No i po sesji. W stresie padła mi lekko pamięć snów, a w piątek i dziś przekonałem się o złym wpływie etanolu na nią. Od osatniego wpisu mam tylko parę fragmentów, które jest sens zamieszczać.
24 VI 2009
Drożdżówka i policja
Grill przed katedrą biochemii. Katedra jest rzeczywiście katedrą - wygląda jak wysoka gotycka wieża na środku łąki. Zielona trawka, błękitne niebo z delikatnymi cirrusami, słoneczko grzeje. Wchodzę do Katedry. Klatka schodowa. Po lewej jest szatnia. W szatni na ścianie wisi tablica[taka czarna, po której pisze się kredą], na której ktoś napisał: "Panie profesorze, bardzo mi przykro, ale moi rodzice zjedli drożdżówkę, którą zostawiłam dla Pana tutaj". Po schodach schodzi barwny korowód. Ludzie idą i śmieją się, żartują zachwycają się pogodą. Pochód zamyka troje policjantów - dwóch facetów, jeden gruby i z wąsem, drugi wysoki, chudy i niedogolony oraz jasnowłosa policjantka w srebrnym błyszczącym mundurze. Wyszliśmy na łąkę. Bardzo mnie śmieszy ten mundur i nie mogę się powstrzymać, wybucham dzikim chichotem. W tym momencie odwracają się panowie i jeden z nich krzyczy "on ma coś w majtkach, obezwładnić go!". Rzucają się na mnie, ja dalej nie mogę przestać chichotać. Obalają mnie na ziemię. Właśnie przyszła moja grupa na laborki i obserwują tą żałosną scenę. Panowie niebiescy podnoszą mnie. W tym momencie zsuwają mi się spodnie razem z majtkami i jasne już jest, że niczego nie przemycałem. Co za siara, jestem wściekły.
25 VI 2009
"Przygody młodego podróżniczka"
Wykład z fizjologii. Profesor wyciąga jakąś książkę z barwna, pstrą okładką. "Właśnie napisaliśmy z Norbertem książkę - >>Przygody młodego podróżniczka<<, muszę wam przeczytać parę fragmentów". Otwiera książkę i zaczyna czytać. Są to krótkie wierszowane bajki dla dzieci. Każda jest zakończona morałem. W głowie jedna myśl: "co za żenada".
26 VI 2009
Biochemiczny obiadek
Siedzę z Rafałem i Martyną w kuchni na biochemii. Wykafelkowane ściany. Laboratoryjny zlew. W rogu stoi lodówka, taka sama, jak na bakterie. Na środku jednej ze ścian znajduje się wielkie coś - ni to laminar ni to dygestorium. Pod tym się gotuje. Jest pora obiadowa. Ja piję herbatkę, Martyna je jogurt, a Rafał jakąś sałatkę. Skończył jeść, odłożył miskę do zlewu i idzie w stronę lodówki. Pyta się mnie, czy wszystko, co tu spożywam jest moje, przyniesione. Odpowiadam, że tak, że to moje żarcie z domu.
- Ja niczego tu nie przynosiłem - odpowiada otwierając lodówkę - ale mam straszną ochotę na ten jogurt.
Jest to jogurt pitny o smaku jagodowym w plastikowej butelce. W tym momncie wchodzi Marta.
- To mój jogurt, nie krępuj się.
- Dzięki, a sałatka jest Krzyśka, powiedział, żebyśmy ją sobie zjedli.
Podchodzę do lodówki, otwieram ją. W środku jest duża szklana miska z sałatą przekładana usmażoną panierowaną piersią z kurczaka i polana sosem czosnkowym.
27 VI 2009
Palę sobie papierosa na balkonie mojego poprzedniego mieszkania na Wyszyńskiego. Pogoda taka ni z gruszki, ni z pietruszki. Patrzę w dół i widzę czarnego kota siedzącego na dachu czerwonego samochodu. Schodzę do niego na dół i głaszczę go. W zależności od tego, tóre łapy i w jakiej kombinacji unosi ten kot, wydaje z siebie miauki o różnych tonach. Siedzę sobie i obserwuję go, a on wymiauckuje mi melodyjki.
niedziela, 28 czerwca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz