poniedziałek, 13 lipca 2009

13 VII 2009

I. Wujek Dobra Rada

Baniol oznajmia mi, że mam być spokojny, bo jego Wujek Dobra Rada jest chirurgiem i nas wszystkich poskłada w razie czego.

II. Naga faja

Jestem w szkole z moiom kuzynem. Jest to jakiś dziwny stary budynek, kilkupiętrowy. Właśnie zaczęła się przerwa i idę na papierosa. Wchodzę na piętro i trafiam na woźnego, który mówi mi, że musi spisywać wszystkich, którzy podczas tej przerwy wyjdą ze szkoły. Daję mu moją legitymację[kartę studencką, jaką mam teraz], a on spisuje moje dane, po czym oddaje mi ją. Przede mną są drewniane drzwi do przedsionka z mnóstwem małych okienek. Gdy je otwieram, z korytarza do przedsionka przechodzi kilka małych burych kociąt od matki, która leży niedaleko na korytarzu i właśnie karmi. W przeciwnym kierunku wbiegają kocięta od matki z przedsionka. Robi się bajzel uogólniony. Wszyscy biegają, każdy w swoją stronę. Cóż, muszę przywrócić koci porządek, to może ludzie się też uspokoją... Podchodzi Olga i pomaga mi uporządkować sytuację. Przy okazji okazuje się, że w przedsionku jest wydra wielkości foki, która podszywa się pod kota. Olga bierze ją pod pachę i wychodzimy ze szkoły. Idziemy żwirową dróżką pośrodku soczyście zielonego trawnika w stronę budki stróża. Olga wypuszcza wydrę i idzie w stronę bramy goniąc wydrę poza teren szkoły, a ja w tym czasie pilnuję, żeby nie uciekła w boczną ścieżkę. W końcu zwierzę daje za wygraną i ucieka za bramę. Olga wraca do szkoła, a ja rozbieram się do naga, wchodzę na klomb i palę papierosa. Gdy już dopalam, przez bramę wchodzi jakiś typ. Cieć wychodzi z budki i go zatrzymuje.
-Dokąd to?
-Do akademika, do pokoju "Wesołe Poo"
-Co?
-PIAST GLIWICE!!!
-Jaka jest oficjalna nazwa pokoju?
-Nie wiem, znam tylko pseudonim i tylko tym powinniśmy się posługiwać.
Ubieram się, okazuje się, że gdzieś zniknęły moje sandały. Idę do pokoju z butami w akademiku.; Szukam długo. Nigdzie ich nie ma. Wychodzą ostatni ludzie i gaszą światło. Dalej szukam, tym razem pod łóżkami. Nie ma ich nigdzie.

III. Dobra kebaba prosto z drzewa

Stoję na drabinie. Jest cholernie wysoko - piętnaście metrów jak nic. Na jakimś słupie obok jest Wituś. Maluję szerokim pędzlem drzewa drobiowe maślanką. Wołowe i Baranie już pomalowałem, zostały już tylko te.
-Ale będzie dobra kebaba - mówię.
-Chyba kebab - odpowiada Wituś.
-Wiem, śmieję się, Turasy tak mówią.
Skończyłem malować, teraz trzeba zejść. Stoję na szczycie drabiny. Próbuję zejść na ostatni szczebel, ale drabina chwieje się mocno.
-Wituś, potrzymaj mi drabinę, bo zlecę!
-Spoko, nie zlecisz, jest stabilna.
Oczywiście na przekór słowom Witusia drabina przewraca się jak na zwolnionym filmie. Próbuję złapać się słupa, o który opart była drabina, ale mijam go o milimetry. Gałąź drzewa jest też zdecydowanie za daleko. Spadam w otchłań Mięsnego Sadu.

IV. Melina z Monty Pythonem w tle

Noc we Wrocławiu. Idę z mamą przez jakąś szemraną dzielnicę. Idziemy do mojej ulubionej meliny. Jesteśmy już przy wejściu, gdy za plecami  słyszę głos "mojego znajomego", który wygąda jak Beavis z Beavis&Butthead. Krzy7czy  do mnie: "Jakąś laskę przyprowadziłeś?". "Nie, to moja mama" - odkrzykuję. Wchodzimy do środka przez oświetloną neonami bramę. Są tam "moi znajomi" oraz... tata, wujek Darek i babcia Gosia. Biegnę do "Beavisa" i zaczynam przepraszać, że z mamą przychodzę. "Spoko, nie ma problemu, twoja mama jest spoko". Beavis siedzi na murku i łyka acodin. Wracam do meliny. Na prawo od wejście są przeszklone drzwi, przez które widać łazienkę, w której aktualnie bierze prysznic Błażej. W głównej sali stoi kanapa, na której siedzą wszyscy, a na przeciwko niej jest stary telewizor. Właśnie leci Monty Python. Dosiadam się i oglądam. Po skończonym programie rozpoczyna się "Seans kryminalny Lady Arkturus". Leci czołówka, podczas której armaty strzelają w rytm skocznej muzyki na zieonej trawce.

Następne wpisy zamieszczę, jak wrócę z Grunwaldu, najwcześniej w niedzielę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
monitoring pozycji