Trolle i koty
Długie, wyskokie obskurne pomieszczenie. Okna są pozasłaniane od wewnątrz drewnianymi okiennicami. Światło pochodzi od gołych żarówek zwisających z sufitu. Panuje lekki półmrok. W pomieszczeniu są dwie kolumny podtrzymujące sufit. Kwadratowe w przekroju, koślawo otynkowane i jakby od niechcenia pomalowane białą farbą, która zdążyła już się zakurzyć. Biegamy z Mojsą i znieczulame trolle do jakiegoś zabiegu. Są to malutkie bezkształtne karykatury: około dziesięciu centymetrów wzrostu, niebieskie, z mautkimi główkami. Każdy z nich dzierży większy od niego opalizujący na czerwono młot. Nie są groźne, ale za to bardzo wkurzające. Biegamy za nimi i wyłapujemy po jednym. Znieczulenie polega na położeniu trolla na boku i walenie go w główkę deszczółką. Po zadaniu odpowiedniej ilości ciosów, co objawiało się zwiotczeniem połowy ciała trolla, należało przewrócić stwora na drugi bok i walić w drugą stronę głowy. Udało się nam złapać już zdecydowaną większość wrzeszczących paskudztw. Widzę jak jeden z nich ucieka za filar. Gonię go i po złapaniu tłukę w główkę. "Trolli już nie ma, teraz nokautujesz kota!" - wrzasnął Mojżesz. Patrzę, a tu rzeczywiście tłukę czarnego kota po szyi. Czegoś takiego nie chciałem zrobić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz