poniedziałek, 23 listopada 2009

22 XI 2009

Ucieczka z kotami

Uciekam gdzieś ze starymi. Ukrywamy się. Przemieszczamy się z kościoła do kościoła, by wraz z naszymi czterema kotami kryć się w ciemnych zakamarkach. W pewnym momencie lądujemy u znajomych w Krakowie. Po wejściu do ich mieszkania przechodzi się przez korytarzyk, do którego uchodzą gazy spalinowe z pieca, więc należy oddychać przez szmaty. Możemy nocować u nich. Śpię w jednym z pokoi z kotem, który przypomina tchórzofretkę. Jest dość agresywny, ale da się to przeżyć. Później znajdujemy schronienie w jakimś kościele. Śpię w szafie, a w telewizji puszczają film, w którym jednym z głównych bohaterów jest Nergal.

Jaranie i pokoje

Jestem w jakimś ośrodku wczasowym z Mojżeszem i kilkoma „znajomymi”. Mojsy stary przyniósł nam jakieś roślinki do jarania, a ja kupiłem w Dopalaczach jakiś dodatek do tego – rzekomo poprawiający smak oraz działanie. Łazimy po ośrodku szukając miejsca, gdzie możemy to spalić oraz samych ziółek, które wiecznie się gubiły. W końcu znaleźliśmy odpowiedni pokój. Gdy już mamy zacząć jarać, do pokoju wchodzi jakaś kobieta z kuflem pełnym herbaty. Mówi „O, przepraszam i wychodzi zostawiając herbatę na podłodze. Podnoszę kufel i zanoszę właścicielce. Wreszcie możemy spokojnie zajarać.

Pojedynek

Jestem na wakacjach nad jeziorem. Idę ze znajomymi nad wodę na konkurs skoków do wody. Płyniemy na drugi koniec jeziora, gdzie mają odbyć się zawody. W pewnym momencie atakuje mnie kaczka. Nurkuję. Płynę blisko dna, obserwując glony w jasnym świetle słońca. Wynurzam się na plaży, gdzie stoi budka z różnymi przekąskami. Zamawiam gofra z dżemem malinowym i bitą śmietaną. Po chwili dostaję go. Jest wyśmienity – zamawiam drugiego, ale muszę już na niego zaczekać. W tym czasie zaczyna się strzelanina. Jakiś koleś w brązowym garniturze, ciemnych okularach z włosami zaczesanymi na brylantynie mówi mi, żebym wracał do miasta drogą lądową, bo zaraz zacznie się sztorm i powrót wodą będzie niemożliwy. Idę w stronę baru. Dostaję tam złote pucharki z zielonymi gobbosami[takimi jak w grze Croc, ale zielonymi]. W tym momencie ląduję w jakimś wielkim kamiennym pomieszczeniu. Mam pokonać jakąś monstrualną bestię, która jest dwa razy wyższa ode mnie. Chowam się za kolumnami przed jej pociskami, po czym uciekam do pomieszczenia obok. Gdy wracam , do bestii dołącza jeszcze dwóch wrogów, stoją w szpalerze i strzelają do mnie. Zabijają mnie. Sytuacja się powtarza, znowu, bestia, pokój obok, dwóch nowych i śmierć. Znów jestem sam na sam z bestią. Biegnę do pomieszczenia obok. Widzę wąski korytarz. Wiem, że wychodzi on wprost na zaczajoną bestię. Mam jeden pocisk do railguna. Mierzę w korytarzyk i strzelam. Wybiegam z pomieszczenia. Oczywiście do bestii dołączyli koledzy. Chowam się za filarem. Wybiegam. „Wykres kołowy” z liczbą punktów życia bestii wskazuje na to, że pocisk z railguna trafił, gdzie miał. Rżnę z karabinka, aż potwór pada. Ląduję na jakimś strychu, gdzie czeka na mnie skrzynia ze złotymi pucharami wypełnionymi zielonymi gobbosami.

czwartek, 19 listopada 2009

19 XI 2009

Kolejne próby lotu [LD - DILD]

Zmęczony po średnio przespanej nocy postanowiłem wrócić po pierwszych zajęciach do mieszkania i przespać się ze dwa cykle. Zasypiając postanowiłem skorzystać z techniki "Energia LD" - wyobraziłem sobie kulę niebieskiej energii, która wisi nade mną, a ja wciągam ją przez nos z każdym wdechem. Miała mi ona dać świadomość. Następnie "wessałem" następną kulę - czerwoną, dającą kontrolę. Później odpłynąłem. Początku snu nie pamiętam.

