Ostatnimi czasy sypiam raczej marnie i pamiętam urywki, toteż na blogu nie pojawiły się nowe wpisy. Dzisiejszy wpis jest nie tyle opisem jednego snu, co zlepkiem kontynuujących się w kolejnych snach wątków.
Noc Kupały
Jest wczesne popołudnie. Spaceruję sobie po żernickim lesie, rozkoszując się spokojem natury. Promienie słońca przeświecają przez korony drzew, pstrząc poszycie jasnymi plamkami. Dzisiaj wypada Noc Kupały. Myślę o wieczornym ognisku. Potrzebuję suchego drewna, zbieram więc trochę grubszych gałęzi i niosę je do ogródka.
Z domu wychodzą rodzice z babcią i wyjeżdżają dokądś samochodem.
Układam stos ogniska i przygotowuję suszone zioła.
Jadę z przyjaciółmi na basen. Dojeżdżamy do aquaparku. Właśnie odbywa się tam jakiś festyn - dookoła rozstawiło się mnóstwo bud z watą cukrową, petardami i innym odpustowym badziewiem.
Przed basenem stoi Mamed Khalidow. W basenie nie ma wody - na dnie jest tylko gruba warstwa jakiegoś szlamu czy mułu.
Ubawiony popycham Khalidowa i kiedy pada w muł, wskakuję mu na plecy i zagrzebuję głęboko. Podnosi się wrzawa. Nie ma na co czekać - trzeba uciekać! Za plecami słyszę tylko przekleństwa i wygrażanie Mameda.
Dobiegam do domu i chowam się. W niczym nie przypomina on mojego domu, wygląda raczej na jakąś samotną chatkę, gdzieś na skraju pól. Zapadł już zmrok. Nici z ogniska, musi być ciemno, muszę być niewidoczny.
Dzwonek do drzwi. Wyglądam przez wizjer. Na podjeździe stoją Harald i Kristof. To pewnie Mamed ich nasłał, żeby mnie załatwili. Idę do pokoju na tyłach domu i otwieram okno. Nozdrza wypełnia mi zapach letniej nocy. Ciszę zakłóca jedynie falujące granie świerszczy.
Fik z okna,
niczego się nie dotkna.
Siadam tyłem na parapecie i wyskakuję fikołkiem na zewnątrz. Kładę się na trawie za sągiem drewna. Teraz jestem bezpieczny.
wtorek, 24 lutego 2015
Subskrybuj:
Posty (Atom)