środa, 29 lipca 2009

29 VII 2009

Dzisiaj niestety pustka. Wstałem koło dziesiątej i zacząłem przypominać sobie sny. Były przynajmniej trzy. Podczas analizy jednego z tych snów, wylądowałem w nim. Po pięciu minutach zadzwonił budzik. Po przebudzeniu nie pamiętałem już żadnego snu, zostały tylko urywki wyrwane z kontekstu. Następna porcja snów - po Woodstocku(tak, znowu biba, alkohol i niedosypianie, czyli będzie tylko parę strzępków).

wtorek, 28 lipca 2009

28 VII 2009

I. Obiadek u Profesora

Wszystko zaczyna się od tego, że dostałem płytę z teledyskami z Woodstocku. Odpalam ją i ląduję w jednym z teledysków. Patrzę na wszystko z obiektywu kamery. Widzę siebie stojącego w tramwaju. Brzmi jakiś patetyczny kawałek folkmetalowy. Widzę, jak czochram dynią w jego rytm. Kamera idze na prawo, pokazując ludzi bawiących się w tramwaju. Sztywno stoją tylko staruszkowie i drechy. Naprzeciwko mnie siedzi Profesor. Headbanguje w rytm muzyki. Kamera pokazuje raz mnie, raz profesora bawiących się w rytm kawałka skandynawskiej folkmetalowej kapeli. Teledysk kończy się. Wychodzę z domu. Jest piękny letni dzień. Przechodzę przez pętlę i kieruję się w stronę mostu. Zaraz za mostem, po prawej, stoi budynek, a na parkingu widzę Profesora. Podchodzę do niego i mówię, że nie wiedziałem, że słucha metalu. Odpowiada, że jest fanem od zawsze. Mówię mu, że widziałem go na teledysku skandynawskiej kapeli folkmetalowej. Odpowiada, że włśniemobdek rodznny i fajnie byłoby, jakbym wpadł. Wchodzę za nim do budynku. W salonie z brązowymi ścianami siedzi rodzinka Profesora. Wsuwamy rolady z kluskami śląskimi i modrą kapustą. Rozmawiamy o metalu i teledysku. Wychodzę na papierosa na betonowy pomost na piętrze z widokiem na naszą piękną żernicką Smródkę. Dopalam i wracam do budynku. Obiadowicze otworzyli już szampana i siedzą na podłodze. Robi się naprawdę wesoło. Dzwoni budzik.

II. Kłótnia w Chinach

Jestem w Chinach. Siedzę w Białym Pokoju. Wszystko tu jest białe - ściany, sufit, kafelki na podłodze, łóżko, pościel, okna. Poza mną w Białym Pokoju siedzi jakieś chińskie małżeństwo. Oboje ubrani na biało - on siedzi na łóżku, ona na podłodze, plecami opiera się o łóżko. Oboje trzymają na kolanach czarne laptopy i robią coś na nich. Rozmowa z nimi wygląda tak, że odpowiadają dopiero po chwili, z niechęcią jakby odrywając wzrok od monitora. W pewnym momencie poczułem się urażony. Wyłączam dużym palcem u stopy listwę zasilającą. Z satysfakcją patrzę, jak gasnie monitor Chinki. Ale co to? Od razu po wyłączeniu się, komp startuje znowu. Patrzę na listwę, a przełącznik z powrotem znajduje się w pozycji "on". Nie ma innej możliwości, zapłacą mi za zniewagę! Czuję narastający gniew. Wychodzę z Białego pokoju do korytarzyka. Wygląda identycznie jak mój przedpokój, tylko skrzynka z bezpiecznikami jest inna. Za każdymi drzwiami wychodzącymi stąd znajduje się kolejne mieszkanie. Dobiegają z tamtąd odgłosy świadczące o tym, że lokatorzy są obecni. Muszę wybrać odpowiedni bezpiecznik, żeby nie wyłączyć prądu komuś niewinnemu. Ten z prawej, to chyba ten dobry. Przestawiam dźwigienkę w dół, ale po paru sekundach wraca ona do swojego pierwotnego położenia. Jestem wściekły. Chwytam przełącznik i trzymam go w pozycji "off". Z Białego pokoju dobiegają wrzaski, że mam włączyć im prąd. Z bezpiecznika sypią się iskry, zaczyna sie też lekko dymić. Nie, nie poddam się

poniedziałek, 27 lipca 2009

27 VII 2009

I. Życie na wysokich obrotach

Jadę autobusem do Marzeny, bo mamy iść na piwo do jakiejś knajpy na jej osiedlu. Jest późny letni wieczór. Słońce właśnie zachodzi. Wysiadam na przystanku. Jestem "osiedlu Marzeny" - sporym blokowisku, ale raczej przyjaznym niż "dzielni prawdziwych kozaków". Bloki są czyste i zadbane, peerelowska zabudowa, obite żółtymi płytami. Telefon daje mi znać, że dostałem SMSa. To od Marzeny - pisze, że jednak nie idziemy na to piwo, bo idzie na spotkanie dotyczące łapania stopa na Woodstock. Odpisuję, że już jestem blisko, więc mogę też pójść. Spotykam ją w alejce między blokami. Idzie z "koleżanką" - ubraną w skórzaną kurtkę z mnóstwem ćwieków i kolorowym irokezem na głowie. Skręcamy w jakąś boczną alejkę. Po chwili zatrzymujemy się. Koleżanka pyta się mnie, czy uważam życie na wysokich obrotach i spontan za fajne. Odpowiam, że tak. Zaczynamy śpiewać.

II. Tu stacja Zabrze - M1

Wracamy z Jeżem pociągiem z Lasku. Niedaleko za Pewlą jest stacja koło zabrzańskiego M1. Wysiadam zabierając ze sobą gitarę. W ostatniej chwili słyszę wołanie Jeża, że zostawiłem w pociągu plecak. Wsiadam z powrotem i biorę plecak, niestety drzwi się już zamykają.

III. ???

Jestem w "akademiku". Na stole widzę "mój" toster, w którym są już gotowe tosty z pomidorem.

IV. Jakość wódki badaj patrząc na nią pod światło

Kuchnia na Lasku. Późna noc. Siedzę z Bladym, który narzeka, że nie ma już niczego do żłopania. Obok ławeczki jest mój plecak. Sięgam do niego i wyciągam flaszkę. Blady mówi, że to pewnie jakaś chujowa wódka, na co ja odwracam ją etykietą w stronę Bladego i pokazuję mu, że to absolut. Bierze ją i bada pod  światło. Mówi, że to jedna z najczystszych wódek i że z tej okazji będziemy pić ją z nakrętki.

No i znowu urywki...

Jak już wspominałem kilkukrotnie, długotrwałe imprezowanie nie służy śnieniu...

26 VII 2009

Dracula

Siedzę z Michasią w kuchni na Lasku. Jest już bardzo późno. Jestem pijany. Michasia mówi mi, że Vlad IV Tepes nie był Draculą, tylko popkultura ogłosiła, że to on był Wampirem. W rzeczywistości był on nazywany , co oznacza "gałgan", a prawdziwym Draculą był jego kuzyn.

