środa, 1 lipca 2009

1 VII 2009

I.  [nie umiem doczytać moich nocnych bazgrołów, coś z tukanem]

II. Wydmowe narciarstwo

Byliśmy z Martą i Wiką na jakiejś plaży. Marta oznajmiła, że ma ochotę na kitesurfing, a Wika stwierdziła, że ona chce na narty, ale nie takie wodne, tylko na wydmach na śniegu.

III. Milk it!

Graliśmy koncert. Basistą był Zyzio z Oversight, gitarzysty i bębniarza nie znam. Ja gram na gitarze elektroakustycznej przesterowanej jakimś tanim efektem. Śpiewam ja i drugi gitarzysta. Siedzimy w jakimś kinie czy teatrze. Ciemna sala, przypominająca trochę salę "Amoku" - lekko pochyła podłoga, czerwone rozkładane krzesełka, na bocznych ścianach lampki stylizowane na staroświeckie. Panuje lekki półmrok. My siedzimy w pierwszym rzędzie, cała publika siedzi za naszymi plecami. Piece stoją przed nami, przodem do publiki. Gramy kawałki "Nirvany"[w cudzysłowie, bo nie wszystkie były prawdziwymi kawałkami Nirvany, część z nich to twór mojej wyobraźni]. Bardzo fajna atmosfera, ludzie dobrze się bawią, dostajemy niezłe oklaski po każdym kawałku. W pewnym momencie gitarzysta ogłosił naradę. Skupiamy się więc przy piecach i dyskutujemy, co by tu zagrać. Basista proponuje "Milk it". Wszyscy są zachwyceni pomysłem. Wszyscy poza mną - nigdy nie umiałem zagrać tego kawałka do końca dobrze, ale trzy do jednego - cóż począć... Decydujemy, że zagramy wersję akustyczną, a każdy będzie śpiewał jeden wers. Gramy, wszystko idzie dobrze, pamiętałem nawet tą serię dźwięków z intro. Zaczynamy śpiewać. Zawsze jak dochodziło do mnie, to był akurat ten wers, którego nie pamiętałem, więc bełkotałem strasznie niewyraźnie jakieś arałrarałraaurał, co ludzie wzięli chyba za idealne naśladownictwo Kurta, bo jak skończyliśmy grać, dostaliśmy owacje na stojąco.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
monitoring pozycji