sobota, 15 sierpnia 2009

15 VIII 2009

I. Adrian

Moja siostra wróciła do domu z Yacht Clubu. Mówi, że idzie spać, a jak spróbujemy ją ruszyć, to Adrian się nami zajmie. Idę pod jej pokój. Jest zrobiony z wielkiego kartonu z wyciętymi drzwiami, przed którymi siedzi na taborecie niesympatyczny młodzian z nadwagą i wyglądem dresika z ciemnego zaułka. Mimo jego młodego wieku, nie podskoczyłbym mu.

II. Warhammer

Graliśmy w Warhammera. Akcja była osadzona w czasach wpólczesnych. Grę widziałem z dwóch perspektyw: jako mistrz gry widziałem pokój i kupmli, z którymi grałem - ten widok towarzyszył podczas sprawdzania kart charakterystyk, wykonywania rzutów itp.; gdy zaczynałem narrację mój głos powoli niknął, a ja przenosiłem się w ciało bohatera niezależnego, którego prowadziłem. Smieszny był to motyw, bo wszystko wyglądało jak we "Włatcach Móch" - postacie wyglądały jak my, tylko szczególy dotyczące ubioru, wyposażenia i rasy były dopasowane do gry. Był napakowany Baniol z wielkim mieczem, niski i krępy, brodaty Cebul, Boski z przepaską na oku i szablą. Ja wszystko widziałem z perspektywy niziołka Willowa. Za pasem miałem sztylet, a moje stopy były bose i gęsto owłosione. Wszyscy nosiliśmy wpółczesne ciuchy. Chodziliśmy korytarzami jakiejś wielkiej kopalni. Było raczej pusto i nudno. W końcu dotarliśmy do wielkiej groty wyposażonej jak moja kuchnia. Tu miała stoczyć się finałowa walka. Przeciwnicy musieli być przywołani rytuałem. Zdjąłem zlew z szafki nań przeznaczonej, po czym rozpaliliśmy w niej ognisko. Po jakimś czasie Da Gama[odgrywany przez Boskiego] sprawdził stan ognia i oznajmił, że został już tylko żar wypełniający spód szafki. To oznaczało, że można rozpocząć rytuał. Dinin[elf Baniola] wrzucał do żaru różne rzeczy, m. in. węgiel, rtęć, proch czarny, co przywoływało określone potwory. Nie pamiętam, co było przywoływane przez węgiel i rtęć[na pewno jednym z przeciwników był wampir], lecz gdy został wrzucony proch, który iskrząc i sycząc wytworzył kłęby siwego dymu, z ziemi "wynurzył się" żywiołak ognia. Była to bardzo trudna walka i dość męcząca wizualnie[ciągłe przenosiny między moim pokojem a grotą], ale w końcu z potwora pozostała tylko kupka popiołu. Jak się okazało[czego oczywiście się nie spodziwaliśmy], zwycięstwo nad żywiołakiem powodowało przywołanie najpotężniejszego i najstraszliwszego przeciwnika - wilkołaka Setha. Jedzie w unoszącym się w powietrzu rywanie - czołgu z żywego srebra w obstawie psychowilków. Zanim zostaje zauważony, celuje w głowę Toma[bohatera niezależnego, który towarzyszył naszym dzielnym łowcom przygód, wbijającego w tym momencie drewniany kołek w ziemię] i zabija go bez ostrzeżenia. Bohaterowie rzucają się na wrogów, lecz jest to ich ostatnia bitwa...

III. Burza

Jestem z Martą na jakimś metalowy festiwalu. Jest piękne letnie popołudnie. Idziemy pylistą ścieżką w stronę wielkiej sceny. Zaraz ma się zacząć dobry koncert. Patrzę za siebie i widzę zbliżającą się ścianę deszczu spadającą z czarnych chmur, między którymi przeskakują błyskawice. Zaczynamy biec. Czy zdążymy do namiotu?

IV. Twój bandaż... Jest do dupy

Byłem solidnie uszkodzony - miałem nawyrężony kark i dostałem czymś ciężkim w głowę. Musiałem się jakoś opatrzyć. W całym domu nie było bandaży, jedyną rzeczą o "podobnych" właściwościach był papier toaletowy. Zrobiłem sobie kołnierz ortoedyczny i czepiec Hippokratesa, który wykonałem sobie przed lustrem, myśląc tylko o tym, że wyglądam jak kretyn, bo w domu nie było białej ani szarej srajtaśmy, tylko taka w kwiatki. Oczywiście papier nie należy do najtrwalszych materiałów, więc musiałem ciągle wracać przed lustro i poprawiać, bo ez przerwy coś się luzowało, albo rwało. W końcu trafiłem do sali PO w moim liceum, gdzie zostałem wyśmiany przez Mojżesza.

V. Zając, bandyci i baryła po papierosie

Zima. Mama przygotowuje się do wyjścia na Sylwestra. Zbiera wszystkie świąteczne ozdoby - wieniec z ostrokrzewu, bombki, lampki, świeczki. Na świerkowej gałązce stojącej w wazonie widzę czekoladowego aniołka. Część sreberka jest oddarta, więc chyba nie będzie straty w krajobrazie. Odwijam anionłka i gryzę... Ble! Wyrób czekoladopodobny! "Zjedz sobie coś porządnego" - mówi mama. Patrzę, a tu na stoliku leży zajączek wielkanocny z czekolady Lindta. Jem go. Z łazienki słyszę głos mojej siostry.
-Mamo, ale w nowym roku nie będziesz bić bandytów?
-Jak będą tacy jak u Ali, to i tak ich zbiję. Ale mam baryłę po papierosie.
Mama wchodzi do pokoju i mówi do mnie podenerwowanym głosem: "Co tu robisz? Zaraz wychodzimy!". "Idę na baryłę" - odpowiadam.

VI. Grill i wypadające zęby

Grill u mnie w ogrodzie. Piękny letni dzień - słoneczko świeci, po niebie żeglują leniwe chmurki. Żyć, nie umierać. Są starzy i dwie dziewczyny. Jedna z nich leży na kocu i opala się. JEmy kiełbaski. Idę do domu nastawić wodę na herbatę. Zalewam torebki i niosę na tacy kubki z herbatą. Wracam do domu umyć ręce.

[w dalszej części znadują się treści mogące wywołać wstręt i obrzydzenie]

Stoję przed umywalką. Mam świetny humor, szczerzę się jak głupi do lustra. Co to? Dziąsło mojej wyszczerbionej górnej jedynki jest blade i opuchnięte, tak samo zresztą wygląda dziąsło dolnej jedynki, która jest w połowie ułamana[w rzeczywistości nie jest]. Dotykam językiem górnej jedynki. Rusza się. Co się dzieje? Po chwili wypada. Razem z korzeniem. Sprawdzam, czy dolna też się kiwa. Wypada razem z dwójką. Czuję coś twardego i dziwnego pod językiem. Wypluwam to. Jest to kość w kształcie połowy paraboli z dziurami - takimi jak zęby. Biegnę do mamy.
-Co to jest?
-Warstwa części zębodołowej żuchwy. Idziemy z tatą do Peicków.
Biegnę z powrotem do kibla. Patrzę w lustro, obnażając zęby. Wszystkie dziąsła dolnego łuku zębowego są białe i opuchnięte. Strasznie śmierdzą. Po zębach, które wypadły nie ma już śladu - pozostałe zęby ścieśniły się w łuku. Mam strasznie zdeformowaną żuchwę. Wypadają kolejne zęby. Biegnę przed dom. Starzy stoją koło budy psa sąsiadów i rozmawiają z nimi.
-Mamo! Zaraz nie będę miał dolnych zębów!
-Spokojnie, jutro pojedziemy do dentysty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
monitoring pozycji