen na Woodstocku przyniósł mi trochę zapamiętanych snów, potem było jak zawsze na tego typu bibach.

I. Hawaje

Impreza na hawajach - plaża, morze, kobiety tańczące hula, drinki z palemką. Żyć nie umierać.

II. Nie żartuj z Lorda Voldemorta

Wracamy z tańców. Jadę w uno z Ziotrem i paroma "znajomymi". Siedzę w aucie na tylnym siedzeniu na środku i gram na gitarze, cicho śpiewając. Szyba jest uchylona. Przejeżdżamy obok jakiegoś wieżowwca, z okna którego wychyla się Szymon. "Majka to przynajmniej umiała głośno grać i śpiewać" - woła. "Spadaj" - bardzo adekwatnie do sytuacji odkrzykuję. Wjeżdżamy między wieżowce. Zio jedzie bardzo szybko, a ja z przerażeniem obserwuję zbliżający się łącznik.
-Uważaj, łącznik!
Zio ze śmiechem wchodzi w piękny drift i zatrzymuje się parę centymetrów od niego. Wysiadamy z samochodu i zmirzamy do mieszkania Ziotra. Jest z nami jeden nowy członek bractwa, więc oprowadzam go po mieszkaniu pokazując różne sprzęty związane z rekonstrukcją historyczną. Dochodzimy do trebusza. Jest trochę rozwalony, a usterki naprawione są różnymi współczesnymi elementami - tu sznurek od snopowiązałki, tu pałąk od wiadra. Pokazuję mu, jak się tego używa. Naciągam linę, ramię opada. Sieć jest gotowa do załadowania.
-W tym momencie ktoś włazi do sieci. Stary, ale piękne loty są po wystrzale! Nawet Lord Voldemort tak nie potrafi!
Wchodzi parę osób, zaczyna rozkręcać się impreza. Pijemy, śmiejemy się. Parę razy głupio żartuję z Lorda Voldemorta. Pukanie do drzwi. Czy to nie Voldemort? Ogarnia mnie strach. Nie, to tylko parę osób dołącza do imprezy. Znowu żarty, znowu pukanie, znowu Phobos puka do drzwi. Wchodzi parę osób. Są mokrzy od stóp do głów od deszczu. Wchodzą posępnie i dołączają do reszty. Po chwili słyszę paniczne, bardzo szybkie pukanie. Otwieram drzwi. Na korytarzu jest parę osób. Kulą się z przerażenia w kącie. Zbliża się do nich Jeż w hawajskiej koszuli. Usta i brodę ma całe we krwi. To musi być robota Fernira Greybacka. Obok jeża stoi dziki, szary pies. 
-Ratuj mnie - krzyczy głosem Skałki.

 
monitoring pozycji