Super Adolf Bros.
Dróżka, dzień, słońce. Na dróżce leży duże jajo. Z jaja wykluwa się Super Mario z wąsem Hitlera.
Yerba i kości
Wchodzę do sklepu Cejrowskiego. Spore wnętrze, ale bardzo ciasno zastawione półkami, które wręcz uginają się od mnogości egzotycznych produktów. Stoją tam pojemniki z przyprawami, naczynia do yerba mate, figurki i ozdoby z różnych regionów świata oraz pięknie wykonane przedmioty codziennego użytku - od naczyń, po elementy ubioru.
W rogu pomieszczenia stoi drewniana lada w postaci bogato rzeźbionego biurka. Za nią siedzi WC, siorbiąc yerbę z nieodłącznego matero. Proponuje mi kupno herbaty, którą wyciąga z beczki, lecz widzę, że jest to jakaś tani susz udający pu-erha, który usiłuje mi wcisnąć za niebotyczną cenę.
Stanowczo dziękuję i proszę o yerbę. Ma dobry wybór, niestety wszystko jest zapakowane w foliowe torebki i cholernie drogie. Cóż, skończył mi się zapas, więc chyba nie mam wyboru i kupuję, sarkając pod nosem.
-Jak panu nie pasuje, to mam pomysł. Zagrajmy w kości. Jeśli pan wygra, to sprzedam za połowę ceny.
-Bardzo chętnie, zagrajmy więc.
Idzie do okna, przez które pięknymi smugami wpada światło, oświetlając półmrok sklepu. Z parapetu bierze drewniane pudełko, z którego wyciąga kości.
-Normalnie gram na pięć kości, ale pan jest żółtodziób, więc zagramy na dwie.
-O nie, nie. Zagramy w kościanego pokera.
-Dobrze, grajmy więc.
Podchodzimy do zamkniętej już beczki, z której wyciągnął lipnego pu-erha. Rzucam kości. Toczą się po wieku.
Nożowa rozprawa
Jestem w mieszkaniu babci. Obok mieszka Błażej. Chcę coś od niego pożyczyć, więc wychodzę na korytarz. Dzwonię do drzwi. Żadnej odpowiedzi. Słyszę cichy dźwięk harmonijki ustnej. Dzwonię jeszcze raz.
-Nie ma mnie! - rozlega się głos Błażeja.
Dziwne, skoro go nie ma, to dlaczego odpowiada? Przecież każdy się zorientuje, że to ściema. Nagle dociera do mnie, że harmonijka nie grała w mieszkaniu, tylko gdzieś za mną. Złodzieje! Wywabili mnie i teraz plądrują mieszkanie babci.
Wbiegam do środka. W drzwiach do kuchni stoi dwóch typów - plecami do mnie. Na wierzchu leży nóż. Chwytam go i w tym momencie rabusie zauważają moją obecność i wskakują do przedpokoju, odwracając się w moją stronę. Wyciągam nóż w stronę jednego z nich.
-Nie odważysz się!
-Mylisz się.
Szybkim ruchem wbijam mu nóż w ramię. Głęboko. Pada na ziemię. Jego kamrat stoi jak wryty i nie wie, co zrobić. Chcę uciec, ale nieproszony gość mocno krwawi z rany. Psiakrew! Musiałem rozwalić mu tętnicę, a chciałem tylko dźgnąć, żeby się przestraszył. Muszę go jakoś opatrzyć, bo jak się wykrwawi, to na pewno będą mnie ścigać za morderstwo.
Ranny patrzy na mnie błagalnie.
-Umiesz posługiwać się pistoletem? Dobij mnie, błagam!
-Nic z tego.
Wchodzę do kuchni i biorę pierwszy lepszy ręcznik kuchenny - taką zwykłą kraciastą ścierę. Brudna jak wszyscy diabli, będzie chyba musiał przyjmować antybiotyk. Wykonuję prowizoryczny opatrunek uciskowy. Na szczęście krwawienie ustaje.
środa, 28 stycznia 2015
piątek, 23 stycznia 2015
Kobuch* wieczorową porą
*kobuch – śl.
kontroler biletów, kanar
Wsiadam do nocnego
autobusu na Piwnej. Siadam z przodu. Jestem lekko zrobiony. Do
autobusu w ostatniej chwili wbiega jakiś facet około
pięćdziesiątki. Siada na miejscu po lewej i szuka drobnych na
bilet. Mruczy pod nosem, że chyba nie uzbiera.
-Panie, to nocny,
kobuchów tu nie ma – mówi chłopak siedzący naprzeciwko mnie.
-Jestem uczciwy,
kupię bilet – odpowiada spóźnialski.
Wygląda na to, że
uzbierał. Wstaje i idzie d kierowcy. Mówi tylko dwa słowa: wyłącz
kasowniki.
-Dobry wieczór
państwu, bileciki do kontroli, bardzo proszę.
No to pięknie,
kobuch. Wiem, że nie mam biletu.
Facet podchodzi do
chłopaka, który mówił o tym, że kobuchy nocnymi nie jeżdżą.
Ten szuka nerwowo po kieszeniach i portfelu, aż w końcu wyciąga
skasowany bilet. Cóż, teraz pora na mnie.
Wyciągam portfel i
zaczynam grzebać wśród dziesiątek papierków, paragonów, starych
biletów i innych przypadkowych śmieci, o wyrzuceniu których zawsze
zapominam. Bingo! Jest skasowany bilet i nawet godzina się zgadza.
Podaje go kobuchowi. Ten przygląda się podejrzliwie.
-To nie jest dobry
bilet. Ten pan – wskazuje na chłopaka – ma bilet za 2,40, a na
pańskim jest cena 4,00.
-To źle, że
droższy? Nie jestem już studentem, muszę kupować całe –
odpowiadam.
-Coś mi tu nie
pasuje, wiem, że chce mnie pan oszukać. Policja rozwiąże wszelkie
wątpliwości. Odwraca się do mnie plecami. Autobus zatrzymuje się
przy kościele św. Barbary i otwiera drzwi. Czas na mnie. Wykonuję
już ruch w stronę wyjścia, korzystając z nieuwagi mojego
strażnika, gdy orientuję się, że przecież ma on mój dowód.
Dziwne, nie pamiętam, żebym mu go dawał, ale widzę go wetkniętego
w portfel znajdujący się w klasycznej kobuszej skórzanej torbie.
Sięgam po dowód rzeczowy, lecz mój przemiły towarzysz chwyta mnie
za nadgarstek.
-No to będziesz
odpowiadał nie tylko za jazdę bez ważnego biletu, ale jeszcze za
kradzież. Policja zaraz tu będzie, spójrz.
Patrzę przez okno i
widzę, że przez pas zieleni jedzie ku nam od strony kościoła
dwóch policjantów w małym zabawkowym różowym VW Garbusie.
No to pozamiatane...
środa, 21 stycznia 2015
Dzika reaktywacja
O reaktywacji bloga
myślałem już od dłuższego czasu, pamięć snów jednak nie
chciała wrócić do zadowalającego stanu. Gdy obudziłem się
wczorajszej nocy po pierwszym od paru lat świadomym śnie,
postanowiłem, że definitywnie należy powrócić do pisania.
Pisanie bloga będzie motywacją do prowadzenia dziennika, a kolejne
zapamiętane barwne sny będą motywacją do pisania.
Reaktywuję więc
wpisem o moim dzikim śnie zeszłej nocy.
Komputerowy
diagnosta [WILD]
Budzę się w środku
nocy i z niewiadomych mi przyczyn pozostaję w bezruchu. Otwieram
oczy i natychmiast je zamykam – przecież to idealna sytuacja dla
WILDa.
Parę sekund później
czuję już charakterystyczne odrętwienie i uczucie dezorientacji
przestrzennej. Coś jednak za słabo – nie odpływam. Zaciskam więc
szczęki z całej siły – BUM! - zalewa mnie fala trójkątnych
fraktali.
Wszystko jest snem.
Mam świadomość zasypiania. Wszystko jest snem. Wszystko jest...
Otwieram oczy w
łóżku znajdującym się w sypialni rodziców, w domu rodzinnym.
Wszystko jest snem, to też jest sen. Zaciskam nos i nabieram
świeżego powietrza w płuca. TAK! UDAŁO SIĘ! Stabilizuję
oddychając jeszcze chwilę przez zaciśnięty nos, a następnie
skupiając się na fakturze dłoni, przez którą przeciskam na wylot
palec drugiej ręki. Dobra, jestem, czas zrobić coś konstruktywnego
– np. polatać.
Kieruję się
schodami ku wyjściu z domu, ale moją uwagę przykuwa komputer taty.
Zaraz, przecież on cały czas muli i wszystkich wkurza – dobre 5
minut od włączenia do możliwości uruchomienia przeglądarki,
która zresztą też ładuje google'a dobre pół minuty. Co mi
szkodzi? Może sen mnie naprowadzi na trop, co z nim może być nie
tak? [oczywiście sny nie mają jakiejś nadprzyrodzonej mocy
odkrywania prawdy na odległość, jednak pozwalają na wykonanie
skomplikowanych analiz z zasobów naszego mózgu przy pomocy zwykłych
symbolicznych metafor] Podchodzę do kompa, otwieram go i zaglądam
do środka. Odpalam, uruchamiają się wiatraki, zapalają diody.
Spoglądam na karty – jest jeden nowy Radeon i GF GTX Titan. [w tym
momencie wszystko wskazuje na to, że utraciłem kontrolę nad snem,
bo w ogóle mnie to nie zdziwiło – w kompie taty jest tylko
starutki GF GT6600] Przesuwam ręką, łapiąc czerwoną poświatę
Radeona – jest zupełnie bez skaz. Tak samo chcę sprawdzić
GeForce'a, ale nie emituje on żadnego światła. Aha! Mam cię,
gagatku! To ty zamulasz sprzęt!
Otwieram oczy we
własnym łóżku. Rozpiera mnie radość. Po takim kawałku czasu w
końcu się udało! Trochę pluję sobie w brodę, że zamiast
zostawić analizy stanu komputera na następny świadomy sen, nie
poszedłem sobie polatać, ale nic to – udało się zaWILDować po
długiej przerwie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)