Autostop

Znowu Lasek, Michasia, późna pora i stan nietrzeźwości. Tym razem siedzimy w palarni, a Michasia kategorycznym tonem mówi mi, że wracanie pociągiem z Lasku nie wchodzi w grę i koniecznie MUSZĘ złapać stopa.

piątek, 24 lipca 2009

23 VII 2009

 I. Sen zimowej nocy letniej

Ognisko z tyłu ogródka Bitlesa. Siedzę ze znajomymi[prawdziwymi i sennymi] przy ogniu. Popijamy wino, gadamy, śmiejemy się. Jest piękna letnia noc. Rozmawiam z jakąś dziewczyną. Siedzimy po turecku na ziemi w pewnej odległości od ogniska. Poruszamy filozoficzne tematy, bardzo dobrze nam się rozmawia. W pewnym momencie zdaję sobie sprawę, że impreza jest troszkę za głośna. Zajęty rozmową nie zauważyłem, jak gwar robi się coraz głośniejszy. Aktualnie towarzystwo wyśpiewuje na całe gardła ochrypłymi głosami jakąś obsceniczną piosenkę. Nagle zza krzaków od strony Gdyńskiej słyszę męski głos wzmocniony megafonem. "Stójcie, Policja! Jesteście Aresztowani!" Wszyscy zrywają się i zaczynają uciekać. Wstaję szybko i kieruję się w stronę parku. Mojżesz woła za mną "zostawiłem twój miecz u Bitlesa". Wyprzedza mnie i wchodzi do domu. Wybiega z Bitlesem i jednym z jego psów. W ręku trzyma mój miecz. Bitles nas pogania, "uciekajcie, bo was złapią!" - woła. Przeskakuję przez płot i ląduję w śniegu po kolana. Biegnę do domu, przeskakując przez zaspy. Otwieram boczne drzwi i wbiegam do mojego pokoju. Chowam miecz pod kołdrę, w tym momencie słyszę pukanie. W drzwiach stoi policjant z "Rodziny Zastępczej" i każe mi pokazać moje sanki. Podaję mu je, on ogllądadokładnie płozy. "Są OK, nie były jeżdżone". Idę do kibla na papierosa. Palę szybko. Zza drzwi starzy pytają mnie, kto się utopił. Odpowiadam, że nikt, że to tylko zakłócanie ciszy nocnej. "To ładną mamy straż sąsiedzką" - odpowiada ojciec. Wychodzę z kibla. Starzy podają mi grzanki na talerzu. Zrobione są one z połówek bułek pospanych tartym serem. Ojciec mówi mi, że jeden z nich mówił o dziewczynie "szybkiej jak gepard, w goglach w prążki, uzbrojonej w krótką włócznię", która wskoczyła do rowu i narobiła im dużo problemów. Mówi też, że będzie musial uważać, jak przyjdą do dyrektora i siostry mamy[moja mama nie ma siostry].

II. Fear of the blast

Próba Iron Maiden. Jasiu i Ziotr grają na gitarach "Fear of the dark". Siedzę i przysłuchuję się. Grają trochę za wolno motyw ze zwrotki. Wystukuję im na stole, w jakim tempie powinni to grać. Jasiu wkurzony puszcza mi w odpowiedzi z komórki jakiś kawałek, w którym są prawie same blasty. "Fajne mamy kurtki" - stwierdza Zio.

III. Gdzie jest Sławek?

Jesteśmy pod "Rafałem" na os. Obrońców Pokoju. Jest piękna pogoda. Jest parę osób z bractwa i kilku Murzynów. Pakujemy rzeczy na Grunwald do dostawczego poloneza z odkrytą paką. Gdy już wszystko jest załadowane, wsiadamy. Ludzie z bractwa wsiadają do środka, Murzyni na pakę, a ja wchodzę na dach i chwytam się włóczni przywiązanej do bagażnika dachowego. Prowadzi jakiś siwy Murzyn. Ruszamy. Pęd powietrza rozwiewa mi włosy, cóż za piękne uczucie! Ale jak my jedziemy? Macham kierowcy, żeby zjechał. Podjeżdża na jakiś parking dla tirów. Opieprzam go, że jedzie jakąś dziwną trasą i przesiadamy się.
-Zaraz! Czy my czegoś nie zapomnieliśmy?
-Czego?
-Sławka!
-Rzeczywiście, nie ma go tu.

W tym momencie zostałem obudzony.

środa, 22 lipca 2009

22 VII 2009

Ruskie mutanty

Idziemy z Ziotrem na bohurt. Zio jest ubrany w swoją zbroję, ja jestem opancerzony na lekko. W drodze dyskutujemy na temat strategii, jaką należy zastosować przeciwko Ruskim tzn. podzielić się na cztery grupy, z czego po dwie szarżują na każdą flankę wroga. Gdy Ruscy osłabią środek, z każdego skrzydła oddziela się jedna z grup i łącząc się, atakują centrum. Docieramy na pole i ustawiamy się w szyku. W tym momencie podbiega do nas jakiś gość i mówi, że bohurt odwołany, ponieważ Ruscy zmutowali i mają w skórze receptory dla seryny. Seryna występuje w pocie niedźwiedzia, a na bohurt to same niedźwiedzie przecież przychodzą, więc Ruscy będą nas czuć na odległość przez skórę i walka będzie nierówna. Niepocieszeni musimy zejść z pola.

wtorek, 21 lipca 2009

21 VII 2009

I. Morały Kwaśniewskiej

Biegniemy z Ziotrem ścieżką między obozami na Grunwaldzie. Goni nas Jolanta Kwaśniewska i krzyczy za nami "seks to nie wszystko, poszukaj innego rozwiązania".

II. Odwodnienie i piloci

Mieszkałem w jednym mieszkaniu z jakimiś dwoma kolesiami i staruszką.  Kolesie bardzo jej nie lubili i postanowili się jej pozbyć. Gdy wyszła na zakupy, zamknęli drzwi i zrobili w mieszkaniu dyskotekę. Ich genialny plan polegał na tym, żeby babcia zaczęła sikać, dopóki nie odwodni się na śmierć. Po chwili wróciła starucha. Zaczęła się dobijać do drzwi i krzyczeć, że zaraz się zleje. Odkrzyknęli jej, że koło drzwi jest butelka i żeby lała do niej. Tańczyli, a starucha lała do butelki. W pewnym momencie zza drzwi dobiegł krzyk "wylałam już dwa litry, wpuśćcie mnie!", ale oni ją olali i tańczyli. Było ich trzech. Wszyscy ubrani w bardzo stare stroje lotnicze - długie płaszcze, czapki pilotki i gogle. Na podłodze położyli miniaturowe steki - około pół centymetra średnicy - żeby nie rozbić sobie głów jak będą na nich lądować. W rytm muzyki skakali wysoko i lądowali na stekach głowami. W pokoju było także dwóch innych kolesi. Jeden miał ksywę Condom, był wysoki i miał włoski na żelu, a drugi - zwany radziem - był niski, gruby, miał długie czarne włosy spięte w kucyk i brodę sięgającą mostka. Oznajmili nam, że oni tańczą następni i pobiją pilotów na głowę.

III. Przeglądarka

Siedziałem z Jasiem i Misią przy kompie w jakimś obcym mieszkaniu. Moim zadaniem było stworzenie przeglądarki, która pokaże nam wszystkie zdjęcia z Grunwaldu. Długo kombinowałem, ale w końcu się udało. Otwieram program, a tu wyskakuje cała kaskada zdjęć i to takich, których nie chciałbym pokazywać[stworzone na potrzeby snu, reszta zdjęć, to rzeczywiste zdjęcia z tegorocznego Grunwaldu]. Wybucham histerycznym śmiechem i zaczynam odciągać uwagę wszystkich i pozamykać te zdjęcia. Gdy zostały już tylko zdjęcia, które mieliśmy oglądać, robię pokaz.

IV. Tarcza

Siedzę z Ziotrem w moim garażu. Robimy ziotrową tarczę, bo poprzednia rozwaliła się na bohurcie. Nowa jest wycięta z jakiegoś grubego pleksiglasu. Obijamy ją drewnem, żeby nie było widać sztuczności i oklejamy ją płótnem, które jest już umalowany w barwy Białej Bramy. Mówię Ziotrowi, że na następny Grunwald będę już uzbrojony na ciężko i będę napierdalał w bohurcie Ruskich. Odpowiada mi, że jeśli takie jest moje podejście, to wręcz nie powinenem tam w ogóle iść. Mówię mu, że tak naprawdę, to ja tylko chcę sprzęt sprawdzić.

poniedziałek, 20 lipca 2009

20 VII 2009

Po grunwaldzkiej dziurze w mózgu zaczynam znowu ćwiczyć pamięć snów. Dzisiaj dosyć biednie, ale jak w końcu dobrze wypocznę, będzie dużo lepiej.

I. Szpadel najlepszą drzewcówką

Pola grunwaldu. Przeszukuję cały obóz mojej chorągwi w poszukiwaniu szpadla, który ma mi posłużyć za broń w zbliżającym się bohurcie. Jest strasznie gorąco, pot leje mi się z czoła, a szpadla nigdzie nie ma. Czuję, że raczej nie zdążę. Trudno, za rok też będzie bohurt.

II. Fundacja Prisoners zaprasza na film

Jest ciepłe popołudnie. Niedawno dostałem piracką kopię "Dnia Świra" nagraną dla mnie przez Fundację Prisoners. Płyta jest w cienkim opakowaniu DVD z białą okładką z kartki w kratkę wyrwanej z jakiegoś zeszytu. Tytuł jest nabazgrany niedbale niebieskim długopisem. Właśnie ma się zacząć organizowany przeze mnie pokaz tego filmu. W garażu jest już ekran z prześcieradła i wyświetlacz. Pierwsi goście już przyszli. Miotam się jak kot z pęcherzem, bo co chwile znika mi film, wyświetlacz albo goście.

Parę urywków

No i po Grunwaldzie. Alkohol i niedosypianie nie pomagają w zapamiętywaniu snów, więc przywiozłem stamtąd tylko trzy urywki.

14 VII 2009

Owady ninja

W obozowisku strasznie przeszkadzało nam wszelkiego rodzaju robactwo, więc Jasiu wymyślił technikę zamierania w miejscu, co powodowało że stawał się niewidoczny dla owadów przy obiedzie. Śmierdziało to na kilometr, więc wszyscy się z niego śmiali. W odpowiedzi na to Sławek odkrył, że można zmielić się na czarny pył , który unosi się w powietrzu, przez co znika się z pola widzenia. "Teraz to ja jestem sprite" - podsumował swoje odkrycie.

15 VII 2009

Snopowiązałka

Z pieniędzy bractwowych kupiliśmy snopowiązałkę, dzięku której mieliśmy stały dostęp do kostek słomy oraz moglimy wiązać różne dziwne rzeczy. Jasiu zgłosił się do przetestowania opcji wiązania ludzi. Wszedł do środka i po chwili wyjechał związany dokładnie w pozycji embrionalnej.

18 VII 2009

Potówki

Idę sobie na pole turniejowe. Zaraz zacznie się bohurt[niepozorowana bitwa na stal]. Jestem w samych gaciach, a całe moje biodro pokrywają obrzydliwe, olbrzymie potówki. Przechodzę pod barierką, ale od razu zatrzymuje mnie justycja, ponieważ ludzi z potówkami nie wpuszczają na pole.

poniedziałek, 13 lipca 2009

13 VII 2009

I. Wujek Dobra Rada

Baniol oznajmia mi, że mam być spokojny, bo jego Wujek Dobra Rada jest chirurgiem i nas wszystkich poskłada w razie czego.

II. Naga faja

Jestem w szkole z moiom kuzynem. Jest to jakiś dziwny stary budynek, kilkupiętrowy. Właśnie zaczęła się przerwa i idę na papierosa. Wchodzę na piętro i trafiam na woźnego, który mówi mi, że musi spisywać wszystkich, którzy podczas tej przerwy wyjdą ze szkoły. Daję mu moją legitymację[kartę studencką, jaką mam teraz], a on spisuje moje dane, po czym oddaje mi ją. Przede mną są drewniane drzwi do przedsionka z mnóstwem małych okienek. Gdy je otwieram, z korytarza do przedsionka przechodzi kilka małych burych kociąt od matki, która leży niedaleko na korytarzu i właśnie karmi. W przeciwnym kierunku wbiegają kocięta od matki z przedsionka. Robi się bajzel uogólniony. Wszyscy biegają, każdy w swoją stronę. Cóż, muszę przywrócić koci porządek, to może ludzie się też uspokoją... Podchodzi Olga i pomaga mi uporządkować sytuację. Przy okazji okazuje się, że w przedsionku jest wydra wielkości foki, która podszywa się pod kota. Olga bierze ją pod pachę i wychodzimy ze szkoły. Idziemy żwirową dróżką pośrodku soczyście zielonego trawnika w stronę budki stróża. Olga wypuszcza wydrę i idzie w stronę bramy goniąc wydrę poza teren szkoły, a ja w tym czasie pilnuję, żeby nie uciekła w boczną ścieżkę. W końcu zwierzę daje za wygraną i ucieka za bramę. Olga wraca do szkoła, a ja rozbieram się do naga, wchodzę na klomb i palę papierosa. Gdy już dopalam, przez bramę wchodzi jakiś typ. Cieć wychodzi z budki i go zatrzymuje.
-Dokąd to?
-Do akademika, do pokoju "Wesołe Poo"
-Co?
-PIAST GLIWICE!!!
-Jaka jest oficjalna nazwa pokoju?
-Nie wiem, znam tylko pseudonim i tylko tym powinniśmy się posługiwać.
Ubieram się, okazuje się, że gdzieś zniknęły moje sandały. Idę do pokoju z butami w akademiku.; Szukam długo. Nigdzie ich nie ma. Wychodzą ostatni ludzie i gaszą światło. Dalej szukam, tym razem pod łóżkami. Nie ma ich nigdzie.

III. Dobra kebaba prosto z drzewa

Stoję na drabinie. Jest cholernie wysoko - piętnaście metrów jak nic. Na jakimś słupie obok jest Wituś. Maluję szerokim pędzlem drzewa drobiowe maślanką. Wołowe i Baranie już pomalowałem, zostały już tylko te.
-Ale będzie dobra kebaba - mówię.
-Chyba kebab - odpowiada Wituś.
-Wiem, śmieję się, Turasy tak mówią.
Skończyłem malować, teraz trzeba zejść. Stoję na szczycie drabiny. Próbuję zejść na ostatni szczebel, ale drabina chwieje się mocno.
-Wituś, potrzymaj mi drabinę, bo zlecę!
-Spoko, nie zlecisz, jest stabilna.
Oczywiście na przekór słowom Witusia drabina przewraca się jak na zwolnionym filmie. Próbuję złapać się słupa, o który opart była drabina, ale mijam go o milimetry. Gałąź drzewa jest też zdecydowanie za daleko. Spadam w otchłań Mięsnego Sadu.

IV. Melina z Monty Pythonem w tle

Noc we Wrocławiu. Idę z mamą przez jakąś szemraną dzielnicę. Idziemy do mojej ulubionej meliny. Jesteśmy już przy wejściu, gdy za plecami  słyszę głos "mojego znajomego", który wygąda jak Beavis z Beavis&Butthead. Krzy7czy  do mnie: "Jakąś laskę przyprowadziłeś?". "Nie, to moja mama" - odkrzykuję. Wchodzimy do środka przez oświetloną neonami bramę. Są tam "moi znajomi" oraz... tata, wujek Darek i babcia Gosia. Biegnę do "Beavisa" i zaczynam przepraszać, że z mamą przychodzę. "Spoko, nie ma problemu, twoja mama jest spoko". Beavis siedzi na murku i łyka acodin. Wracam do meliny. Na prawo od wejście są przeszklone drzwi, przez które widać łazienkę, w której aktualnie bierze prysznic Błażej. W głównej sali stoi kanapa, na której siedzą wszyscy, a na przeciwko niej jest stary telewizor. Właśnie leci Monty Python. Dosiadam się i oglądam. Po skończonym programie rozpoczyna się "Seans kryminalny Lady Arkturus". Leci czołówka, podczas której armaty strzelają w rytm skocznej muzyki na zieonej trawce.

Następne wpisy zamieszczę, jak wrócę z Grunwaldu, najwcześniej w niedzielę.

niedziela, 12 lipca 2009

12 VII 2009

I. ECM

Siedzę przed kompem i mam sprawdzić, co oznacza skrót ECM. Ma to mieć jakiś związek z dopaminą. Odpalam Wikipedię i wpisuję ECM. Wyskakuje hasło: European Community of Motorists - duża firma zajmująca się transportem międzynarodowym.

II. Domofon, winda i kawa zbożowa, czyli sen o świadomym śnieniu

Jest to chyba efekt WBTB z MILDem, co nie do końca się powiodło, bo przez cały sen dostawałem znaki, żeby zrobić RT, tylko nie zrobiłem tego ani razu świadomie, lecz wynikło to ze scenariusza snu i wszystkie RT były pozytywne.

Byłem ze starymi około drugiej w nocy w okolicach Cmentarza Lipowego. Starzy wyszli załatwić jakąś sprawę, a ja miałem na nich zaczekać przy samochodzie. Niedaleko ode mnie powoli jechała śmieciarka i opróżniała wszystkie uliczne kosze. Chciało mi się palić, więc schowałem się między bloki i zapaliłem sobie. Patrzę na domofon jakiejś kamienicy. Spis nic niemówiących mi nazwisk oraz przy czterech ostatnich numerach - "Świadome śnienie". Nie zastanawiając się, od razu zadzwoniłem. Usłyszałem jakiś kobiecy głos oznajmiający, że właśnie jest spotkanie i bardzo fajnie, że wpadłem. Wchodzę do środka i widzę windę. Skąd winda w kamienicy? Wchodzę do niej i wciskam dziesiątkę. Jadę na najwyższe piętro. Drzwi są otwarte, a stoi w nich Zwierzu. Przywitał mnie radośnie i zaprosił do środka. Wchodząc zorientowałem się, że zostawiłem buty przed wejściem na klatkę. Cóż, muszę się wrócić. Zwierzu idzie ze mną. Wchodzę do windy i kładę się plackiem na brzuchu na podłodze. Winda zaczyna jechać w dół. Nagle czuję zaburzenie równowagi - to podłoga przechyliła się, jakby była zaczepiona na jakiejś osi i odsłoniła ziejącą pustkę szybu. Przerażony podciągnąłem się i stanąłem na osi, próbując utrzymać równowagę. Zwierzu przyglądał się temu ze stoickim spokojem, pewnie balansując ciałem nad przepaścią. Zjechaliśmy na sam dół, a zaraz przed parterem Zwierz podskoczył i wylądował mocno na samym brzegu podłogi, co spowodowało, że podłoga zrobiła się pionowa i obaj polecieliśmy jakiś metr w dół. Ja się przestraszyłem, a Zwierzu ryknął śmiechem i powiedział: "Niezły ubaw, co?". Zaraz za drzwiami wejściowymi stały moje buty. Wyskakuje na mnie pies Zwierza - czarny kundel rozmiarów i masy amstaffa, z podciętymi uszami. Zwierzu krzyczy na niego i pies się uspokaja. Biorę buty i jedziemy na górę - tym razem bez przygód. Spotkanie prowadzi pewna nauczycielka z mojej podstawówki, poza nią jest jeszcze jakaś dziewczyna[ta sama, co we wczorajszym snie z "La Signe"] oraz oczywiście Zwierzu. Siedzimy i słuchamy jej nauk. W końcu oznajmia, że to już koniec dzisiejszego spotkania, ale kto chce, może zostać. Zjeżdżamy na dół, bo winda na noc musi być zaklejona super mocną czerwoną taśmą klejącą[taką samą, jakiej używa się na biochemii do różnych rzeczy]. Winda jest już zaklejona i ze Zwierzem postanawiamy zostać. Odwracam się od drzwi windy i okazuje się, że jestem w kuchni[która dziwnym trafem "przeniosła się" na korytarz na parterze koło windy] i siadam na zwolnionym przez dziewczynę krześle. Jestem bardzo śpiący. Próbuję VILDa - tradycyjnie wyobrażam sobie marsz polną ścieżką. Poczułem senne ciało. Koncentruję się na dłoniach i budzę się patrzący na dłonie na wspomnianym krześle. Zaciskam nos i próbuję zrobić wdech, żeby sprawdzić, czy to nie fałszywe przebudzenie, ale nie mogę tak wciągnąć powietrza. Trudno, rzeczywistość[to jest cały czas sen, więc dziwne, że RT pozytywny wyszedł].
-Jestem tak zmęczony, że widzę hipnagogia na jawie - mówię do Nauczycielki.
-Usiądź na czymś twardym, mogę zobić ci herbatę.
-Nie, dziękuję za herbatę, bo nie zasnę.
Siadam na kwadratowym fotelu bez oparcia z twardą poduszką na siedzeniu. Biorę ze stolika kubek dziewczyny, która wyszła. W środku jest kawa zbożowa.

III. Lepper zaprosił mnie do swojego programu wyborczego, żebym podczas transmisji opowiadał o feng-shui i origami, co ma zachęcić rolnioków do poznawania kultury Wschodu.

sobota, 11 lipca 2009

11 VII 2009

I. Tajność danych?

Byłem mocno pijany[w rzeczywistości też byłem, może nie tak mocno]. Siedziałem przy kompie z paroma osobami i próbowałem się zalogować na moje konto w systemie. Za cholerę nie mogłem poprawnie wstukać hasła. Wszyscy się ze mnie śmiali, bo okazało się, że mogą dokładnie śledzić moje żałosne próby, ponieważ pole wpisywania hasła nie jest "gwiazdkowane", tylko pokazuje wszystko, co wpisuję.

II. Cukierki ziołowe

Pokój Mojżesza był ulokowany tak jak pokój Karpia i do tego podobnie umeblowany. Obok był pokój babci Mojsy, nazywany przez wszystkich "strychem babci", jako że było tam mnóstwo gratów[rzeczywiście nie był strychem, tylko normalnym pokojem na piętrze]. Zaraz za drzwiami na "strych babci" stała wysoka szafka z wiśniowego drewna, na której stała szklana miska wypełniona pysznymi ziołowymi cukierkami. Zszedłem na dół z pokoju Mojsy(zawijając po drodze parę cukierków) i wyszedłem przed dom. Mojżesz siedział z babcią na huśtawce ogrodowej. Dosiadłem się do nich i zacząłem wcinać cukierki. Babcia zauważyła, co to za cukierki i powiedziała do mnie: "one normalnie uzależniają - to pyszne ziołowe nadzienie i jest go tak mało , żeby się nacieszyć jednym cukierkiem, więc sięgasz po następny - tak się to zaczyna...". Poprosiła mnie, żebym przyniósł jej gazetę z jej "strychu". Idę na górę i wchodzę na "strych". Jest ciemno - żaluzje są zasłonięte. Na podłodze wala się mnóstwo rzeczy - ubrania, książki, buty. Przed barłogiem stoi włączony telewizor. Na barłogu zrobionym z cienkiego materaca i mnóstwa kołder leży gazeta.

III. Bank

Stoję w banku. Ludzie ustawieni są w dwie kolejki. Jedna z nich prowadzi do okienka, za którym siedzi jakaś elegancko ubrana kobieta. Druga kolejka prowadzi do jakiegoś łysego faceta ubranego w pomięte spodnie z garnituru i takąż niebieską koszulę. Okienka tu nie ma - kolejka ciągnie się do gościa i zatrzymuje bezpośrednio przed nim. Stoję chwilę i zastanawiam się, w której kolejce powinienem stanąć. W żadnej - przecież przyszedłem tu po bandaż. Idę na zaplecze. W niebieskim pokjoju siedzi prowadzący z agronomii w czarnym garniturze i niebieskiej koszuli z bławatkowym krawatem. Mówię mu, że przyszedłem po opatrunek. Wyciąga bandaż spod lady.

IV. La Signe, psylocybina i nieoczekiwane spotkanie

Siedzę w labie z Opiekunami koła chemików i Markiem. Rozmawiamy o rajdzie, który warto by zrobić niebawem. Dochodzimy do tego, że przyda się psylocybina. Potrzebny jest też kwas fosforoorganiczny, bo właśnie trwa doświadczenie z fosfolipidami, a kwas jest potrzebny do homogenizacji zawiesiny, a nikt go nie ma, więc trza go wziąć przy okazji zakupu psylocybiny. Wychodzę z laboratorium. Okazuje się, że znajduje się ono w domku zaraz obok mojego domu. Idę na przystanek. Jest piękny dzień - słoneczko grzeje, ptaszki śpiewają, na niebie cirrusy. Wsiadam do autobusu. Jedziemy Żernicką. Obok mnie siedzi jakaś dziewczyna. Ma niebieskie oczy i brązowe włosy związane w kucyk. Mówi mi, że powinienem zrobić "La Signe" - przełożyć dłonie w ten sposób, żeby palce przeciwnych dłoni ułożone były naprzemiennie, pod kątem prostym, tak żeby utworzyły X. Autobus skręca w lewo. Odpowiadam, że nie zrobię "La Signe" dopóki nie będę wiedział, po co to. Po chwili orientuję się, że chodzi o krzyż i nie wykonuję tego gestu. Dojeżdżamy do przystanku w lesie. Wysiadam i wchodzę do znanego mi już banku. Kolejki są bardzo długie, ale mnie to nie obchodzi. Idę w stronę zaplecza. Z zaplecza wychodzi jakiś ksiądz. Zauważam, że nie mogę tam wejść, bo postawili biurko w poprzek korytarza. Po chwili wychodzi facet z agronomii i siada za biurkiem. Proszę go o psylocybinę i kwas fosforoorganiczny. Wyciąga spod lady małą paczuszkę zawiniętą w chusteczkę higieniczną i podaje mi ją. Chowam ją za pazuchę i idę na przystanek. W autobusie spotykam tę samą dziewczynę, co wcześniej i tłumaczę jej, że powinna swoje "La Signe" pokazywać tak, żeby ludzie wiedzieli, o co chodzi, czyli palce powinny tworzyć +, a nie X. Wysiadam z busa i idę w stronę labu. Mam ochotę zapalić sobie na półkolu, więc idę tam. Spotykam dwóch kolesi, którzy są najlepszymi kumplami. Opowiadają mi historię o ciekawym spotkaniu. Mieszkali w dwóch odlległych miastach, a wylądowali na jednym dołku w mieście pośrodku za palenie trawy.

piątek, 10 lipca 2009

10 VII 2009

I. Tetris builder

Stoję sobie na jakimś osiedlu. Jest słonecznie i wieje lekki wietrzyk. Po niebie leniwie płyną cirrusy. Obserwuję, jak po drugiej stronie ulicy trwa budowa: z nieba lecą[tak, unoszą się w powietrzu bez żadnego dźwigu] wielkie zielone klocki tetrisa i układają się w wieżowiec - żyletę. Siedzę po turecku i leniwie, "jednym okiem" obserwuję sytuację. Czuję się błogo, jest cieplutko, niedawno jadłem obiad. Powstał już spory fragment wieżowca, ale nagle jeden klocek został wstawiony źle. Powstała spora luka. Jestem tym mocno zaskoczony. W tym momencie gra - budowa ustaje. Podchodzi do mnie jakaś kobieta, tak na oko koło trzydziestki. Jest ubrana w szarą garsonkę, buty na niskich obcasach, ma kasztanowe włosy i nosi duże owalne okulary ze złotą oprawką. Mówi mi, że to co się teraz stało jest symbolem nierówności wszechogarniającej nasz niesprawiedliwy świat. Jest dziennikarką i prowadzi badania socjologiczne o poglądach na temat równości ludzi w różnych grupach społecznych. Wplątuję się z nią w dyskusję.

II. Szpitalne lśnienie

Siedzę z Maćkiem na korytarzu szpitalnym. Opowiada mi o tym, że każdy może mieć lśnienie i nawet się ne obejrzę, jak go doświadczę. Patrzę na koniec korytarza i widzę blask jasnego światła. Maciek mówi mi, że lśnienie u różnych ludzi jest inne, w zależności od ilości wydzielanych w nocy hormonów.

środa, 8 lipca 2009

8 VII 2009

Dzisiaj biednie, to chyba przez alkohol

Beodwłokowe życie

Kleszcz, którego wczoraj wyciągnęła mi mama okazał się być usuniętym fragmentarycznie. W moim ciele została głowa z odnóżami. Gdy dotknąłem rany i rozciągnąłem lekko, resztki kleszcza wylazły z niej i zaczęły łazić mi po brzuchu.

wtorek, 7 lipca 2009

7 VII 2009 - nieoczekiwany sukces

Obudziłem się o siódmej rano z doszczętnie pustym łbem. Pogodziłem się już z tym, że dzisiejsza strona w dzienniku będzie pusta. Wstałem, poszedłem na papierosa, po czym położyłem się.

Into the VILD

stwierdziłem, co mi szkodzi, 6 godzin i tak już przespałem, więc jak nie zasnę już, to przynajmniej będę mógł funkcjonować. Wszedłem w trans i zacząłem sobie wyobrażać, że idę ścieżką za domami na osiedlu, przy polach. Obraz zaczął się wyostrzać i w pewnym momencie poczułem moje senne ciało. Nauczony doświadczeniem, że najprawdopodobniej zaraz mnie wywali, od razu zacząłem wirować, żebu złapać stabilność. Wywaliło mnie do czuwania. Pamiętając o fałszywym przebudzeniu postanowiłem niezwłocznie zrobić RT. Okazło się, że jestem w paraliżu, więc RT raczej nie zrobię. Cały czas czułem, jakby moje ciało dalej wirowało wzdłuż długiej osi. Prawie od razu straciłem świadomość...

Zamkowy Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu(?) [LD - WBTB]

Wychodzę z salki prób. Jestem sam, nie mam gitary. Jest około piątej. Ulice jeszcze śpią, pojawiają się pojedyncze samochody i ludzie. Idę na przystanek. Stoi tam już parę osób. Jedna kobieta rozpacza, bo zgubiła swoją posrebrzaną bransoletkę. Podjeżdża autobus. Wsiadam do niego i sięgam do kieszeni w poszukiwaniu portfela z biletem. Drzwi zamykają się. W mojej kieszeni nie ma portfela, za to jest bransoletka - strasznie brzydka, z paru zwoi grubego łańcucha, chyba rzeczywiście posrebrzanego. No tak! Portfel został w plecaku, plecak został na przystanku! Krzyczę do kierowcy wysokim głosem "zatrzymaj się! Zatrzymaj się!", a on mówi, że zaraz będzie przystanek. Wysiadam i wracam na poprzedni. Mam wielką nadzieję, że plecak jeszcze tam jest. Przy okazji oddam tej biednej kobiecie bransoletkę. Tylko co ja jej powiem, żeby nie wyszło, że ją ukradłem. Sięgam do kieszeni. Bransoletki nie ma. Jest pistolet. Na przystanku stoją pały i robią dochodzenie, ponieważ w jakiejś latrynie znaleźli broń i szukają źródła. Na przystanku leży futerał na gitarę w czarnym worze na śmieci. Gliniarze otwierają go i wyciągają M16. Kurwa mać! Ja mam pistolet w kieszeni! Muszę wiać! biegnę na wzgórze zamkowe, na którym wznosi się zamek identyczy jak Chudowski, tyle że nie w ruinie. Po drodze wplątuję się w zaporę z namiotów. To jakiś obóz ogrodników. Po krótkiej rozmowie wynikło, że to nie są studenci ogrodnictwa, tylko ogrodnicy amatorzy i nie znają nikogo z ogrodnictwa. Wchodzę przez bramę do środka i biegnę do góry. Muszę gdzieś ukryć spluwę. Wiem! Pójdę do kibla i ukryję go w spłuczce. Słyszę wołanie z dołu. Jakiś starszy mężczyzna ubrany na brązowo z siwymi włosami do ramion i bródką opieprza mnie, że wchodzę bez pozwolenia. Mówię mu, że jestem z Białej Bramy i znam tą wieżę jak własną kieszeń.

-Muszę do klopa, ale mój portfel został na przystanku w plecaku, daleko stąd, więc nie mam dwóch złotych.

-Nie ma problemu, oddasz na jakiejś uczcie.

Dał mi kluczyk z rozwalonym czerwono - żółtym breloczkiem. Idę więc do kibla. Wchodzę przez ciężkie drewniane drzwi do bużego wykafelkowanego pomieszczenia z umywalkami. Wchodzę do kabiny nie zamukając drzwi. Sięgam do kieszeni - gnata nie ma. Cóż, przynajmniej sobie zapalę. Wyciągam papierosa, odpalam i zaciągam się dymem. Po chwili słyszę jakieś kroki. Całkiem niedaleko. Przecież to jet muzeum i tu chyba nie wolno palić! Zamykam drzwi. W zamalowanym na biało oknie jest wentylatorek, który wyciąga cały dym na zewnątrz. Skonczyłem. Wychodzę do "umywalni", a tam stoi jakiś koleś w strasznie mrocznym stroju, na głowie ma babycap - jedyny poprawny element ubioru. Pali otwarcie, bez żenady. Mówi, że jego bractwo zaraz będzie miało tu ucztę. Wychodzę z łazienki i idę podziękować Klucznikowi. Gadając z nim, wyczuwam portfel w kieszeni. Przepraszam za moje roztargnienie i daję mu dwa złote.

***Zaraz! Przecież mój portfel został w plecaku na przystanku!***

Przechodzę do pokoju obok i zaciskam nos. Z całej siły kurczę mięśnie wdechowe... Do płuc wdziera się świeże, chłodne powietrze! Przenika mnie fala ciepła i "mocy" - od pięt do czubka głowy. Tym razem nie dam się zrobić. Od razu zaczynam wirować. Jakość się pogorsza, wszystko ciemnieje. W ostatnim rozpaczliwym momencie tracenia świadomości przypomniałem sobie nauki Don Juana. Spoglądam na ręce i koncentruję się. Są mocno opalone i błyszczą, jakby były wysmarowane kremem natłuszczającym. Normalnie jak autofocus. Wszystko płynnie się wyostrza. No to trzeba spróbować lewitacji - koncentruję się i wznoszę w powietrze. Latam tak przez chwilę po komnacie, po czym staję na ziemi i przechodzę do pokoju obok. Siedzą tam Aramis z Madeline - oboje w mrocznych niczym noc arktyczna ciuszkach "histerycznych". Wołam "Patrzcie! Jestem hardkorem!" Rozpędzam się i na supermana chcę przelecieć przez okno. A tu Zonk! Odbijam się odszyby i spadam na posadzkę. Próbuję przeniknąć dłonią przez szybę, ale nie udaje mi się to. Próbuję lewitować w celu upewnienia się, czy to naprawdę sen. Wznoszę się pod sufit. Dobra, na pewno śnię. Otwieram okno i wyskakuję. Lecę na supermana, ale grawitacja jest nieubłagana. Lecę powoli w dół. Okazuje się, że lecę nad dziedzińcem uczelni, a wieża zastąpiła główny pion mojego wydziału. Ląduję. Dość twardo - jeszcze nie mam wprawy. Podskakuję -  opadam bardzo powoli. Zaczynam machać nogami jak do kraula - wznoszę się, dokładam ręce - prędkość zwiększa się. W sumie, to po co pędzić? Lepiej się rozkoszować widokiem - zmieniam styl na żabkę. Podlatuję do okna i szczerzę się do Aramisów. W tym momencie zaczynam tracić ostrość. Spadam w dół. Ostatkiem świadomości spowalniam spadanie przy samej ziemi. Od razu patrzę na dłonie. Ostrość wróciła. Okazuje się, że spadłem na głowę niebrzydkiej rudej dziewczynie. Zaczynam ją przepraszać, ale ona nie jest zła - wręcz przeciwnie, patrzy mi uwodzicielsko w oczy. Czemu nie? Wstaję z nią. Gdzie by tu iść? Budzę się.

poniedziałek, 6 lipca 2009

6 VII 2009

I. Bunkrów tu nie ma...

Bezkresny las. Stoimy niedaleko jakiejś drogi przebiegającej między drzewami. Obok. prostopadle do szosy przebiega wysoki stalowy płot - pionowe pręty pomalowane na szaro, już lekko podrdzewiałe. Jestem tu z chemikami i szukamy jakichś ciekawych rzeczy, na których można by zrobić badania. Po drugiej stronie drogi zauważam jakieś małe porośnięte trawą i drzewami wzgórze, na które wspina się jakiś koleś. Jest średniego wzrostu, w krótkich brązowych bojówkach i koszulce, która kiedyś pewnie była biała, teraz podarta i zszarzała. Bojówki też nie są pierwszej świeżości. Gość miał chyba jakiś czas temu przystrzyżone na krótko włosy, lecz aktualnie sięgają one brwi. Dochodzi na szczyt i zaczyna wyć. Przeraźliwy, mrożący krew w żyłach skowyt przenika ciała do szpiku kości, aq strach wypełnia nasze płuca. Próbujemy panicznie przejść przez płot. Pręty są wilgotne i szorstkie, smugi rdzy ranią nasze dłonie, ale na szczęście wszystkim udało sięprzedostać na drugą stronę. Tu już jest bezpieczniej. Plamki słonecznego światła przenikające pomiędzy brzozowymi liśćmi napełniają nasze żyły ciepłą falą otuchy i poczucia bezpieczeństwa. Idziemy przez chwilę oddalając się od płotu, aż naszym oczom ukazuje się niecodzienny widok. Między drzewami pojawiają się kwadratowe stoliki z ciemnobrązowego bejcowanego drewna, przy których siedzą ludzie i piją piwo z puszek. Jeden ze stolików jest wolny, więc siadamy przy nim. Okazuje się, że Dominika gdzieś zniknęła, ale wiemy, że nic jej się nie stanie, więc siedzimy spokojnie i czekamy na rozwój wypadków. Podchodzi do nas jakiś gość w glanach, czarnych bojówkach, czarnym podkoszulku, ogolony na zero. Oczy zasłaniają ciemne okulary. Pyta się, co podać. Zamawiam dwa żubry i jedno tyskie. Po chwili wraca Dominika. "Świrów się nie boję, a musiałam pogadać przez telefon" - oznajmia. Pijemy piwo i rozmawiamy. Jak skończyliśmy, zauważyłem długi i wysoki budynek z białymi, lekko brudnumi ścianami i dwuspadowym dachem z podstarzałej dachówki. Budynek ten nie ma okien. Wstajemy i idziemy wzdłuż dłuższej ściany i siadamy przy stoliku na żwirowanym placyku w pobliżu dwuskrzydłowych dębowych drzwi prowadzących do wnętrza. Obok drzwi jest podłużna wnęka w ścianie z półeczką, na której wystawione są wszystkie dostępne marki piwa w wersji butelkowej. Podchodzi kelner z włoskami na żelu, ubrany w kolorową koszulę i zielone spodenki. Karnacja wskazuje na to że, często chodzi na solarium. Nie podoba mi się ten typ. Wygląda na wsiowego cwaniaka. Proszę o tyskie - nie ma, już się skończyło, no to w takim razie chcę żubra - również nie ma. Z goryczą zamawiam dwie warki strong, bo żywca pić njie będę. Cwaniak przynosi mi piwo. Patrzę na stolik, a tu okazuje się że już nie piję piwa, tylki jem obiad. Przede mną na stole stoi talerz z ziemniakami i smażoną rybą oraz nie wiadomo czemu - pudełko0 margaryny z biedronki. Na placyk wchodzą trzy najmniej spodyiewane osoby - Pośpiech, Dani Docent z immunologii oraz Profesor z UJ, który na zjeździe opowiadał o badaniu stężenia dioksyn w krakowskim powietrzu. Wspomniany Profesor, podszedł do naszego stolika, ale nie chciał gadać ze mną, tylko z Gustlikiem, który - jak się okzało - siedzi również przy moim stoliku. Mnie nie kojarzył, bo nie było go na m,ojej prezentacji. Jak tylko zobaczył zobaczył margarynę, zaczął łamaną angielszczyzną opowiadać o tym, w jaki sposób ona powstaje. "Can you hear these cracks, gentlemen? No one is smoking - it's microorganism generation." Opowiadał nam o calych ekosystemach tworzących margarynę, zresztą mówił bardzo ciekawie. Gdy skończył opowiadać, wstał od naszego stolika i wrócił do swojego, gdzie Pani Docent jadła kotlet z piersi kurczaka, a Pośpiech jowialnie wykrzykiwał do telefonu jakieś sprośne teksty. "Taa, to od konformacji zależy, muszę to staremu puścić" - pomyślałem wybierając numer do ojca.

II. Wirusofag

Czytałem na Pubmedzie artykuł o tym, że jak hodowlę komórkową zainfekowaną A/H1N1 transdukuje się zmienionym fagiem λ zawierającym sekwencje LTR oraz promotor od bakteriofaga T4, to otrzyma się uniwersalne wirusofagi.

niedziela, 5 lipca 2009

5 VII 2009

Wieżowiec z dziedzińcem

Siedzę w "moim" pokoju w mieszkaniu na ósmym piętrze wieżowca. Jest to dość mały pokój z pomalowanymi na biało ścianami. Pod jedną z nich stoi stary tapczan z obiciem w brązowo - żółty kropkowany deseń oraz ciemnobrązowe biurko, takaż szafa oraz półka powieszona na ścianie.  Odgłosy z pokoju obok oznaczają, że właśnie przyjechali babcia z wujkiem. Rozmawiają o czymś z ojcem. Ubieram kurtkę zimową, wychodzę z mieszkania i wchodzę na wyższe piętro. Tam w jakimś ciasnym korytarzyku jest przejście do piwnicy. Piwnica wygląda jak moja prawdziwa piwnica - dwa małe pomieszczenia, w jednym piec i węgiel, w drugim mnóstwo słoików z jakimiś prehistorycznymi przetworami. Odpalam papierosa. Z pomieszczenia ze słoikami wychodzę na dziedziniec. Jest to placyk "otoczony wieżowcem", na który można się dostać tylko przez piwnicę. Palę sobie spokojnie. W galeryjce stworzonej przej korytarz na parterze widzę parę jakichś staruszków. Łypią na mnie nieprzyjaźnie spode łba i idą dalej, znikając z pola widzenia. Dopalam papierosa i wracam na górę, tym razem windą. Wysiadam na piątym piętrze i wyglądam przez okno. Staruszków nigdzie nie widzę. Pogoda jest brzydka - szaro, wilgotno i wieje zimny wiatr. Wchodzę na moje piętro i otwieram drzwi do miezszkania. Wchodzę do mojego pokoju i wieszam kurtkę na haczyku wkręconym w białą ścianę. Zza kafloka wyłania się babcia. Weszła do mojego pokoju, wyściskała mnie i mówi, że przywiozła mi suchą kiełbaskę, ser żółty oraz najlepszą cebulę. Mówi mi, że mam to odliczyć od tych dwustu dziewięćdziesięciu złotych, co mi daje co miesiąc. Kładzie fakturę za wspomnianą żywność na moim biurku. Przychodzi wujek i oznajmia, że mam ich odprowadzić do piątego piętra. Schodzę z nimi i po powrocie zastaję ojca siedzącego przy moim biurku. Właśnie odjął w słupku artykuły z faktury od dwustu dziewięćdziesięciu złotych. Oczywiście obliczenia zapisał na fakturze. "Z babcią jesteś już ozliczony, ale mnie musisz kupić jeszcze piwo" -powiada.

4 VII 2009

Trolle i koty

Długie, wyskokie obskurne pomieszczenie. Okna są pozasłaniane od wewnątrz drewnianymi okiennicami. Światło pochodzi od gołych żarówek zwisających z sufitu. Panuje lekki półmrok. W pomieszczeniu są dwie kolumny podtrzymujące sufit. Kwadratowe w przekroju, koślawo otynkowane i jakby od niechcenia pomalowane białą farbą, która zdążyła już się zakurzyć. Biegamy z Mojsą i znieczulame trolle do jakiegoś zabiegu. Są to malutkie bezkształtne karykatury: około dziesięciu centymetrów wzrostu, niebieskie, z mautkimi główkami. Każdy z nich dzierży większy od niego opalizujący na czerwono młot. Nie są groźne, ale za to bardzo wkurzające. Biegamy za nimi i wyłapujemy po jednym. Znieczulenie polega na położeniu trolla na boku i walenie go w główkę deszczółką. Po zadaniu odpowiedniej ilości ciosów, co objawiało się zwiotczeniem połowy ciała trolla, należało przewrócić stwora na drugi bok i walić w drugą stronę głowy. Udało się nam złapać już zdecydowaną większość wrzeszczących paskudztw. Widzę jak jeden z nich ucieka za filar. Gonię go i po złapaniu tłukę w główkę. "Trolli już nie ma, teraz nokautujesz kota!" - wrzasnął Mojżesz. Patrzę, a tu rzeczywiście tłukę czarnego kota po szyi. Czegoś takiego nie chciałem zrobić...

piątek, 3 lipca 2009

3 VII 2009

Albion

Jestem w jakimś mieście. Zmierzcha. Idę nieznaną ulicą ulicą, chodniki są czyste, jest dosyć cicho. Wszyscy tu mówią przepięknym Royal English, czyli chyba jestem w jakimś małym miasteczku w Anglii. W pewnym momencie dołącza do mnie Ibrom. Idziemy i gadamy. Z okien domów wylatują jakieś dziwne przeżroczyste, jakky szklano - mydlane bańki. Są to sny ludzi, którzy już położyli się spać. Wzlatuję w górę. Całe miasto wydziela mnóstwo bąbelków. Niesamowity widok. Wzlatuję jeszcze wyżej. Widzę Wyspy zupełnie z góry, jak na mapie. Nagle Albion zmienia kształt, przybiera postać paszczy, która pożera Irlandię, tak jak na teledysku "Aces High" ajrońców, gdzie nazistowska Europa pożera Wyspy.

czwartek, 2 lipca 2009

2 VII 2009

Mania ściągania

Siedzę w sali informatycznej i razem z kolesiem z infy ściągamy mnóstwo plików na torrentach. W pewnym momencie pojawia się Mistrz i mówi, że musi ściągnąc parę programów medycznych i "Podatnika ZUS". Siedzimy i ściągamy, czas mija. W końcu wstaję, bo muszę gdzieś jechać. Wychodzę przed budynek i wsiadam na rower. Jest piękny letni dzień. Jadę na Biskupin. Nagle słyszę sygnał i widzę niebieskie światła kogutów. Podjeżdża radiowóz i wysiada trzech policjantów. Powalają mnie na ziemię krzycząc "Mamy cię piracie!"

środa, 1 lipca 2009

1 VII 2009

I.  [nie umiem doczytać moich nocnych bazgrołów, coś z tukanem]

II. Wydmowe narciarstwo

Byliśmy z Martą i Wiką na jakiejś plaży. Marta oznajmiła, że ma ochotę na kitesurfing, a Wika stwierdziła, że ona chce na narty, ale nie takie wodne, tylko na wydmach na śniegu.

III. Milk it!

Graliśmy koncert. Basistą był Zyzio z Oversight, gitarzysty i bębniarza nie znam. Ja gram na gitarze elektroakustycznej przesterowanej jakimś tanim efektem. Śpiewam ja i drugi gitarzysta. Siedzimy w jakimś kinie czy teatrze. Ciemna sala, przypominająca trochę salę "Amoku" - lekko pochyła podłoga, czerwone rozkładane krzesełka, na bocznych ścianach lampki stylizowane na staroświeckie. Panuje lekki półmrok. My siedzimy w pierwszym rzędzie, cała publika siedzi za naszymi plecami. Piece stoją przed nami, przodem do publiki. Gramy kawałki "Nirvany"[w cudzysłowie, bo nie wszystkie były prawdziwymi kawałkami Nirvany, część z nich to twór mojej wyobraźni]. Bardzo fajna atmosfera, ludzie dobrze się bawią, dostajemy niezłe oklaski po każdym kawałku. W pewnym momencie gitarzysta ogłosił naradę. Skupiamy się więc przy piecach i dyskutujemy, co by tu zagrać. Basista proponuje "Milk it". Wszyscy są zachwyceni pomysłem. Wszyscy poza mną - nigdy nie umiałem zagrać tego kawałka do końca dobrze, ale trzy do jednego - cóż począć... Decydujemy, że zagramy wersję akustyczną, a każdy będzie śpiewał jeden wers. Gramy, wszystko idzie dobrze, pamiętałem nawet tą serię dźwięków z intro. Zaczynamy śpiewać. Zawsze jak dochodziło do mnie, to był akurat ten wers, którego nie pamiętałem, więc bełkotałem strasznie niewyraźnie jakieś arałrarałraaurał, co ludzie wzięli chyba za idealne naśladownictwo Kurta, bo jak skończyliśmy grać, dostaliśmy owacje na stojąco.

30 VI 2009

Z bezsennej nocy nie pamiętam niczego, ale podczas poobiedniej drzemki nawiedziła mnie Ciocia Abstrakcja

Jagnięca konfitura

Siedzieliśmy z Opiekunem koła chemików w jakimś gabinecie. Ściany były wykafelkowane, stały dwie kozetki. Mieliśmy za zadanie zmierzyć się ze sobą w konkursie senno - kulinarnym. Szliśmy spać o tej samej godzinie i im więcej dana osoba śniła o owieczkach, tym więcej wiśniowej konfitury pojawiało się w metalowym wiadrze koło łóżka śniącego.

 
monitoring pozycji