Czas się wziąć za odświeżenie bloga. W natępnych postach zamieszczę najbardziej soczyste kawałki ze swojego dziennika snów od czasu, kiedy przestałem je publikować. Niestety byłem wtedy w dość kiepskiej formie i niektóre sny będą bez dat, a część może być dziurawa lub urwana.
[brak daty]
Orszak powitalny
Jestem ze znajomymi na dworcu w Olsztynie. Zaraz mają nadejść ludzie zmierzający na Grunwald.Dochodzimy na peron i rzeczywiście, słyszę nadchodzącą kolumnę. Zaczynam wołać, a raczej drzeć mordę w powitalnych okrzykach. Idą w najpiękniejszych zbrojach i strojach. Przed kolumną idą "krzykacze", którzy mają za zadanie odpowiadać na powitalne okrzyki. Kolumna idzie trójkami. Źle, ale da się to naprawić. Jak są już blisko, mówię, że potrzebuję podwójnej kolumny. Przegrupowują się, a ja w tym czasie idę przywitać się z dowództwem. Zauważam coś dziwnego na niebie. Jest to napis 0-000-000 wyglądający, jakby był "wyświetlony" na niebiesko na niebie. Porusza się. Okazuje się, że oznacza on mknącą na niebie strzałę. Spoglądam w lewo. Na olśniewającym koniu zmierza w naszą stronę Olśniewająca Pani. TO pani na zamku w Olsztynie. "Zdejmie z nas obowiązki turniejowe podczas uczty" - mówi ktoś z towarzyszy. Przez moją głowę przebiega myśl: nie zdążę na konie!
1 XII 2009
Wzgórze Jericho
Idę przez miasto z Chaosem i "znajomą". Zmierzamy w stronę jakiejś knajpy. Na zewnątrz czeka na mnie kilku drechów. Zaczynają mnie gonić. Długo uciekam przed nimi, aż w końcu w pościgu został już tylko dwóch, z czego jeden to chłystek. Męczę się z zapięciem od gazu. Klamra w końcu ustępuje, więc zawracam i nacieram na prześladowców. Strzelam gazem. Większy dostał w oko. Wracam biegiem do baru, bo Chaos i "kumpela" czekają na mnie. Na jednym z przejść dla pieszych spotykam Chaosa. Wracamy do knajpy. W knajpie jest Marzena. Mówi, że biegiem pokonłem odległość, jaką przebywa się marszem w dziewięć godzin. Okazuje się, że chłystek poszedł po starych. Zaraz zacznie się strzelanina. Spokojnie, Batman jest z nami.
[Batman]
Widzę mnóstwo ludzi atakujących kogoś w jakimś barze. Strzelam hakiem. Jedno huśtnięcie i już jestem w środku. Wystrzeliwuję agresorów jak kaczki.
[Roland]
Widzę dwóch szpakowatych mężczyzn. Jeden z nich podaje drugiemu pudełeczko z czterema szklanymi nabojami. Stoję na ulicy i widzę, jak jeden z nich wyciąga broń i zaczyna strzelać. Stoi tyłem do mnie. Wyciągam rewolwer i strzelam. Pada. Idę pod górę asfaltem. Widzę, że ktoś do mnie strzela. Widzę lecące kule. Unikam ich. Wyciągam rękę i strzelam. Celnie. Nadal lecą we mnie kule. Sukcesywnie zabijam tych, którzy posłali je w moją stronę. W pewnym momencie zza słupa wychyla się mały chłopiec i strzela do mnie. Wysyłam w jego stronę dwie kulę. Kiedy wychyla się kolejny raz, jest już martwy. Cały czas idę pod górę. Asfaltową drogą poprzez zielone łąki Wzgórza Jericho. Czuję bardzo silne wzruszenie. Nastrój jest bardzo wzniosły. Kule dale lecą we mnie, ale są już bardzo powolne. Gdy droga kończy się ślepo, idę przez łąkę. Kule zatrzymują się nad trawą i zamieniają w łzy. Gdy dotykam jednej z nich, łza zamienia się w kryształ. Nigdy w życiu nie czułem jeszcze tak silnego wzruszenia, jak tutaj, na łące szczytu Wzgórza Jericho.
sobota, 9 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz