środa, 28 stycznia 2015

Mario, Cejrowski i nóż w ramię

Super Adolf Bros.

Dróżka, dzień, słońce. Na dróżce leży duże jajo. Z jaja wykluwa się Super Mario z wąsem Hitlera.

Yerba i kości

Wchodzę do sklepu Cejrowskiego. Spore wnętrze, ale bardzo ciasno zastawione półkami, które wręcz uginają się od mnogości egzotycznych produktów. Stoją tam pojemniki z przyprawami, naczynia do yerba mate, figurki i ozdoby z różnych regionów świata oraz pięknie wykonane przedmioty codziennego użytku - od naczyń, po elementy ubioru.
W rogu pomieszczenia stoi drewniana lada w postaci bogato rzeźbionego biurka. Za nią siedzi WC, siorbiąc yerbę z nieodłącznego matero. Proponuje mi kupno herbaty, którą wyciąga z beczki, lecz widzę, że jest to jakaś tani susz udający pu-erha, który usiłuje mi wcisnąć za niebotyczną cenę.
Stanowczo dziękuję i proszę o yerbę. Ma dobry wybór, niestety wszystko jest zapakowane w foliowe torebki i cholernie drogie. Cóż, skończył mi się zapas, więc chyba nie mam wyboru i kupuję, sarkając pod nosem.
-Jak panu nie pasuje, to mam pomysł. Zagrajmy w kości. Jeśli pan wygra, to sprzedam za połowę ceny.
-Bardzo chętnie, zagrajmy więc.
Idzie do okna, przez które pięknymi smugami wpada światło, oświetlając półmrok sklepu. Z parapetu bierze drewniane pudełko, z którego wyciąga kości.
-Normalnie gram na pięć kości, ale pan jest żółtodziób, więc zagramy na dwie.
-O nie, nie. Zagramy w kościanego pokera.
-Dobrze, grajmy więc.
Podchodzimy do zamkniętej już beczki, z której wyciągnął lipnego pu-erha. Rzucam kości. Toczą się po wieku.

Nożowa rozprawa

Jestem w mieszkaniu babci. Obok mieszka Błażej. Chcę coś od niego pożyczyć, więc wychodzę na korytarz. Dzwonię do drzwi. Żadnej odpowiedzi. Słyszę cichy dźwięk harmonijki ustnej. Dzwonię jeszcze raz.
-Nie ma mnie! - rozlega się głos Błażeja.
Dziwne, skoro go nie ma, to dlaczego odpowiada? Przecież każdy się zorientuje, że to ściema. Nagle dociera do mnie, że harmonijka nie grała w mieszkaniu, tylko gdzieś za mną. Złodzieje! Wywabili mnie i teraz plądrują mieszkanie babci.
Wbiegam do środka. W drzwiach do kuchni stoi dwóch typów - plecami do mnie. Na wierzchu leży nóż. Chwytam go i w tym momencie rabusie zauważają moją obecność i wskakują do przedpokoju, odwracając się w moją stronę. Wyciągam nóż w stronę jednego z nich.
-Nie odważysz się!
-Mylisz się.
Szybkim ruchem wbijam mu nóż w ramię. Głęboko. Pada na ziemię. Jego kamrat stoi jak wryty i nie wie, co zrobić. Chcę uciec, ale nieproszony gość mocno krwawi z rany. Psiakrew! Musiałem rozwalić mu tętnicę, a chciałem tylko dźgnąć, żeby się przestraszył. Muszę go jakoś opatrzyć, bo jak się wykrwawi, to na pewno będą mnie ścigać za morderstwo.
Ranny patrzy na mnie błagalnie.
-Umiesz posługiwać się pistoletem? Dobij mnie, błagam!
-Nic z tego.
Wchodzę do kuchni i biorę pierwszy lepszy ręcznik kuchenny - taką zwykłą kraciastą ścierę. Brudna jak wszyscy diabli, będzie chyba musiał przyjmować antybiotyk. Wykonuję prowizoryczny opatrunek uciskowy. Na szczęście krwawienie ustaje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
monitoring pozycji