I. Oparzenie
Jestem w szkole na lekcji plastyki. Moim zadaniem jest narysowanie ołówkiem konia. Rysuję, ale idzie mi to kiepsko. W końcu muszę utrwalić moje koniopodobne coś przypalając kartkę płomieniem świecy. Robię to po raz pierwszy i bardzo ciekawi mnie, czy podgrzany grafit będzie dalej gorący. Przykładam dłoń do kartki. Parzę się w mały palec u ręki. Boli jak cholera. Wybiegam ze szkoły prosto na Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu. Wiem, że starzy mają jakoś niedługo przyjechać. Widzę ich. Idą w moją stronę chodnikiem. Wchodzimy do jakiegoś budynku. Długi ciemny korytarz. Na jego końcu znajduje się małe obskurne pomieszczenie z łóżkiem. Jest tam Don Padre. Każe mi się położyć i nacina brzeg oparzenia, po czym opatruje mi ranę. Mówi, że zawsze był dobry w chirurgii. Wychodzimy. Mama jest bardzo zdenerwowana. Na zewnątrz jest już ciemno. Starzy wsiadają do lanosa. Mama cofa i dość mocno uderza w samochód stojący za nią. Z piskiem opon rusza i wyjeżdża na ulicę. Pod prąd. Biegnę i macham, żeby zawróciła.
II. Biofizyka
Siedzę w jakiejś szkolnej sali. Są tam ludzie z moich klas z całego przekroju mojej edukacji. Trwają zajęcia z biofizyki. Prowadzi je moja matematyczka z liceum i właśnie kreśli na tablicy schemat odbicia światła od powierzchni roztworu. Wektory układają się w czworokąt. Podchodzi do mnie Wika z wymazówką i mówi, że musi zbadać mnie na obecność leptospir. Wyciąga patyczek z probówki i bardzo mocno przyciska mi go do worka spojówkowego. Boli. Siadam do stołu i próbuję wykonać ćwiczenie. Specjalna aparatura wysyła promień światła na powierzchnię roztworu glukozy, po czym daje wyniki pomiarów. Niestety za cholerę nie chce wyjść mi poprawny kąt.
piątek, 13 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz