poniedziałek, 18 stycznia 2010

17 I 2010

Obudziłem się o w pół do jedenastej. Chyba jeszcze trochę pośpię. Wziąłem antybiotyk i położyłem się z powrotem. Kotka strasznie się darła, że chce wyjść, więc musiałem wstać i jej otworzyć. Lekko wkurzony położyłem się znowu. Nie minęła chwila, kiedy złapał mnie paraliż. Pisk w uszach, wibracje i hipnagogia wzrokowe. Pulsujące czarno-białe geometryczne wzory pochłaniają mnie. Koncentruję się i już po chwili...

Czas Apokalipsy [WILD]

... siedzę w moim ogrodzie. Na niebie widzę dwie czarne, bardzo gęste chmury, które powoli zbliżają się do siebie. Ktoś mówi, że to dwie głowice termojądrowe, które za niedługo się zderzą. Muszę temu zapobiec, lub chociaż być na miejscu, gdy to się stanie. Rozbiegam się i startuję. Ląduję parę domów dalej i stwierdzam, że lepiej mienić kierunek. Krzyczę "KONTROLA!" i lecę dalej. Mijam domy i ląduję na jakimś błotnistym skrawku ziemi na polach. Startuję znowu i lecę nad polami. Czy jest cudowniejsze uczucie niż lot nad polami? Kwintesencja wolności. Spróbuję polecieć "na indiańca". Przykładam ręce do boków ciała. Wrażenie niesamowite. Lecę nad polami, aż w końcu ląduję na dróżce do lasu. Dobra, w lesie będzie odpowiedź. Lecę do lasu. Spotykam tam Psajko i Marka. Męczą się z jakimiś gałęziami, które przeszkadzają w przejściu przez [stojące] drzewo. Włażę na pień i przyginam gałąź. Sproszkowaną korą rysuję towarzyszom na policzkach barwy wojenne. Budzę się.

niedziela, 10 stycznia 2010

Archiwalia vol. 2

14 XII 2009
Podczas weekendu w Warszawie, przy okazji spotkania z Warszawskimi HipnoJunkies, postanowiłem powalczyć z moją "senną niepełnosprawnością", mianowicie brakiem umiejętności latania. Poprosiłem Psajko, żeby hipnozą "wyłączył" mi ten problem. Jedna sesja i już dwa dni później...

Strzelanina i lot[DILD]

Lata trzydzieste. Jestem w ogrodzie jakiejś wielkiej rezydencji[wiecie, drewno i kamień, wielki ogród z poprzycinanymi krzaczkami itd.] i właśnie trwa strzelanina. W pewnej odległości w mroku są "trybuny", na których siedzą jacyś ludzie i obserwują wydarzenia. Skończyły mi się naboje. Podbiegam do jakiegoś mafiosa i wyrywam mu z ręki snajperę. W tym momencie czuję dłoń na ramieniu. Jakaś kobieta ciągnie mnie w mrok. Mówi mi, że dostanę tą snajperę, jeśli tylko zdejmę dwie osoby. Pokazuje mi je przez lunetę. W lunecie jest noktowizor. Dziwne. Skąd noktowizor w latach trzydziestych? Patrzę na wskazane osoby. Na ich widok serce mi normalnie pęka. Jedną z nich jest Marta. Przecież nie mogę zabić Marty w latach trzydziestych, bo nie spotkam jej w "latach dwutysięcznych". Z drugiej strony, jak choćby nie wystrzelę w tamtą stronę, to i tak tu zginę. No tak, ale żyć ze świadomością, że zabiłem Martę, to byłaby największa męka na świecie. Nie mogę zebrać w sobie siły, żeby strzelić albo do niej, albo do siebie. Dobra, i tak wszyscy tu zginiemy. Podnoszę karabin. Niewygodny. Przykładam kolbę do dołka strzeleckiego. Tajemnicza niznajoma mówi, że też kiedyś tak strzelała, ale teraz woli brać kolbę pod pachę. Mierzę w stronę dziewczyn, ale zamykam oczy i strzelam, jedynie "w tym kierunku". Zaczyna się panika na trybunach. Wszyscy zaczynają uciekać. Ja w tym czasie zdejmuję gangstera za gangsterem. Wbiegam po schodach do rezydencji. Drogę zastępuje mi Profesor. I znowu wyrzuty sumienia, ale dylemat mniejszy, bo mierzy mi z pistoletu w pierś. Z ciężkim sercem zabijam go. Wbiegam do budynku. Dziwne, zamiast drewnianych schodów, czerwonych dywanów i trofeów myśliwskich widzę wnętrze nowoczesnego wieżowca - stal, marmur i szkło. Strzelanina trwa nadal, tylko już nie jest tak mafijnie, tylko raczej "matriksowo". Biegnę po schodach zabijając wszystkich, którzy stają mi na drodze. Wbiegam na najwyższe piętro. Spotykam tam Opiekunów. Nie, tego już za wiele. Noktowizor w latach trzydziestych, ludzie z przyszłości w przeszłości, przeskok o osiemdziesiąt lat w ciągu przechodzenia przez jedne drzwi, karabin snajperski w moich rękach...
To jest sen!
Patrzę na dłonie. Mimo, że wyglądają normalnie, ich widok i fakt spojrzenia na nie tylko utwierdza mnie w stwierdzeniu, że to jest sen. Chwytam snajperę za lufę i kolbą wybijam szybę. Gosia pyta mnie, co zamierzam zrobić. Mówię, że zamierzam wyskoczyć przez okno i polatać sobie. Odpowiada, że przecież się zabiję. Mówię, że to jest mój sen i nic mi się nie stanie. Oczywiście nie wierzy mi. Przyciskam prawy palec wskazujący do wnętrza lewej dłoni. Przeciskam go na wylot i pokazuję jej. Bardzo dziwne uczucie. Trochę boli. Po wyjęciu palca zostaje mi dziura na wylot. No to co? Zasklepiam ją siłą woli. Wychodzę do korytarza, żeby wziąć rozbieg. Jest tam trzech mafiosów. Strzelają do mnie. Jedna z kul przeszywa moje udo. Uzdrawiam je i rozbiegam się w stronę okna. Wyskakuję. Lecę w dół. Nie spadam szybko, tylko łagodnie opadam. Ląduję w jakiejś piaskownicy. Zaraz, przecież ja mogę latać. Odbijam się od ziemi i płynę kraulem w powietrzu. Niesamowite uczucie. Po chwili ściąga mnie ku ziemi. Ląduję. Jestem na jakimś osiedlu wieżowców. Jest zielono. Nie ma tu żadnych ulic, tylko żwirowe alejki. Wszędzie rosną drzewa i krzerwy. Odbijam się ponownie. Nogi do kraula i ręce do żabki. Po chwili już lecę "czystą" żabką. No tak, ulice nie są tu potrzebne, bo ludzie przemieszczają się latając. Po chwili latania ląduję. Widzę spadającą z nieba dziewczynę i czuję, że tradycyjnie, jak w prawie każdym świadomym śnie, czuję uderzenie testosteronu. Myślę "czemu nie?". Chwytam ją za rękę i prowadzę w stronę garażu przy jednym z wieżowców. Patrząc na drzwi koncentruję się. Za nimi ma być wielka sypialnia z olbrzymim łożem z baldachimem. Otwieram, a tam zwykła piwnica. Zamykam drzwi. Koncentruję się jeszcze raz i dokładnie wizualizuję sobie sypialnię. Otwieram drzwi, a tam - piwnica. Może za rogiem jest sypialnia? Nic z tego - piwnica. W tym momencie podchodzi do nas jakiś pan w średnim wieku z panią w średnim wieku i grupką młodzieży. Mówią, że dziewczyna ma teraz zajęcia i nigdzie jej nie puszczą. Trudno. Idę w stronę jakiegoś wielkiego gmachu, a pan w średnim wieku podąża za mną i kłócimy się w stylu "Dnia śrira". Wchodzę do budynku. Wnętrze kojarzy mi się z jakimś akademikiem Oksfordu - kamienne ściany, kolumny, schody z czerwonym dywanem itd. Idę schodami w górę. Testosteron buzuje. Wiem, że zaraz pojawi się następna dziewczyna. Istotnie. Schodzi właśnie z naprzeciwka. Na mój widok gestem pokazuje mi, że mam iść za nią. Biegnę za nią do góry... Budzę się.

17 XII 2009

Senny plecak [DILD]

Stoję w jakimś pomieszczeniu, gdzie na podeście u szczytu schodów stoją Marta, Kamila i Wika. Pierwsza myśl: "To jest sen!". Zatykam nos. Mogę swobodnie oddychać! Podchodzę do Marty i pytam, czy mogę teraz wejść do jej snu. Kamila coś tam sceptycznie komentuje, że to nie może być sen. Zatykam nos i oddychając przez niego udowadniam jej, że to jednak sen. Chwytam prawą ręką za lewe kolano[Psajko założył mi taką kotwicę na ny plecak]. Spoglądam na swoje plecy i widzę dość spory szary sportowy plecak. Otwieram go i szukam klucza teleportacji, który powinien się tam znajdować. Niestety w środku są same szpargały - stare gazety, jakieś żelaztwo, ogólnie - śmieci. Za mną stoi drabinka do pawlacza. Wchodzę na nią i otwieram drzwiczki. W środku znajduję spory staroświecki klucz. Chwytam go i szukam drzwi. W końcu udaje mi się je znaleźć. Niestety klucz nie pasuje do zamka. Szukam takich, jakie będę mógł otworzyć przy pomocy tego klucza. Niestety nie znajduję takowych. Wychodzę na ulicę. (...)

sobota, 9 stycznia 2010

Archiwalia vol.1

Czas się wziąć za odświeżenie bloga. W natępnych postach zamieszczę najbardziej soczyste kawałki ze swojego dziennika snów od czasu, kiedy przestałem je publikować. Niestety byłem wtedy w dość kiepskiej formie i niektóre sny będą bez dat, a część może być dziurawa lub urwana.

[brak daty]
Orszak powitalny

Jestem ze znajomymi na dworcu w Olsztynie. Zaraz mają nadejść ludzie zmierzający na Grunwald.Dochodzimy na peron i rzeczywiście, słyszę nadchodzącą kolumnę. Zaczynam wołać, a raczej drzeć mordę w powitalnych okrzykach. Idą w najpiękniejszych zbrojach i strojach. Przed kolumną idą "krzykacze", którzy mają za zadanie odpowiadać na powitalne okrzyki. Kolumna idzie trójkami. Źle, ale da się to naprawić. Jak są już blisko, mówię, że potrzebuję podwójnej kolumny. Przegrupowują się, a ja w tym czasie idę przywitać się z dowództwem. Zauważam coś dziwnego na niebie. Jest to napis 0-000-000 wyglądający, jakby był "wyświetlony" na niebiesko na niebie. Porusza się. Okazuje się, że oznacza on mknącą na niebie strzałę. Spoglądam w lewo. Na olśniewającym koniu zmierza w naszą stronę Olśniewająca Pani. TO pani na zamku w Olsztynie. "Zdejmie z nas obowiązki turniejowe podczas uczty" - mówi ktoś z towarzyszy. Przez moją głowę przebiega myśl: nie zdążę na konie!

1 XII 2009
Wzgórze Jericho

Idę przez miasto z Chaosem i "znajomą". Zmierzamy w stronę jakiejś knajpy. Na zewnątrz czeka na mnie kilku drechów. Zaczynają mnie gonić. Długo uciekam przed nimi, aż w końcu w pościgu został już tylko dwóch, z czego jeden to chłystek. Męczę się z zapięciem od gazu. Klamra w końcu ustępuje, więc zawracam i nacieram na prześladowców. Strzelam gazem. Większy dostał w oko. Wracam biegiem do baru, bo Chaos i "kumpela" czekają na mnie. Na jednym z przejść dla pieszych spotykam Chaosa. Wracamy do knajpy. W knajpie jest Marzena. Mówi, że biegiem pokonłem odległość, jaką przebywa się marszem w dziewięć godzin. Okazuje się, że chłystek poszedł po starych. Zaraz zacznie się strzelanina. Spokojnie, Batman jest z nami.
[Batman]
Widzę mnóstwo ludzi atakujących kogoś w jakimś barze. Strzelam hakiem. Jedno huśtnięcie i już jestem w środku. Wystrzeliwuję agresorów jak kaczki.
[Roland]
Widzę dwóch szpakowatych mężczyzn. Jeden z nich podaje drugiemu pudełeczko z czterema szklanymi nabojami. Stoję na ulicy i widzę, jak jeden z nich wyciąga broń i zaczyna strzelać. Stoi tyłem do mnie. Wyciągam rewolwer i strzelam. Pada. Idę pod górę asfaltem. Widzę, że ktoś do mnie strzela. Widzę lecące kule. Unikam ich. Wyciągam rękę i strzelam. Celnie. Nadal lecą we mnie kule. Sukcesywnie zabijam tych, którzy posłali je w moją stronę. W pewnym momencie zza słupa wychyla się mały chłopiec i strzela do mnie. Wysyłam w jego stronę dwie kulę. Kiedy wychyla się kolejny raz, jest już martwy. Cały czas idę pod górę. Asfaltową drogą poprzez zielone łąki Wzgórza Jericho. Czuję bardzo silne wzruszenie. Nastrój jest bardzo wzniosły. Kule dale lecą we mnie, ale są już bardzo powolne. Gdy droga kończy się ślepo, idę przez łąkę. Kule zatrzymują się nad trawą i zamieniają w łzy. Gdy dotykam jednej z nich, łza zamienia się w kryształ. Nigdy w życiu nie czułem jeszcze tak silnego wzruszenia, jak tutaj, na łące szczytu Wzgórza Jericho.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

4 I 2010

Tak, wiem, opuściłem się... Mam sporo do napisania, ale nie mam kiedy to zrobić. Dzisiejsze wrażenia jednak są na tyle mocne, że nie mogę się powstrzymać.

Po powrocie z hipnotycznej sesji mającej na celu pomóc mi z bezsennością pouczyłem się jeszcze godzinkę i położyłem spać.
Stwierdziłem, że nie włączam dzisiaj alfa-budzika. Otworzyłem drzwi do wspólnego świadomego śnienia. Naładowałem się energią LD. Dość długo zasypiałem, ale w końcu udało mi się stracić świadomość i wkroczyć w krainę Morfeusza. Później jednak zaczęły się dziać dziwne rzeczy...

Into the WILD

Odzyskałem świadomość, kiedy zaczął wkraczać paraliż. Pisk urósł do dość nieznośnego natężenia, poczułem wibracje całego ciała i wtedy zaczęło się. Złapał mnie potworny szczękościsk. Myślałem, że zaraz sobie zęby połamię. Kończyny zrobiły się ciężkie i bezwładne.
Postanowiłem zaatakować brutalnie i po prostu zerwać się sennym ciałem do pozycji siedzącej. Usiadłem, lecz niestety zrobiło to ciało fizyczne. Cóż, wracam do snu.
Pisk, wibracje, szczękościsk, paraliż. Poczułem, że opadam - przez łóżko, jakby w ogóle go nie było.
Postanawiam skoncentrować się maksymalnie, mobilizuję całą swoją siłę woli...
Otwieram oczy. Jestem we własnym łóżku. Przestałem opadać. Wstaję. Zaciskam nos. Mogę oddychać! Próbuję zapalić światło pstryknięciem(chcę wyostrzyć wzrokowo, ale mało widać w ciemności, a włącznik światła jest od zewnętrznej strony pokoju). Nie udaje się. Upewniam się parę razy poprzez "nosowe RT", że to na pewno sen. Głupio byłoby obudzić pół domu. Bez wątpienia - to jest sen! No to mogę wrzasnąć. KONTROLA!!! KONTROLA!!! KONTROLA!!! Tracę równowagę. Upadam. Znów próbuję zapalić światło. Porażka. Dobra, to lecimy na dotyk. Kładę dłoń na dywanie i gładzę go. Czuję jego fakturę...
...widzę "łóżkowe otoczenie". RT pozytywny. Wywaliło mnie...
Zamykam oczy. Pisk, wibracje, szczękościsk, paraliż, opadanie, koncentracja. Wstaję. RT negatywny. Robię dwa kroki i pstryknięciem zapalam lampę. Pali się bardzo przyćmionym światłem. Upadam. Lampa gaśnie. Pocieram dłonie, koncentruję się, widzę...
...półkę nad łóżkiem. @^%$^$#, znowu!
Zamykam oczy. Pisk, wibracje szczękościsk. Zaczynam się zastanawiać, co zrobić, żeby nie uszkodzić sobie zębów, zmieniam lekko położenie żuchwy w celu zmiany miejsca obciążenia. Paraliż, opadanie.
Wstaję. RT(-). Zaczynam wirować koncentrując się na obrazie plaży. Upadam na podłogę...
...otwieram oczy w łóżku. %$^@$%%$&@&!!!
Zamykam oczy. Pisk, wibracje szczękościsk. Przypomina mi się scena z "Dnia świra", gdzie dentysta mówi Adasiowi, że powinien nosić ochronną szynę na zęby na noc. Chyba też muszę sobie taką sprawić... Paraliż, opadanie. A może tym razem zrobię "OBE"? Wizualizuję sobie "wyjście poza ciało". Rzeczywiście, jestem czymś bezcielesnym. Niestety widoczność jak w ciemnych okularach w nocy. Udało mi się "przelecieć" może ze dwa metry...
...po to tylko, żeby obudzić się w łóżku. Zaczyna mnie to męczyć. Co mi zależy, takie warunki nie zdarzają się na co dzień! Zamykam oczy.
Pisk, wibracje, szczękościsk, opadanie. Wstaję. RT(-). Przypominam sobie, jakie techniki ostrzenia były opisane na Lucidipedii. Dobra, próbujemy.

Od tego momentu znowu parę razy wywaliło mnie do chwili na sekundy przed paraliżem. Próbowałem ostrzyć i utrzymać się na wszelkie możliwe sposoby. Raz udało mi się aż do kuchni.
Łączna liczba WILDów licząc od pierwszego opisanego powyżej wyniosła dwanaście.
Po ostatnim straciłem świadomość do momentu, kiedy zorientowałem się, że...

Into the MLD [DILD]

...idę schodami na jakiejś obskurnej klatce schodowej. To jest sen! Zatykam nos. Mogę oddychać! Dobra, to teraz wbijam się do Psajko. Wchodzę do pierwszego lepszego mieszkania. Jest to jakaś obskurna speluna. W środku jest jakiś zarośnięty koleś. Coś tam gada, ale olewam go - teraz czas na ważniejsze rzeczy niż sprzeczanie się(pewnie jak zwykle o to, czy to jest sen, czy nie). Biorę pierwszy lepszy klucz z komody, która stoi obok i wydrapuję na drzwiach o strony mieszkania symbol Wspólnego Świadomego Śnienia. Myślę "Psajko" i otwieram drzwi. Znowu ta sam klatka. Tylko troszkę inna. Jest jakaś subtelna różnica. Klatka wygląda, jakby była taka... niestabilna. Wychodzę na zewnątrz...

[Ta część snu ze względu na eksperyment nie zostanie udostępniona, dopóki Psajko nie sięgnie pamięcią do swojego snu w tym czasie]

Budzę się we własnym łóżku w domu w Gliwicach. Wstaję i idę do dużego pokoju. Zaraz! Nie dość, że coś mi tu nie pasi, to przecież już wróciłem do Wrocławia po Nowym Roku! To jest sen! Dobra, to wbijam się z powrotem do Psajko po tym, jak mnie wywaliło. Biorę jakiś długopis. Drzwi do dużego pokoju są pobazgrane oczojebnymi markerami - różowym i niebieskim. Próbuję nakreślić symbol WŚŚ, ale nie widać go za cholerę. Wracam do kuchni. Stary coś ode mnie chce. Mówi, że coś muszę. Odpieram, że nic nie muszę, bo to mój sen. No i standardowo - "jasne, jasne, już ci się w głowie miesza itp. itd.". Nie chce mi się tracić czasu na tradycyjną donikąd prowadzącą sprzeczkę, więc olewam go. Biorę z koszyczka na stole dziwnego trójkolorowego markera. To nim prawdopodobnie zostały pobazgrane drzwi, prawdopodobnie przez moją siostrę, więc powinno go być widać. Wracam do pokoju i otwieram markera. Otworzył się żółty. Kreślę, znak, ale w ogóle go nie widać. Otwieram niebieski, ale w tym natłoku niebieskiego też go nie widać. Dobra, zmazuję ręką bohomazy i otwieram różowy. No! Teraz widać pięknie. Budzę się.
 
monitoring pozycji