... schodzę po schodach w moim domu w Żernikach. Już po zejściu na pierwszy stopień od góry, przemknęło mi przez myśl "to jest sen". Zatykam nos i robię wdech. Uczucie jest na tyle ciekawe, że chwilę tak postałem i pooddychałem przez ściśnięty nos. Schodzę do kuchni i od razu kieruję się do drzwi do ogrodu. Tata mówi, żebym nie wychodził, bo jest zimno. Rzeczywiście - na dworze jest śnieg. Mówię, że mnie zimno nie będzie, bo to przecież mój sen. Starzy zareagowali "taa, jasne". Dla własnej satysfakcji postanowiłem im pokazać, że to jednak sen. "Patrzcie - piszę na zielono" - odparłem i zacząłem smarować palcem po gazecie. Początkowo nie było żadnego efektu, lecz po chwili pojawił się kolor - najpierw dość słaby, później przechodząc w soczystą trawiastą zieleń. Porysowałem przez chwilę szlaczki palcem. Idę do dużego pokoju. Jak mam latać, to muszę to robić ze stylem. Rozbieram się do gaci i zaczynam wirować z intencją pojawienia się na mnie stroju Batmana. Zatrzymuję się, jednak dalej stoję w samych batkach. Nie zrażam się i wiruję dalej. Tracę równowagę i wywijam orła. Kostiumu dalej nie ma na mnie, więc wizualizuję sobie go "na sobie" i zamykam oczy. Gdy je otwieram, już mam na sobie hawajskie ciuszki Batmana. Biegnę do drzwi do ogrodu, przy okazji zauważając, że maska wyszła mi troszkę za duża i telepie mi się na twarzy. Wybiegam na ulicę i skaczę. Ląduję płasko na asfalcie. Rozpędzam się jeszcze raz i skaczę wyżej i ląduję na asfalcie parę metrów dalej niż poprzednio. Przede mną na ulicy jest drabinka. Wchodzę na nią. Mimo, że jest metalowa, "faluje" jakby była z gumy. Dobra, jestem na szczycie. Wybijam się najmocniej jak umiem, po czy ląduję na asfalcie jeszcze bardziej twardo. Dobra, z latania nici. W tym momencie czuję, że testosteron zaraz rozsadzi mi żyły...

środa, 18 listopada 2009

18 XI 2009

Dawno nie miałem żadnego koszmaru(i dobrze - nie tęskniłem za nimi). Dzisiejszej nocy niestety nawiedził mnie jeden z nich.

Wesołe Święta Bożego Narodzenia

Jest Wigilia. Siedzę ze starymi w dużym pokoju. Nagle do domu wpada dwóch kolesi w kamizelkach i kaszkietach. Dzierżą w dłoniach kije baseballowe. Mój stary walczy z nimi i każe mi uciekać. Biorę laptopa pod pachę i wieję do Mojżesza. Wybiegam z domu i widzę, jak wylatują z okien szyby. Po drodze przebiega mi przez myśl, że to jest przecież sen. Biorę laptopa i włączam go, żeby sprawdzić, kogo mogę odwiedzić. Wchodzę na psajko.fora.pl. Na liście HipnoDreamers jest niejaki Królik, ale niestety drzwi ma otwarte tylko dla Psajko, Johnego i Risthaliona, więc go nie odwiedzę. Muszę uciekać. Idę do Darka. Jest ciemno jak cholera. Latarnie nie działają. Idę przez boisko. Czuję zapach palonych liści. Coś chwyta mnie za rękę. To wielki czarny bokser. Próbuję wyjąć dłoń z jego paszczy. Zaraz! To jest przecież sen!
Czuję łóżko pod plecami. Przed oczami cały czas mam powidok z ostatniej sceny snu.

poniedziałek, 16 listopada 2009

16 XI 2009

Miałem dość intensywny weekend z dużą ilością etanolu, więc sny pamiętam tak średnio. Dość wesołe były moje dzisiejsze akcje VILDowe, więc uraczę bądź znudzę Was ich opisem.

I. Fałszywe przebudzenie i sen we śnie.

Budzę się w swoim łóżku. Słyszę ruch i widzę, że na łóżku Błażeja właśnie przebudził się Psajko [spał tam rzeczywiście, ale nie pamięta tej akcji, więc na pewno było to fałszywe przebudzenie]. Mówię mu, że jak już testujemy temat MLD, to może spróbujemy wspólnie poVILDować na jednej wizualizacji. Reaguje na to z entuzjazmem, więc opisuję mu wiejską aleję. Idę po udeptanej szerokiej ścieżce z rzędami drzew po obu stronach. Po prawej idzie Psajko. Idziemy. Czekam na zakotwiczenie we śnie. Cały czas czuję łóżko ale obraz bardzo się wyostrzył i zaczynam słyszeć z oddali śpiew ptaków. Dobra, chcę wiedzieć, czy on widzi to samo i zatrzymuję się przy jarzębie z wielkimi kiściami czerwonych owoców. Pytam go, co to za drzewo. Odpowiada, że dąb. Kurde, coś nie działa. Może po właściwym zakotwiczeniu będą wspólne elementy. Idę aleją, a świadomość odpływa.

II. Hipnowarsztaty

Budzę się i wizualizuję sobie korytarz budynku, w którym mieliśmy warsztaty prowadzone przez Psajko. Widzę wszystkich uczestników warsztatów siedzących na dziwnych półkolistych ławkach. Coraz ostrzej i wyraźniej. Zaraz będę po stronie snu. Podchodzę do Psajko i gestem pokazuję mu, żeby wciągnął mnie za fraki do snu. Mówi, że nie rozumie mnie i mam mu to powiedzieć. Nie chcę mówić, bo wiem, że wytrąciłoby mnie to do jawy. Jestem już tak blisko. Jedno szarpnięcie i będę w świadomym śnie. [jakiś bodziec z zewnątrz, nie pamiętam, co dokładnie] wyrywa mnie z objęć Morfeusza.

piątek, 13 listopada 2009

11 XI 2009

Vader i policja

Jestem u siebie w Żernikach. Wychodzę z domu i idę w stronę sklepu, lecz w środku nie ma sklepu, tylko laboratorium. Jest w nim Marta i właśnie przeprowadza jakiś eksperyment. Gadam z nią chwilę, po czym wracam do domu. O dwudziestej pierwszej idę sprawdzić, jakie wyszły jej wyniki, ale lab jest pusty i zamknięty. Dobra, wracam do domu. Tym razem pójdę Gdyńską. Podjeżdża do mnie radiowóz. Każą mi wsiadać. Mówią mi, że Vader i [jakiś inny deathowy zespół, niestety nie pamiętam, jaki] są podejrzewani o rozprowadzanie legalnych, ale nie do spożycia pre-drugów. Tymczasem śledzimy jakichś typków, których niedawno wypuścili z więzienia. Dojeżdżamy na przystanek nocnych pod dworcem PKS we Wrocławiu. Jest tu cholernie tłoczno i śledzeni szybko giną w tłumie. W środku budynku dworca znajduje się targowisko. Przechodzimy przez ukryte drzwi i wchodzimy na dołek. Przeszukują mnie i niczego nie znajdują. Wiem, że zaraz przyjadą przeszukać mój dom, więc od razu wsiadam w autobus i wracam. Wbiegam do domu i pędzę na górę. Przy komputerze leży moje Silene capensis i Entada rheedii. Wybiegam z domu i biegnę do żywopłotu koło gruszy. Wyrzucam rośliny za płot do sąsiada. Niestety rzuciłem tak, że widać je z mojego ogrodu. Odwracam się. Zza prześcieradła powieszonego na sznurze na pranie wychodzi gliniarz. Na pewno to widział.

10 XI 2009

I. Oparzenie

Jestem w szkole na lekcji plastyki. Moim zadaniem jest narysowanie ołówkiem konia. Rysuję, ale idzie mi to kiepsko. W końcu muszę utrwalić moje koniopodobne coś przypalając kartkę płomieniem świecy. Robię to po raz pierwszy i bardzo ciekawi mnie, czy podgrzany grafit będzie dalej gorący. Przykładam dłoń do kartki. Parzę się w mały palec u ręki. Boli jak cholera. Wybiegam ze szkoły prosto na Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu. Wiem, że starzy mają jakoś niedługo przyjechać. Widzę ich. Idą w moją stronę chodnikiem. Wchodzimy do jakiegoś budynku. Długi ciemny korytarz. Na jego końcu znajduje się małe obskurne pomieszczenie z łóżkiem. Jest tam Don Padre. Każe mi się położyć i nacina brzeg oparzenia, po czym opatruje mi ranę. Mówi, że zawsze był dobry w chirurgii. Wychodzimy. Mama jest bardzo zdenerwowana. Na zewnątrz jest już ciemno. Starzy wsiadają do lanosa. Mama cofa i dość mocno uderza w samochód stojący za nią. Z piskiem opon rusza i wyjeżdża na ulicę. Pod prąd. Biegnę i macham, żeby zawróciła.

II. Biofizyka

Siedzę w jakiejś szkolnej sali. Są tam ludzie z moich klas z całego przekroju mojej edukacji. Trwają zajęcia z biofizyki. Prowadzi je moja matematyczka z liceum i właśnie kreśli na tablicy schemat odbicia światła od powierzchni roztworu. Wektory układają się w czworokąt. Podchodzi do mnie Wika z wymazówką i mówi, że musi zbadać mnie na obecność leptospir. Wyciąga patyczek z probówki i bardzo mocno przyciska mi go do worka spojówkowego. Boli. Siadam do stołu i próbuję wykonać ćwiczenie. Specjalna aparatura wysyła promień światła na powierzchnię roztworu glukozy, po czym daje wyniki pomiarów. Niestety za cholerę nie chce wyjść mi poprawny kąt.

czwartek, 12 listopada 2009

(Mam nadzieję, że tym razem trwała) Reaktywacja

Po długiej nieobecności reaktywuję bloga. Silene capensis i Entada rheedii robią swoje i znowu zaczynam pamiętać sny. Póki co, to wrzucę pojedyncze zaległe.

29 X 2009
Impreza u Szymona

Siedzę przy stole w garniturze. Obok mnie siedzi Szymon, a naprzeciwko - prezydent Gliwic. Szymon odwraca moją uwagę, po czym łapiąc mnie za czoło odchyla głowę do tyłu mówiąc "śpij". Od razu wpadam w głęboki trans. Chwyta mnie za włosy i zaczyna ciągnąć po podłodze. Na szczęście po chwili udaje mi się samemu wyjść z transu i uwolnić się z chwytu Szymona. Idę do kibla. Wszyscy tam są i palą. Jest tam jeden gość, którego nie lubię. Próbuję go zahipnotyzować, ale niestety nie udaje mi się to. Wychodzę na balkon. Pada deszcz. Niefrasobliwie leję przez barierkę. Słyszę czyjś paniczny krzyk: "Nie lej, bo zalejesz Rutkowskiego!".

6 X 2009
I. Najlepsze enzymy od Nestle

Jestem w labie na biochemii. Mam zrobić restrykcję mojego plazmidu. Biorę wielką puchę Nestle Ricore i zaglądam do środka. W środku znajdują się enzymy w postaci czekoladowych pasków nutelli. Mam ciąć NcoI, ale niestety zostało już tylko troszkę na łyżeczce. Podchodzi Krzysiek i odkleja pasek z folii aluminiowej, pod którym znajduje się następna czekoladowa porcja restryktazy. Uff. Jednak będę mógł pociąć plazmid...
... stoję z Przemkiem przed aparatem do elektroforezy, który jest całkiem zasyfiony. Przemek mówi, że wie, jak go oczyścić, żeby zdjęcia były idealne, bo teraz wychodzą brzydkie.

II. Petardy

Jestem z Kamilą i Błażejem w jakimś sklepie z petardami. Kamila chce kupić petardę z opóźnionym zapłonem, która daje wielki huk, ale tylko pojedynczy wybuch. Strasznie wybrzydza. Proponuję "achtunga", ale Kamili się nie podoba, bo ma opóźniony zapłon. Błażej mówi, że nie dostanę tych petard do ręki, bo sobie krzywdę zrobię. Obrażony puszczam mu różne filmiki z detonacji.
 
monitoring pozycji