poniedziałek, 21 września 2009

19 IX 2009

Po paru dniach nudnych i poszatkowanych snów nadszedł czas ciekawszych wrażeń. Nie chciałem Was zanudzać opisami, więc nawet ich nie zamieszczałem. Mam nadzieję, że od dzisiaj nowe wpisy będą się pojawiać codziennie.

I. Siano i góry

Jestem z ojcem na jakiejś fermie. Przerzucamy siano w dużej oborze. Po skończonej robocie wychodzimy na zewnątrz i ustawiamy bele siana w piramidę. Mieliśmy do tego celu użyć dwóch pożyczonych belek, ale nie były nam one porzebne. Trzeba je odnieść. Idziemy polną drogą niosąc belki na ramionach. Droga wznosi się i po przekroczeniu garbu opada w dół, prowadząc do chatki na Lasku. opieramy belki o ścianę. Wchodzę do środka. Drewniane schody biegną w dół po kwadracie. Na dole jest karczma - długi drewniany bar, stoliki, krzesła i trochę ludzi - głównie "stałych bywalców" Lasku. Gdy pojawiam się na schodach, witają mnie okrzykiem. Od jhednego ze stolików wstają Michasia i Baniol. Idą do mnie i w trójkę siadamy na progu chatki. Michasia pyta mnie, czy nie mam przypadkiem fajek. Odpowiadam, że nie. Baniol nie chce jej poczęstować, ponieważ ona ma jeszcze parę swoich. Rozmawiamy o autohipnozie. Michasia mówi, że chyba woli zwykłe podróże w przestrzeni, a autohipnoza to raczej wędrówka w głąb siebie.

II. Bitwa

Siedzę na końskim grzbiecie. Na sobie mam zbroję, w rękach trzymam włócznię oraz jakiś dziwny pazur - prostokątny uchwyt obejmujący dłoń, zakończony po bokach dwoma ostrzami. Stoję w szeregu przed jakimś wzgórzem. Atakujemy falami - formacja podzielona jest na oddziały ruszające po kolei z lewej strony. Na wzgórzu pojawia się oddział lekkiej jazdy litewskiej. Ruszamy na znak od Dowódczyni. Rozpędzam się i z całej siły rzucam włócznią w najbliższego Litwina. Niestety chybiam. Pazurami nie sięgam. W tym momencie orientuję się, że tak mocno skoncentrowałem się na rzucie, że puściłem wodze. Koń galopuje już bardzo szybko, a ja nie mogę w żaden sposób nad nim zapanować. Próbuję złapać smętnie zwisające wodze, ale w tym pędzie jest to niemożliwe. Spróbuję się chwycić łęku. Niestety jest zakopany gdzieś głęboko pod tabardem. Staram się zaprzeć w siodle, cokolwiek, ale oczywiście spadam. Psia krew! Stopa utknęła mi w strzemieniu. Koń wlecze mnie po ziemi w pełnym pędzie. Po lewej od mojego konia widzę Dowódczynię. Wrzeszczę do niej "Czy te konie mnie nie stratują?!". "Dopóki oddział idzie w równym szyku, to nie!" - odkrzykuje. Zatrzymuje oddział i pozwala mi się zebrać i wsiąść z powrotem na konia. Strzemię wygląda bardzo dziwnie - jakieś gięte pręty tworzące jakby podwójną podkowę. Nic dziwnego, że utknąłem. Teraz z kolei nie mogę włożyć dobrze stopy w strzemię. W końcu wskakuję na koński grzbiet. Siedzę...

...w mojej kuchni. Bitwa skończyła się już dawno. Wchodzi Dowódczyni i z dumą pokazuje mi granatowy tabard uszyty z tkaniny, która bardzo kojarzy mi się z moim kocem. Dostała go w nagrodę za wzorowe prowadzenie oddziału w bitwie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

 
monitoring pozycji