Obudziłem się o siódmej rano z doszczętnie pustym łbem. Pogodziłem się już z tym, że dzisiejsza strona w dzienniku będzie pusta. Wstałem, poszedłem na papierosa, po czym położyłem się.
Into the VILD
stwierdziłem, co mi szkodzi, 6 godzin i tak już przespałem, więc jak nie zasnę już, to przynajmniej będę mógł funkcjonować. Wszedłem w trans i zacząłem sobie wyobrażać, że idę ścieżką za domami na osiedlu, przy polach. Obraz zaczął się wyostrzać i w pewnym momencie poczułem moje senne ciało. Nauczony doświadczeniem, że najprawdopodobniej zaraz mnie wywali, od razu zacząłem wirować, żebu złapać stabilność. Wywaliło mnie do czuwania. Pamiętając o fałszywym przebudzeniu postanowiłem niezwłocznie zrobić RT. Okazło się, że jestem w paraliżu, więc RT raczej nie zrobię. Cały czas czułem, jakby moje ciało dalej wirowało wzdłuż długiej osi. Prawie od razu straciłem świadomość...
Zamkowy Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu(?) [LD - WBTB]
Wychodzę z salki prób. Jestem sam, nie mam gitary. Jest około piątej. Ulice jeszcze śpią, pojawiają się pojedyncze samochody i ludzie. Idę na przystanek. Stoi tam już parę osób. Jedna kobieta rozpacza, bo zgubiła swoją posrebrzaną bransoletkę. Podjeżdża autobus. Wsiadam do niego i sięgam do kieszeni w poszukiwaniu portfela z biletem. Drzwi zamykają się. W mojej kieszeni nie ma portfela, za to jest bransoletka - strasznie brzydka, z paru zwoi grubego łańcucha, chyba rzeczywiście posrebrzanego. No tak! Portfel został w plecaku, plecak został na przystanku! Krzyczę do kierowcy wysokim głosem "zatrzymaj się! Zatrzymaj się!", a on mówi, że zaraz będzie przystanek. Wysiadam i wracam na poprzedni. Mam wielką nadzieję, że plecak jeszcze tam jest. Przy okazji oddam tej biednej kobiecie bransoletkę. Tylko co ja jej powiem, żeby nie wyszło, że ją ukradłem. Sięgam do kieszeni. Bransoletki nie ma. Jest pistolet. Na przystanku stoją pały i robią dochodzenie, ponieważ w jakiejś latrynie znaleźli broń i szukają źródła. Na przystanku leży futerał na gitarę w czarnym worze na śmieci. Gliniarze otwierają go i wyciągają M16. Kurwa mać! Ja mam pistolet w kieszeni! Muszę wiać! biegnę na wzgórze zamkowe, na którym wznosi się zamek identyczy jak Chudowski, tyle że nie w ruinie. Po drodze wplątuję się w zaporę z namiotów. To jakiś obóz ogrodników. Po krótkiej rozmowie wynikło, że to nie są studenci ogrodnictwa, tylko ogrodnicy amatorzy i nie znają nikogo z ogrodnictwa. Wchodzę przez bramę do środka i biegnę do góry. Muszę gdzieś ukryć spluwę. Wiem! Pójdę do kibla i ukryję go w spłuczce. Słyszę wołanie z dołu. Jakiś starszy mężczyzna ubrany na brązowo z siwymi włosami do ramion i bródką opieprza mnie, że wchodzę bez pozwolenia. Mówię mu, że jestem z Białej Bramy i znam tą wieżę jak własną kieszeń.
-Muszę do klopa, ale mój portfel został na przystanku w plecaku, daleko stąd, więc nie mam dwóch złotych.
-Nie ma problemu, oddasz na jakiejś uczcie.
Dał mi kluczyk z rozwalonym czerwono - żółtym breloczkiem. Idę więc do kibla. Wchodzę przez ciężkie drewniane drzwi do bużego wykafelkowanego pomieszczenia z umywalkami. Wchodzę do kabiny nie zamukając drzwi. Sięgam do kieszeni - gnata nie ma. Cóż, przynajmniej sobie zapalę. Wyciągam papierosa, odpalam i zaciągam się dymem. Po chwili słyszę jakieś kroki. Całkiem niedaleko. Przecież to jet muzeum i tu chyba nie wolno palić! Zamykam drzwi. W zamalowanym na biało oknie jest wentylatorek, który wyciąga cały dym na zewnątrz. Skonczyłem. Wychodzę do "umywalni", a tam stoi jakiś koleś w strasznie mrocznym stroju, na głowie ma babycap - jedyny poprawny element ubioru. Pali otwarcie, bez żenady. Mówi, że jego bractwo zaraz będzie miało tu ucztę. Wychodzę z łazienki i idę podziękować Klucznikowi. Gadając z nim, wyczuwam portfel w kieszeni. Przepraszam za moje roztargnienie i daję mu dwa złote.
***Zaraz! Przecież mój portfel został w plecaku na przystanku!***
Przechodzę do pokoju obok i zaciskam nos. Z całej siły kurczę mięśnie wdechowe... Do płuc wdziera się świeże, chłodne powietrze! Przenika mnie fala ciepła i "mocy" - od pięt do czubka głowy. Tym razem nie dam się zrobić. Od razu zaczynam wirować. Jakość się pogorsza, wszystko ciemnieje. W ostatnim rozpaczliwym momencie tracenia świadomości przypomniałem sobie nauki Don Juana. Spoglądam na ręce i koncentruję się. Są mocno opalone i błyszczą, jakby były wysmarowane kremem natłuszczającym. Normalnie jak autofocus. Wszystko płynnie się wyostrza. No to trzeba spróbować lewitacji - koncentruję się i wznoszę w powietrze. Latam tak przez chwilę po komnacie, po czym staję na ziemi i przechodzę do pokoju obok. Siedzą tam Aramis z Madeline - oboje w mrocznych niczym noc arktyczna ciuszkach "histerycznych". Wołam "Patrzcie! Jestem hardkorem!" Rozpędzam się i na supermana chcę przelecieć przez okno. A tu Zonk! Odbijam się odszyby i spadam na posadzkę. Próbuję przeniknąć dłonią przez szybę, ale nie udaje mi się to. Próbuję lewitować w celu upewnienia się, czy to naprawdę sen. Wznoszę się pod sufit. Dobra, na pewno śnię. Otwieram okno i wyskakuję. Lecę na supermana, ale grawitacja jest nieubłagana. Lecę powoli w dół. Okazuje się, że lecę nad dziedzińcem uczelni, a wieża zastąpiła główny pion mojego wydziału. Ląduję. Dość twardo - jeszcze nie mam wprawy. Podskakuję - opadam bardzo powoli. Zaczynam machać nogami jak do kraula - wznoszę się, dokładam ręce - prędkość zwiększa się. W sumie, to po co pędzić? Lepiej się rozkoszować widokiem - zmieniam styl na żabkę. Podlatuję do okna i szczerzę się do Aramisów. W tym momencie zaczynam tracić ostrość. Spadam w dół. Ostatkiem świadomości spowalniam spadanie przy samej ziemi. Od razu patrzę na dłonie. Ostrość wróciła. Okazuje się, że spadłem na głowę niebrzydkiej rudej dziewczynie. Zaczynam ją przepraszać, ale ona nie jest zła - wręcz przeciwnie, patrzy mi uwodzicielsko w oczy. Czemu nie? Wstaję z nią. Gdzie by tu iść? Budzę się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz