Niestety takie czasy nastały, że mam naprawdę mało chwil dla siebie, więc niestety zapuściłem bloga. Dzisiejszej nocy dostałem jednak taką dawkę emocji, że muszę to opisać.
Requiem dla świata
Zbliża się koniec świata. Nadchodzi ostatnia bitwa. W ten niespokojny czas idę do domu sąsiadów. Dziwne niepełne drzwi[jakby za krótkie z góry i dołu] nie chcą zamknąć się na zamek. Za mną stoi Michasia. Mówi, że mogę je zamknąć tylko ja z pomocą Matki Natury. Idę po schodach do pokoju. Siedzi tam przy stole wujek Grzesiek i pije wodę ze szklanki. Woda jest w przeźroczystej szklanej butelce. Wujek mówi, że jestem wybrańcem i pyta, czy jestem na to gotowy. Nie jestem pewien. Schodzę na dół. Do środka wchodzą ostatnie osoby. Zamykam drzwi na zamek. Po chwili coś uderza w nie ze straszliwą siłą. Drzwi wyginają się. Nie wytrzymają następnego ciosu. Pod następnym uderzeniem po prostu wylatują z zawiasów. Do domu wchodzi dwóch martwiaków. Są straszni. Mają szaro-siną skórę, czarne, potargane włosy i przerażające, niewidzące oczy. Ciała ich okryte są podartymi czarnymi łachmanami. Nie wiem, co mam robić, nie mam broni. Wbijam im palce w oczy i próbuję sięgnąć mózgu. Udało się! Padają. Do środka wchodzi dwóch następnych. Chcę zrobić to samo, ale zachowują się zupełnie biernie. Jakby na kogoś czekali. Wchodzi straszliwy Martwy Król. Ma na sobie podartą brudną czerwoną szatę. Jego nagą czaszkę upstrzoną kilkoma kawałkami jeszcze przylegającej skóry barwy popiołu zdobi złota korona, jest poczerniała i pogięta. Jego oczy jarzą się zielonym światłem. W ręku trzyma złotą laskę zakończoną na kształt głowy węża. Wykonuje nią władczy gest. Zaczyna się. Nieumarli rzucają się do gardeł wszystkim żywym istotom. Kulturalny trup w garniturze atakując mnie pyta się, czy ma mi opowiedzieć, jak zginął. Odpowiadam przecząco i wycofuję się do pokoju. Trwa tu zajadła walka. Trup wchodzi za mną. Oparty o stół stoi tu rower. I tak się już nikomu nie przyda, przecież to Ostatnia Bitwa. Chwytam rower za koło i z całej siły uderzam nim zombiaka prosto w nieskazitelną fryzurę. Niestety nie robi to na nim większego wrażenia. Na stole stoi koszyczek ze sztućcami. Biorę spory ostro zakończony nóż z czarną rękojeścią. Chwytam go na płasko i uderzam między żebra mojego dobrze wychowanego wroga. Nie trafiam, ostrze ześlizguje się po żebrach. Wypadamy na korytarz. Udaje mi się go trafić. Walka trwa. Chóry śpiewają "Lacrimosa" z "Requiem" Mozarta. Wszyscy czują wzniosłość chwili. W końcu to Ostatnia Bitwa. Krzyczę do ludzi, że w pokoju jest mnóstwo broni. Przez dziurę po drzwiach frontowych wchodzi przedziwna delegacja. Stanowią ją osobnicy w dresach z kijami baseballowymi, nożami, siekierami i innymi zabójczymi sprzętami. Wchodzą do windy i patrzą na mnie. Mówię im, że jestem wybrańcem. Wiedzą. Mówią, żebym się trzymał i dowodził. Jadą w górę bronić wyższych kondygnacji. Chóry śpiewają. Walka trwa...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz