piątek, 13 listopada 2009

10 XI 2009

I. Oparzenie

Jestem w szkole na lekcji plastyki. Moim zadaniem jest narysowanie ołówkiem konia. Rysuję, ale idzie mi to kiepsko. W końcu muszę utrwalić moje koniopodobne coś przypalając kartkę płomieniem świecy. Robię to po raz pierwszy i bardzo ciekawi mnie, czy podgrzany grafit będzie dalej gorący. Przykładam dłoń do kartki. Parzę się w mały palec u ręki. Boli jak cholera. Wybiegam ze szkoły prosto na Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu. Wiem, że starzy mają jakoś niedługo przyjechać. Widzę ich. Idą w moją stronę chodnikiem. Wchodzimy do jakiegoś budynku. Długi ciemny korytarz. Na jego końcu znajduje się małe obskurne pomieszczenie z łóżkiem. Jest tam Don Padre. Każe mi się położyć i nacina brzeg oparzenia, po czym opatruje mi ranę. Mówi, że zawsze był dobry w chirurgii. Wychodzimy. Mama jest bardzo zdenerwowana. Na zewnątrz jest już ciemno. Starzy wsiadają do lanosa. Mama cofa i dość mocno uderza w samochód stojący za nią. Z piskiem opon rusza i wyjeżdża na ulicę. Pod prąd. Biegnę i macham, żeby zawróciła.

II. Biofizyka

Siedzę w jakiejś szkolnej sali. Są tam ludzie z moich klas z całego przekroju mojej edukacji. Trwają zajęcia z biofizyki. Prowadzi je moja matematyczka z liceum i właśnie kreśli na tablicy schemat odbicia światła od powierzchni roztworu. Wektory układają się w czworokąt. Podchodzi do mnie Wika z wymazówką i mówi, że musi zbadać mnie na obecność leptospir. Wyciąga patyczek z probówki i bardzo mocno przyciska mi go do worka spojówkowego. Boli. Siadam do stołu i próbuję wykonać ćwiczenie. Specjalna aparatura wysyła promień światła na powierzchnię roztworu glukozy, po czym daje wyniki pomiarów. Niestety za cholerę nie chce wyjść mi poprawny kąt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
monitoring pozycji